Robert El Gendy, dziennikarz sportowy, prezenter telewizyjny i gospodarz telewizji śniadaniowej, przez całą karierę związany z TVP, wychowanek jej olsztyńskiego oddziału. Niedawno debiutował jako aktor serialowy. Prywatnie wielki miłośnik sportów, przede wszystkim koszykówki, komentator i uczestnik w charakterze dziennikarza wielkich wydarzeń sportowych.

Popularny dziennikarz i prezenter Robert El Gendy o swoim nowym wyzwaniu – aktorstwie.

MADE IN: Od kiedy będziesz mógł już z czystym sumieniem czytać o sobie: dziennikarz i aktor?

Robert El Gendy: Na razie to moje aktorstwo jest wynikiem spełniania dawnych marzeń, więc krępuje mnie nazywanie siebie aktorem, bo próbuję się dopiero wcielać w tę rolę. Ale nie ukrywam, że bardzo bym chciał, by aktorstwo stało się też moim zawodem. Robię to z serca, ale póki co patrzę na to jak na długi proces.

Udało mi się dobrze wypaść na próbach kamerowych, a potem zaskarbić uwagę producentów serialu „Komisarz Alex”. Wszedłem więc w jeden serial, odgrywam jedną postać.

Jakie recenzje posypały się za debiut?

Zaskakująco dobre. Pocieszające jest to, że – jak mi mówił jeden z naszych reżyserów – już gram. Że nie stoję jak drzewo, tylko odgrywam rolę.

Cholernie bałem się debiutu, ale kiedy tego dnia zrobiono ankietę w sieci skierowaną do odbiorców serialu, by ocenili nową postać, zebrałem opinie, że i głos, i granie sprawiają wrażenie, jakbym robił to od lat.

W zasadzie jedyny nieprzychylny komentarz dotyczył kwestii granej przeze mnie postaci, że nie mogę skraść serca jednej z bohaterek, bo ona jest przecież już wybranką innej postaci. Wtedy dobitnie dotarło do mnie, jak seriale pobudzają emocje widzów. Że czują nawet zazdrość.

Dlaczego po 20 latach pracy dziennikarskiej zaczynasz dopiero spełniać marzenia o aktorstwie?

Im więcej rzeczy w życiu robisz, tym mniej masz czasu na zatrzymanie się i pochylenie nad rzeczami, które mogą wprowadzić cię w nieznane i groźne rewiry.

Aktorem chciałem być od zawsze – to był mój pierwszy wybór zawodu. Już ponad 20 lat temu chodziłem na castingi. Byłem np. na naborze do filmu Quo Vadis. Szukali wysportowanej postaci z południowymi rysami. Uznałem: przecież to idealne dla mnie. Na miejscu zobaczyłem tłum ludzi. Po iluś godzinach weszliśmy z kilkuosobową grupą na zdjęcia. Była wśród nas dziewczyna o takiej urodzie, że wszystkim kolana się ugięły. Ekipa tak się nią zafascynowała, że dla nas – to było odczuwalne – zrobili ujęcia już tylko dla zasady. Rok później dostałem się z castingu… na dziennikarza do telewizji w Olsztynie. I skupiłem się na rozwoju w tym zawodzie.

Ale cieszę się, że sprawy tak się potoczyły. Że moje ponad 20-letnie doświadczenie z kamerą, pracą w studio i programami na żywo dały mi duże podstawy, bym odważniej stanął na planie serialu. Reżyser powiedział mi, że pracę z kamerą mam nawet bardziej naturalną niż niejeden aktor. Po szkole teatralnej nie ma się tego, co ja już mam w nawyku.

To aktorstwo po prostu musiało się kiedyś wydarzyć, od dziecka pchało mnie w tę stronę. Mam w pamięci babcię, która zabierała mnie na przedstawienia, w których sama grała. Była bardzo aktywna artystycznie, działała m.in. w kole seniorów, które wystawiało spektakle. Była zodiakalnym wodnikiem, jak ja.

Mój tata na studiach także udzielał się w grupie teatralnej. Jest Egipcjaninem, stąd też mam na drugie imię Sharif, jak ten słynny egipski aktor Omar Sharif, który jako legendarny „Doktor Żywago” był wówczas bohaterem moich rodziców. Postanowili nadać mi po nim drugie imię. Może to jakiś znak. Może byłem na aktorstwo skazany. (śmiech)

 

 

Z jakiegoś klucza chciałbyś wybierać castingi do nowych ról?

Chciałbym zagrać kogoś, kim zupełnie nie jestem. Zmierzyć się z osobą np. introwertyczną, obłąkaną, wycofaną. Ja mam nadpobudliwy temperament, więc zagranie własnego przeciwieństwa byłoby ciekawym wyzwaniem. Póki co muszę uczyć się zdejmować nadmiar emocji.

Przede mną dużo pracy. Nie potrafię jeszcze grać dobrze ciszą, o czym się od razu dowiedziałem na planie serialu. A cisza to kwintesencja grania.
Jest wiele znanych nazwisk, które z aktorstwa przeszły do świata mediów. Pytałeś kolegów, choćby Przemysława Babiarza z byłej redakcji sportowej, czy taki transfer w drugim kierunku też działa?

Przyjaźnię się z Ziemowitem Pędziwiatrem, aktorem, pogodynkiem z telewizji, który ostrzegał mnie, że łatwo nie będzie. Bo i rynek jest trudny, z wielką konkurencją, a ja nie mam aktorskich podstaw, mimo iż posiadam dobry głos oraz obycie z kamerą. Ale o tym moim aktorstwie rozmawiamy od lat i cały czas dopingował mnie, bo to jednak ciekawa życiowa droga. Kolejną osobą, która mnie pchała w ten zawód była Kasia Cichopek, z którą przegadaliśmy długie godziny na temat pracy w serialach.

A postaci, które poszły w dziennikarstwo i pracę w mediach, faktycznie jest niemało, choćby Łukasz Nowicki, Krzysztof Ibisz, Karol Strasubrger czy Maciej Orłoś. To jednak większa gwarancja stabilizacji: prowadzisz program, masz swój stały czas antenowy, regularnie zarabiasz. W aktorstwie bywa różnie – raz masz rolę, a raz długo czekasz.

Zatem ryzykujesz?

Mi pewne sinusoidy zawodowe otworzyły w głowie myślenie: to jest ten moment, byś poszedł po swoje marzenia, może się sprawdzisz.

Póki co jestem w średnim wieku i mój czas antenowy będzie jeszcze trwał, ale mam świadomość, że kiedyś się zakończy. Tym bardziej, że dzisiaj media zmierzają w kierunku młodych ludzi, więc srebrne lisy nie będą atrakcyjne dla widzów. A chyba w aktorstwie bardziej bym się mógł odnaleźć jako dojrzały, a może już i sędziwy Robert El Gendy.

Dlatego pochwaliłem się bliskim tym moim debiutem, bo to dla mnie było szalenie ważne. Skalę emocji mógłbym porównać do dziecka, które dostało wymarzoną zabawkę.

A jaka była skala stresu? To inny rodzaj napięcia niż w telewizji na żywo?

Największy stres wiązał się z tym, że mogę zawieść ekipę na planie. Reżysera, innych aktorów, z którymi gram sceny, a jestem jedynym, który nie jest po szkole aktorskiej czy teatralnej. Czułbym się źle. Stresowałem się, by tekstu nie zapomnieć, bo jednak w telewizji operujesz językiem naturalnym, a tutaj masz nauczyć się roli.

Aktorzy mają w swoim CV jakieś dodatkowe talenty, umiejętności, które czynią ich wszechstronniejszymi. Po koszykówce i treningach siłowych rozpocząłeś epizod z boksem.

Ponadprzeciętna sprawność to atut, bo nawet w naszym serialu widać, że się przydaje. Ja stale szukam wyzwań sportowych, bo nie mogę usiedzieć w miejscu. Chodząc na siłownię, często podpatrywałem na sąsiedniej sali właśnie zajęcia z boksu. Na razie uczę się tak naprawdę poruszać w ringu, bo to jest podstawa pięściarstwa.

Z tym przygotowaniem ciała i sprawnością chodzi też i o to, by mieć to wszystko w żyłach, a nie zabierać się na tydzień przed zdjęciami do nowej roli. Ja po prostu będę już gotowy.

Robert El Gendy w rozmowie z Rafałem Radzymińskim

Robert El Gendy w rozmowie na schodach z Rafałem Radzymińskim

Z czego czerpiesz siłę motywacji? Co cię napędza do tego, by nie spoczywać wygodnie na swojej pozycji?

Chciałbym każdy dzień przeżyć ciekawie. Zobacz, ile dzisiaj mamy dowodów na to, że życie potrafi być kruche. Drugi motor napędowy to moi trzej synowie. Tą moją aktywnością i szukaniem wyzwań chcę im pokazać, że warto podążać do celu, żeby łatwo nie zbaczać z drogi, nawet mimo przeciwności losu. A samo mówienie o tym nie wystarcza. Więc obserwując z boku aktywnego ojca, większe jest prawdopodobieństwo, że też będą w życiu aktywni.

Samo aktorstwo, które mi się od zawsze marzyło, wiązało się też z chęcią pozostawienia czegoś po sobie. Ludzie odchodzą, ale czasem dzieła, kreacje i obrazy, które stworzyli, zostają w głowach na dłużej. Na to oczywiście trzeba ciężko zapracować.

Poza tym każdy dorosły ma świadomość, że nic nie trwa wiecznie, więc im więcej wyzwań, tym szersze pole bezpieczeństwa na przyszłość. Aż sam jestem ciekaw, co jeszcze w życiu będzie robił Robert El Gendy.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński (w niedzielę 13 lutego o godz. 13, na schodach kościoła pw. św. Aleksandra w Warszawie), obraz: Justyna Radzymińska