Ponoć kiedyś mógł praktycznie nie spać, skecze tworzy o szóstej rano, ostro wkręcony jest w dziwne zawody sportowe, ale kariery próbował w piłce nożnej. Pod Olsztynem rozkochał się w golfie, za to śmieją się z niego już w całym kraju. Jakie kulisy odsłoni Marcin Wójcik z kabaretu Ani Mru Mru?

MADE IN: Czy jako starszy o dwa miesiące mogę zaproponować przejście na ty?

Marcin Wójcik: Jasne.

Lakoniczne „jasne”… A nie: świetnie się trzymasz lub coś w tym kierunku…?

No właśnie, wciąż się dziwię, że tylko o dwa miesiące.

Jesteśmy rocznik ’74…

… No jak to, ja jestem z 5 stycznia, to jak możesz być jeszcze o dwa miesiące starszy?

Więc to ja jestem młodszy o dwa miesiące.

Dlatego to ja proponuję ci, byśmy przeszli na ty.

„Jasne”. Ale prawdą już jest, że obaj skończyliśmy AWF i mieliśmy szlachetne posady nauczycieli od krzewienia kultury fizycznej. I zobacz jak po latach wylądowaliśmy: z ciebie śmieje się cała Polska, a ja jeszcze mam tupet cię o to przepytywać.

Ale chyba obaj wyszliśmy na ludzi, więc nie jest źle. Jestem dumny ze swojego wykształcenia – ktoś mi powiedział, że w środku zostaje się nauczycielem wychowania fizycznego na zawsze. Sportowy duch wciąż we mnie siedzi.

Zanim zapytam, jakim byłeś nauczycielem, to najpierw – jakim byłeś uczniem na wuefach?

Zawsze to był mój ulubiony przedmiot, więc chyba niezłym. Ciekawostkę dla młodszych czytelników mam taką, że uczęszczałem na wszystkie możliwe zajęcia sportowe poza lekcjami, a kiedy zacząłem wyczynowo grać w piłkę nożną, trenowałem już pięć razy w tygodniu. Uważałem wuef za jedno z najważniejszych zajęć w szkole i chyba tak powinno być do dzisiaj.

Do jakiego poziomu doszedłeś w piłce nożnej?

Do trzeciej ligi i do czwartego miejsca w mistrzostwach Polski juniorów. Grałem w Lubliniance Lublin i do dzisiaj pamiętam, że półfinał mistrzostw Polski przegraliśmy z Jagiellonią Białystok, ale tam był skład typu: Frankowski, Citko, Chańko, itd.

Do wieku juniora łudziłem się, że z tej mojej piłki może coś poważniejszego się zrodzi, choć na wielką karierę nie liczyłem. Po prostu uważałem się za niezłego wyrobnika na boisku, solidnego obrońcę. Ale kiedy kolegów zaczęli zabierać na zgrupowania kadry, uznałem, że może to niekoniecznie moje przeznaczenie. Była to jednak świetna przygoda. Potem grałem jeszcze w niższych ligach jako senior, ale gdy po studiach pojawił się pomysł na kabaret, okazało się, że lepszy ze mnie artysta kabaretowy, niż piłkarz.

Poszedłeś na AWF, a czy od razu nie myślałeś o kształceniu się w kierunku sceny?

Nie, bo też i nie ma szkoły dla kabareciarzy. Poza tym, kiedy zaczynałem z kabaretem, nie miałem pewności, że to się uda, ale chciałem spróbować. A że ludziom się to spodobało… Zaś co do studiów na AWF – skoro kochasz wychowanie fizyczne, chcesz grać w piłkę, to wydaje ci się, że te studia będą najprzyjemniejsze na świecie. I poniekąd tak było, choć nie zdawałem sobie sprawy, że to tak ciężki kierunek.

Jakim byłeś nauczycielem?

Dwa czy nawet trzy razy byłem wybierany w mojej szkole na nauczyciela roku, więc chyba niezłym. Zresztą do dzisiaj spotykam się z ludźmi, którzy przyznają się, że uczyłem ich wuefu. Chyba miło wspominają lekcje ze mną.

Byłeś surowy czy dowcipny?

Starałem się być i z humorem, i sprawiedliwy. Idąc do szkoły przyjąłem sobie strategię, by na moich lekcjach chcieli ćwiczyć wszyscy. By wprowadzić odpowiednią atmosferę, a nie skupiać się na tym, czy jeden od drugiego zrobi lepszy wynik na 100 metrów.

Jestem zaskoczony, ile w sieci jest wywiadów z tobą na tematy sportowe, oczywiście o piłce nożnej i żużlu.

Kibicuję tym dwóm dyscyplinom, a skoro jestem medialną twarzą, to dziennikarze myślą, że mam coś co powiedzenia w tym temacie i się znam. A że potrafię improwizować, to często robię wrażenie, że się właśnie znam. Choć akurat z żużlem faktycznie tak jest. Ale moje aktywności przy tych dyscyplinach są też i po to, by wspierać je na poziomie naszego Lublina. A że znam zawodników i często z nimi rozmawiam zakulisowo, więc kiedy dziennikarz poprosi potem o komentarz, mogę błysnąć tekstem: akurat w tym temacie wiem więcej. Więc wychodzę na takiego, który może się świetnie znać, choć ja często podkreślam, że mnie na poważnie raczej nie powinno się brać.

Tak więc sport całe życie się za mną ciągnie. Mamy w Lublinie taką zabawę… – zawsze każdy z nas takimi słowami zaczyna ten wątek opowiadać. Otóż mamy w Lubinie taką zabawę, która nazywa się „Olimpijski Dziesięciobój Lubelski” – trzydziestu wariatów, moich kolegów, z którymi co roku mierzymy się w dziesięciu różnych dyscyplinach sportowych. Przeróżnych, od kolarstwa, przez triathlon, golf, gokarty, żużel na skuterach, po taniec i grzybobranie. Co roku wymyślamy tę dziesiątkę do której się przygotowujemy, zaliczamy średnio dwie dyscypliny w miesiącu, więc można powiedzieć, że cały czas jestem w treningu, w trybie sportowym, co jest dla mnie świetną odskocznią od roboty. Właśnie tydzień temu zakończyliśmy sezon zawodami w snookera.

Ponoć jesteś też zapalonym golfistą. Grałeś w Naterkach?

Oczywiście, ja nawet u was zaczynałem. Gram od 2003 roku, bywałem tu i wciąż bywam. Gramy w golfa prawie całym składem kabaretu, nawet namawiałem kolegów, byśmy jutro rano skoczyli na pole.

Obserwujesz nasz pierwszoligowy Stomil Olsztyn? Pytam, bo ostatnio nie mają dobrej passy, a może masz jakiś podręczny tekst dla otuchy?

Nie obserwuję, ale mam dla nich jeden ważny komunikat: chłopaki, to tylko sport. Wiadomo, są działacze, sponsorzy i każdy ma swoje interesy w tej piłce, ale na pocieszenie niech zawodnicy Stomilu sobie uświadomią, co teraz myślą piłkarze Legii Warszawa (trwa czarny sezon – red.).

Wymieniałeś tyle dyscyplin, a liczyłem na koszykówkę, bo masz ksywę „Jabbar”, jak ten słynny koszykarz z NBA.

Dokładnie tak. Ale to dlatego, że kiedy grałem w nożną w Lubliniance Lublin, byłem najlepszy ze wszystkich chłopaków w koszykówkę. Ktoś tak mnie po prostu nazwał. Oczywiście fascynowałem się koszykówką, bo wtedy był największy boom na NBA, a do dzisiaj kocham Scottiego Pippena z Chicago Bulls.

Pozostając w USA – twoja ksywka „Nowy Jork” wciąż funkcjonuje?

Ją akurat sam wymyśliłem na potrzeby mediów, opowiadając, że ja w zasadzie mogę nie chodzić spać. Miałem wesoły okres w życiu i gdzieś w wywiadzie powiedziałem, że koledzy na mnie mówią „Nowy Jork”, bo nigdy nie zasypiam. Zresztą do dzisiaj potrzebuję mało snu.

Faktycznie, rozmawiamy o godz. 23.20, po twoich dwóch występach, a ty ciągle pełen energii…

O której się położę, to jeszcze żaden kłopot. Sęk w tym, że ja codziennie wstaję o piątej-szóstej. I jestem wyspany, więc od rana zagospodarowuję sobie czas różnymi aktywnościami. Często siadam właśnie do pisania skeczy, których po południu, albo wieczorem chyba jeszcze nie zdarzyło mi się stworzyć.

No właśnie, jak wygląda to twoje twórcze zapładnianie – w jakich okolicznościach szukasz weny?

Piszę sam, ale często np. w busie z ekipą tworzy się wstępny kształt skeczy. Potem wymaga to twórczej pracy w skupieniu, bo bardzo rzadko powstają skecze na zasadzie pstryknięcia palcem po jednej rozmowie.

Po ponad 20 latach uświadomiłem sobie, że najlepiej pracuje mi się na ostatnią chwilę, nad czym ubolewają moi współpracownicy. Np. za dwa weekendy mamy zagrać w telewizji Polsat premierowy skecz. Już wydzwaniają do mnie ze stacji o czym on będzie, a jeszcze o tym nie wiedzą, że ja go po prostu nie mam. Najlepiej mi się pracuje z nożem na gardle i dużo ciekawych rzeczy udało mi się wymyślić w ostatniej chwili. Po drugie, trzeba czasem zaczekać na wenę i iskrę, która zapala się w głowie. Wiele razy zasiadałem do pisania i tak siedzę, siedzę, pstrykając tylko długopisem i na tym się kończy. Gdy żona czy koledzy z kabaretu pytają wtedy, jak mi idzie, ja zawsze używam słynnego cytatu z „Dnia świra”, gdzie bohater też próbuje coś pisać i w kółko kręci się wokół jednego zdania: „pośród ogrodów siedzi ta królewska para…”. Już wszyscy wtedy wiedzą, że nic jeszcze nie ma. Trzeba po prostu czekać.

Masz jakieś wspomnienia z występów w Olsztynie?

Parę razy graliśmy w Hali Urania i miałem wrażenie, że ona się za chwilę zawali.

Właśnie jak ją zaczęli rozbierać, to się zawaliła.

Marcin Wójcik

założyciel i lider jednego z najpopularniejszych kabaretów ostatnich dwóch dekad – Ani Mru Mru. Z urodzenia i zamiłowania Lublinianin, fan sportu, absolwent Akademii Wychowania Fizycznego, po której przez cztery lata pracował w szkole jako nauczyciel wuefu. Kabaret od początku zaczął zbierać nagrody i wyróżnienia na najważniejszych przeglądach w kraju, do dzisiaj przyciągając pełne widownie.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński (w piątek 5 listopada o godz. 23 na schodach w holu Hotel Park w Olsztynie), obraz: Michał Bartoszewicz

Po siedmiu latach cykl „Rozmów na schodach” kontynuujemy, ale już na różnych schodach, w zależności od miejsca w jakim uda nam się umówić na spotkanie z ciekawym gościem.