W OLSZTYNIE BYLIŚMY NA SPOTKANIU AUTORSKIM, KIEDY PROMOWAŁ SWOJĄ KOLEJNĄ KSIĄŻKĘ NAPISANĄ DLA DZIECI. MINĘŁO OD TAMTEJ PORY 10 LAT, KIEDY NIESPODZIEWANIE NAPISAŁ FELIETON O SWOJEJ FASCYNACJI MAZURAMI. OKAZUJE SIĘ, ŻE MA TU SWOJE MIEJSCE JUŻ OD PÓŁ WIEKU, CHOĆ DLA MILIONÓW WIDZÓW WCIĄŻ JEST MŁODZIEŃCEM Z TĄ IDEALNĄ DOZĄ HUMORU. Z MACIEJEM ORŁOSIEM CHCIELIŚMY PRZELECIEĆ PRZEZ TE MAZURY NICZYM TELEEXPRESS, ALE SKORO PO DRODZE ZNIENACKA Z NIEGO WYSIADŁ, TROCHĘ SIĘ ROZGADALIŚMY. 

MADE IN: No to co, zaliczamy wyjazd na Mazury numer 251.

Maciej Orłoś: (śmiech) To a propos felietonu, który napisałem o wyjazdach tutaj? Otóż zrobiłem takie obliczenie: mam lat tyle ile mam, załóżmy, że zacząłem jeździć na Mazury jako kilkulatek, jeździłem średnio pięć razy w roku, więc mnożąc to przez 50 lat – wychodzi 250 wyjazdów. Ale dowodów na wszystkie nie mam. Może być 237 na przykład. Łatwiej pewnie byłoby zliczyć swoje wyjazdy moim rodzicom, którzy od ponad 30 lat mają domek w Krutyńskim Piecku i jeżdżą tam regularnie. Mnie trochę brakowało tej regularności. Ale było tego dużo z różnych powodów: najpierw jeździłem prywatnie, a potem też zawodowo, realizując programy czy choćby na spotkania autorskie, albo do Muzeum Gałczyńskiego do leśniczówki w Praniu…

To nasze spotkanie jest efektem twojej miłości do Warmii i Mazur, z której to w piękny sposób obnażyłeś się właśnie w felietonie (www.dzialkanadjeziorem.pl). Nie wiem czy cię zaskoczę, ale na Warmii i Mazurach wywołał on nie mniejsze zainteresowanie Orłosiem, niż kiedy opuszczałeś Teleexpress. 

Haha! No proszę bardzo.

Dla mnie jest to oczywiste, że Mazury są tym pierwszym kierunkiem, jeśli chce się zmienić otoczenie. Wielu warszawiaków wybiera Mazury, bo są wyjątkowe i ja też do nich należę. Jeśli jeszcze jest tam jakaś stała lokalizacja, jak np. dom moich rodziców, to jest to związanie od dziesięcioleci dość mocne.

Jak daleko sięgasz pamięcią do swoich Mazur?

Pierwsze przebitki, myślę, to jest końcówka lat 60., wakacje. Pojechałem z ojcem i jego kolegą, albo nawet i kolegami (po chwili namysłu)… pamiętam, że był z nami pisarz Marek Nowakowski; miejscowość Krutyń, jakaś wynajęta kwatera, wysiadaliśmy z autobusu i było bardzo gorąco. To mój pierwszy obrazek z Mazur.

A jak budował się ten twój ranking tutejszych top miejscówek? Powstały z sentymentu czy eksplorując Warmię i Mazury zrobił się zbiór miejsc bardziej i mniej magicznych?

Serce moich Mazur to właśnie miejscowość Krutyń. Obok, jak już wspomniałem, w Krutyńskim Piecku rodzice mają domek, który nabyli od rolników na przełomie lat 70. i 80. Ale zanim kupili domek, to jeździliśmy do Krutyni, do zaprzyjaźnionych gospodarzy. Pamiętam wakacje, kiedy pojechałem do nich sam, jako chłopak bodajże 16-letni, spędziłem dwa tygodnie w wynajętym pokoju i szlajałem się po okolicy.

Co wtedy znaczyło szlajanie się?

Na pewno łowiłem tam pierwsze ryby bambusowymi wędkami, na żywe robaki. Łyknąłem bakcyla, co mi do dzisiaj zostało. Widok spławika stojącego nieruchomo w szklanej tafli jeziora i to oczekiwanie czy drgnie, czy nie drgnie, zostało mi do dzisiaj. Pomarszczona od wiatru woda, to już nie ten efekt.

Więc to wszystko jest stamtąd. Pamiętam jak po Krutyni chodziłem i uczyłem się na pamięć piosenek Młynarskiego, np. „Przyjdzie walec i wyrówna”.

Podtekst polityczny już chwytałeś?

Tak, już był. Ale i „W Polskę idziemy” kabaretu Dudek ze słowami Młynarskiego. Zaczynałem wtedy być fanem teatru, a takie rzeczy jak kabaret Dudek, to były kultowe sprawy. Można było kupić płytę, ja już miałem adapter, słuchałem i uczyłem się na pamięć. Dzisiaj wystarczy kliknąć i masz wszystkie teksty, wtedy swoje trzeba było wysłuchać i wynotować.

A w ogóle, to dlaczego w felietonie kilka razy piszesz Mazury (i Warmia), dodając ją w nawiasie? Coś się za tym kryje?

To ciekawy wątek. Ze znajomymi, z którymi założyliśmy portal o Mazurach – dzialkanadjeziorem.pl, była dyskusja o tym. No bo jest województwo warmińsko-mazurskie, a oni ciągle mówią: jedziemy na Mazury. I ja też ciągle mam w głowie: jadę na Mazury. Więc ustaliliśmy, że te Mazury traktujemy hasłowo, w domyśle też Warmię. Trochę to niesprawiedliwe, więc w nawiasie nieśmiało zaznaczałem, że o Warmii nie zapomniałem. Mam sentyment do Warmii, bo dyrektor Teatru Ateneum w Warszawie, w którym zacząłem pracę tuż po studiach, miał na nazwisko Warmiński. Janusz Warmiński. A jego żoną była Aleksandra Śląska, słynna aktorka. I mówiło się, że to jest teatr śląsko-warmiński.

(śmiech)

Kiedyś sam miałem problem z rozgraniczeniem Warmii od Mazur. Ale poczucie tych mazurskich lasów daje już Nidzica, kiedy od Warszawy jedzie się tą kultową siódemką.

Te 50 lat wnikliwej obserwacji Warmii i Mazur klarują ci obraz tej krainy w najbliższej przyszłości?

Mam w tym temacie mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem, że wszystko się zmienia i że są inwestycje. A z drugiej żal mi tego, że to wszystko już nie będzie takie, jak kiedyś. Ta restauracja Krutynianka nie jest już taka, jak kiedyś, choć oczywiście teraz jest lepsza, niż była za PRL-u. Że ten sklepik już nie ma tego zapachu i lokalnych specjałów, których nie można było dostać w Warszawie. No i że zobaczę sklepik sieciowy taki, jak w każdym dużym mieście. Że jak jadę przez las boczną drogą, która była szutrowa i poharatana, to widzę nowiusieńki asfalt. Z jednej strony fajnie, a z drugiej to już nie to, stąd miewam właśnie ambiwalentne odczucia.

My nie chcielibyśmy, żeby w miasteczkach powielić tu kicz Krupówek i deptaka w Krynicy Morskiej.

Też bym tego nie chciał. Kiedy rodzice wprowadzili się do Krutyńskiego Piecka, rzeka Krutynia, którą pływałem latem, była pusta. Teraz ulica Marszałkowska przy Krutyni to jest mały pikuś. Korki się robią. Fajnie, a z drugiej strony nie jest fajnie. I pewnie nic z tym nie zrobimy. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ci, którzy lubią gwar i ruch, pojadą do Mikołajek, ci, którzy szukają ciszy na Mazurach, też ją znajdą.

A jest jeszcze jedna bardzo ekscytującą rzeczą, której wiele razy doznałem, ale ostatnio, niestety, mam na to coraz mniej czasu – to Mazury poza sezonem. Tak jak niektórzy lubią jeździć nad morze poza sezonem, tak ja, gdybym tylko mógł jeździć często na Mazury poza sezonem, to bym jeździł. I napawał się. Nawet zimą, te zamarznięte jeziora… No i raczej wtedy wszędzie jest cisza i spokój, nawet w Mikołajkach.

Brałeś udział w utworzeniu portalu o Warmii i Mazurach o dość sugerującej nazwie dziłkanadjeziorem.pl. Chcesz promować modę na Warmię i Mazury?

Zdecydowanie tak.

Wszyscy tam piszecie o swoich wielkich fascynacjach tą krainą.

Ten portal powstał po to, by pisać dobrze o miejscach, które są dobre i ciekawe. A od siebie mogę dodać, że takie wyobrażenie posiadania działki nad jeziorem kręci mnie od wielu, wielu lat. I mówię to całkiem serio.

Pomijając dom rodziców, słyszałem, że masz własną działkę nad jeziorem. Czemu zdecydowałeś się wejść w jej posiadanie? 

Pomijając moje zamiłowanie do regionu i walory wypoczynkowe, spojrzałem na to pod kątem inwestycyjnym. Najważniejsza jest lokalizacja. Moja działka znajduje się 15 min od Olsztyna i planowanej obwodnicy. Do tego ma dostęp poprzez plażę z pomostem do linii brzegowej jeziora. Przy wyborze pomogli mi koledzy z firmy Lokaty Ziemskie (lokatyziemskie.pl). Takie rzeczy siedzą w człowieku i zostają w głowie jako marzenia do zrealizowania.

Z jakich pobudek się to rodzi?

To się wiąże z doświadczeniami. W moim przypadku całe lata pracowały nad tym, by mieć taką wizję. Byłem w tym czasie ileś razy w miejscach, które łączyły się z jeziorem. Ja wiem, że to zabrzmi tandetnie, a może i podejrzanie, ale to jest prawda: lato, bezwietrzna pogoda, zachodzące słońce, szklana tafla, wędka… takie historie. Mam swoje lata, więc kiedy mam zacząć myśleć o realizacji takich wizji, jak nie teraz?

Opisałeś swój top miejsc na Mazurach (i Warmii) – tak pozostawię tę nazwę, by zachować wasz styl. A masz top wspomnień?

Spokojnie mógłbym to ułożyć. (chwila namysłu) Krutyński Piecek, miałem 18 lat, rodzice gdzieś podróżowali, a ja byłem tam sam z psem. Ta głucha cisza trochę mnie przerosła. Miałem wtedy przygodę z duchami. W nocy na strychu zaczęło coś chodzić. Pies zamarł. Potem dowiedziałem się, że to jakieś kuny chodziły, ale wtedy włosy na głowie mi stanęły. Kolejne: w Praniu, nawet kilka lat temu to było. Wojciech i Jagienka Kass zaprosili mnie bym recytował Gałczyńskiego. Po latach wróciłem do czytania wierszy. Niezwykła atmosfera, skupiona widownia, ptaki śpiewają, jezioro w dole, a ty jedziesz Gałczyńskim…

Zapytam zupełnie poważnie: dziwię się, że nie wziąłeś się za pisanie o Mazurach. Nie masz czasem żalu do siebie, że nie wykorzystujesz swojego potencjału? Napisałeś kilka książek dla dzieci, a w kontekście twojego ojca, uznanego pisarza (Kazimierz Orłoś – red.), a może wręcz całej rodziny dobrze osadzonej literacko, mógłbyś ciągnąć twórczość.

Nie, nie mam żalu, ale będę mógł wyżywać się w tych moich felietonach. Na prawdziwe pisanie trzeba mieć czas i się temu poświęcić. Sporo twórczości ojca dotyczy Mazur, z książką „Dom pod lutnią” na czele, której cała akcja dzieje się na Mazurach po wojnie. Opowiada o mężczyźnie w dojrzałym wieku, byłym oficerze Armii Krajowej, który z różnych względów postanowił po wojnie pojechać właśnie tam. Powieść opisuje to mieszanie się kultur w tamtym czasie. W bardzo wielu opowiadaniach ojca są motywy mazurskie.

Od kiedy poczułeś, że literacko jesteś mocny?

(długo się zastanawia) Nie wiem, czy kiedykolwiek. Ale OK, wydaje mi się, że mogłem tak się poczuć w roku mniej więcej siedemdziesiątym trzecim, kiedy napisałem opowiadanie na konkurs do Płomyka czy może Płomyczka, już nie pamiętam.

A pamiętasz o czym?

Ni cholery.

Ale z pewnością pamiętasz, jak w wieku 11 czy 12 lat dostałeś fuchę przy dubbingu filmów. Co to za filmy?

Od piątej klasy podstawówki. To były filmy dla młodzieży, produkcji radzieckiej, bułgarskiej, rumuńskiej, NRD-owskiej, może też czechosłowackiej, choć nie jestem pewien.

Jak tam trafiłeś?

Przyszli goście do szkoły, bo moja szkoła była na Mokotowie, niedaleko Studia Opracowań Filmów przy alei Niepodległości, więc była pewnie na liście najbliższych szkół. Powiedzieli jaka jest sprawa, z gronem kolegów zostaliśmy zaproszeni na próbne nagrania z kultową reżyser Zofią Dybowską-Aleksandrowicz. Wybrali nieliczną grupę i bez przerwy się tam chodziło. Miałem wygodnie, bo z domu szedłem do Studia pieszo. Przesiadywałem tam, lekcje odrabiałem i jeszcze do tego kasę zarabiałem. A czasem były to duże role, więc podłożenie głosu pod pełnometrażowy film, który potem leci w kinach, to nie było takie hop-siup.

Domyślam się, że podkładałeś głos równolatków?

Oczywiście. Choć zagrałem w jednym serialu dla widowni dorosłej – „Rodzina Straussów”, który potem leciał w telewizji. Pamiętam, że bardzo mnie to wtedy kręciło, że mogłem w telewizji usłyszeć siebie w serialu dla dorosłych.

Mówimy o latach…

O pierwszej połowie lat 70.

Jaki wtedy fun miał z tego 12-latek? Dzisiaj wszyscy trąbiliby o tym na swoich profilach na facebooku. Jaka to była wtedy skala radości?

To była taka skala, że przesiadywaliśmy tam całymi dniami, odrabialiśmy tam lekcje, zjeżdżaliśmy na poręczach i była atmosfera podniesionej adrenaliny, bo jednak mało kto robił takie rzeczy jak my: w profesjonalnym studio, w słuchawkach, interpretacja tekstu, w kółko puszczają ci taśmę ze sceną z filmu, tak zwana „sklejkę”, profesjonalne uwagi dorosłych i wiele powtórek, nim to twoje podłożenie głosu kupią.

MadeIn_Nr022_web_221

Byłeś wtedy oczytany?

Czytało się w miarę dużo, bo innych opcji nie było. Ja do 16. roku życia nawet nie miałem telewizora.

A mimo wszystko jak 15-latek trafiłeś na plan filmowy i zagrałeś młodego króla, który musiał się całować. Dla ciebie zresztą po raz pierwszy.

Zagrałem młodego Kazimierza Wielkiego, który akurat brał ślub z księżniczką litewską Aldoną. Bardzo przeżywałem ten swój pierwszy pocałunek. Więcej – nawet podkochiwałem się w tej dziewczynie, która grała Aldonę.

Jak jako 15-latek trafiłeś na plan?

Przypadkiem. I nie było to związane z pracą przy dubbingu. Otóż zanosiłem dokumenty, albo scenariusz ojca, który mnie o to poprosił, do Zespołów Filmowych przy Puławskiej. Mam to do dzisiaj przed oczami: idę schodami, przechodzi jakiś facet i zaczepia mnie, bo jego zdaniem jestem podobny do Krzysztofa Chamca. A Krzysztof Chamiec grał rolę dorosłego Kazimierza Wielkiego. Człowiek, który mnie zaczepił dowiedział się, jak się nazywam i co robię. Zapytali rodziców o zgodę, a potem wysłali na naukę jazdy konnej, bo miałem na planie jeździć, a później okazało się, że w filmie na konia nie wsiadłem ani razu, ale dzięki tym lekcjom łyknąłem końskiego bakcyla. No i tak wystąpiłem w filmie. Potem się okazało, że ten facet, który mnie zaczepił, to był producent. Chyba Rutowicz.

(Rozmawiamy w warszawskim Camera Work Studio, przysłuchująca się rozmowie fotografka Justyna Radzymińska wtrąca: pan Jerzy Rutowicz przychodzi tu na spotkania z artystami).

Poważnie!? On musi być już wiekowy?

Justyna Radzymińska: Ma 89 lat, ale jak widać, ciągle z dobrą energią. Mało tego, zrobił 99 filmów i ciągle powtarza, że musi zrobić ten setny.

Maciej Orłoś: Dobre! Coś niebywałego! Ten film kręciliśmy 40 lat temu…

MADE IN: A więc mamy dubbing, pierwsze role, pocałunki, a czytałem gdzieś, że szkołę aktorską potraktowałeś jako sposób na przełamanie wrodzonej nieśmiałości. Ambitna terapia, zwłaszcza w kontekście tych pocałunków.

(śmiech). Jeśli się tak wyraziłem kiedyś, to jednak przesadziłem, bo nie myślałem w ten sposób, ale faktycznie od dziecka byłem wyjątkowo nieśmiały i niepewny siebie. Więc to, że poszedłem w aktorstwo i potem w prowadzenie programów w telewizji, to jest jakiś nonsens. (śmiech) Jako dziecko kompletnie nie spełniałem tych cech, których poszukuje się w tym zawodzie, będąc cały czas wystawionym na widok publiczny. Więc w gruncie rzeczy dla mnie jest to ciągle jakieś przełamywanie. Oczywiście działa doświadczenie, ale to nigdy nie było dla mnie, o tak (wymownie pstryka palcami). Aktorstwo w pewnym sensie jest łatwiejsze, bo można schować się za rolą, mówi się nie swoim tekstem, wciela się w postać, ma się kostium, charakteryzację, a kiedy prowadzi się różne programy czy inne wydarzenia, to nie ma się za czym schować.

Żałujesz, że na stałe nie związałeś się z aktorstwem?

Nie. Tylko czasami, kiedy widzę bardzo dobry polski film, myślę sobie: kurczę, szkoda, że już nie mam szansy, by wystąpić w takiej świetnej produkcji. Bo jestem gdzie indziej. Więc tylko wtedy.

A o jakim Orłosiu byśmy dzisiaj rozmawiali gdyby to aktorstwo jednak poszło dalej? Do jakich ról miałbyś dzisiaj przypiętą łatkę?

Nie mówiąc o skali rozpoznawalności i sukcesu, ale wydaje mi się, że mi najbliżej było do – porównując aktorów, których możemy pamiętać – Andrzej Łapickiego, którego zresztą w szkole teatralnej parodiowałem. Był taki wątek, że parodiowaliśmy różnych profesorów. Dla mnie było to naturalne, ponieważ jego parodiowałem trochę nawet na co dzień. Lekko zdystansowany, niespecjalnie emocjonalny, z pewną ironią – myślę, że to byłby ten kierunek.

No, raczej Szyca z ciebie nie byłoby.

(śmiech). No właśnie.

Z którymi znanymi dzisiaj aktorami wystartowałeś po szkole?

Z Grażyną Wolszczak, Sławkiem Orzechowskim, bardzo dobrym aktorem Teatru Współczesnego. Przez pewien czas była z nami Małgorzata Pieczyńska, ona jednak skończyła rok później, bo w trakcie studiów zagrała główną rolę w „Wiernej rzece” z Olgierdem Łukaszewiczem. To chyba niestety wszystkie nazwiska, które możecie kojarzyć. Rok 1983, w którym kończyliśmy studia, to nie były za dobre czasy na start w zawodzie: tuż po stanie wojennym, bojkot aktorski, niezbyt dużo robiło się filmów.

Chronologia sugeruje, że karierze aktorskiej w paradę wszedł Teleexpress.

Tak, ale nie mam pretensji do Teleexpressu, bo nie było żadnej gwarancji, że to aktorstwo poszłoby dalej. Właściwie się zatrzymało i Teleexpress pojawił się we właściwym momencie. Trochę zacząłem się miotać, nie miałem etatu, byłam freelancerem, sprzedawałem kredki…

No właśnie, ten mały ciekawy epizod byśmy rozwinęli.

To zdarzyło mi się na przełomie roku 1991. Nie miałem etatu w teatrze, bo sam z niego zrezygnowałem, ponieważ nic tam nie robiłem. W tym śląsko-warmińskim (śmiech).

Owszem, zagrałem główną rolę w filmie „Głuchy telefon” Piotra Mikuckiego w 1989 roku, ale światło ujrzał dopiero dwa lata po produkcji. Niespecjalnie się coś działo, a trzeba było jakoś zarabiać na życie. Znajomi sprowadzali wtedy kredki z zagranicy…

…A wtedy wszystko z zagranicy się sprzedawało.

Tak. I zostałem takim komiwojażerem. Miałem setki kredek w pudełkach porozkładanych w domu i posegregowanych na kolory.

Nie wszyscy wiedzą: mówimy o kredach kosmetycznych, a nie zwykłych do rysowania dla dzieci.

Tak, kredki do brwi, konturów ust i do czegoś jeszcze. Dobre, angielskie. Jeździłem po perfumeriach w Warszawie i proponowałem, miałem procent od sprzedaży. Zajmowałem się tym dobrych kilka miesięcy, więc jak przyszła konkretna propozycja z telewizji, to się zdecydowałem. Z bólem, ale się zdecydowałem.

Choć te kredki poszły jeszcze na zakładkę. Stałem się już panem znanym z telewizji, a jeszcze kończyłem biznes.

MadeIn_Nr022_web_222

No, ze znaną twarzą można było interes tylko rozwinąć.

A jednak nie pociągnąłem tego, bo mi było głupio (śmiech).

A to były już takie czasy, że obowiązywały cię kontrakty, zakazy?

Nie, to była wolna amerykanka. Dostałem etat, a stawki były kompletnie nie gwiazdorskie.

Sorry, na gwiazdę dopiero zacząłeś pracować.

No tak. (śmiech). Był etat, pensja, stabilność, choć gryzło mnie, że film, teatr i aktorstwo już za bardzo nie wrócą.

Ale do Teleexpressu wprowadziłeś sporo z aktorstwa: interpretacja, humor, mowa ciała. To była twoja zasługa, czy taki koncept serwisu?

Koncept był taki, że Teleexpress miał być inny, niż normalny program informacyjny, pewnie dlatego o mnie pomyśleli. Na początku nawet za bardzo grałem, a za mało „byłem”. Ale nie potrafiłem inaczej. Traktowałem to jako kolejne zadanie aktorskie, że oto występuję teraz przed kamerą i wcielam się w rolę prezentera programu informacyjnego. Jak po latach wracałem do tych starych programów, to dostrzegałem to: zbyt teatralnie mówione. A wracając do konceptu, to Sławek Kozłowski, który najwięcej nauczył mnie w Teleexpressie, ma korzenie kabaretowe, pracował przez wiele lat z Jonaszem Koftą, zaś ówczesny szef Teleexpressu, Piotr Radziszewski, był po wydziale wiedzy o teatrze w warszawskiej PWST. Ten program zawsze charakteryzował się tym, że był czymś więcej niż tylko informacją.

Przechodziłeś casting?

To było tak, że kilka miesięcy wcześniej był program informacyjny „Obserwator” do którego szukali prezentera. Przeszedłem próby i kiedy miałem wchodzić na antenę, „Obserwatora” z tej anteny zdjęli. Więc wróciłem do sprzedaży kredek i zapomniałem o epizodzie telewizyjnym. I kiedy po kilku miesiącach, w tym samym budynku, w tym samym studiu, ci sami ludzie potrzebowali człowieka do Teleexpressu, przypomnieli sobie: ej, przecież był ten Maciek, on może się nadać. I spróbowali mnie, ale takiego pojęcia jak casting, nie było. Miałem próbę kamerową do Teleexpressu. Stwierdzili: ok, jakoś okiełznamy.

A propos kontraktów, to prawda, że miałeś zapis, że nie możesz zmieniać swojego wizerunku?

No tak, absolutnie. Specjalnie mnie to nie szokuje, że mój pracodawca, z którym umawiam się na prowadzenie programu, chce mieć coś do powiedzenia w sprawach, które dotyczą mojego wizerunku: jaką mam fryzurę, czy mam zarost, czy nie, jak się ubieram. Ubierali mnie styliści, strzygli i czesali fryzjerzy zakontraktowani w telewizji, a o okularach… to nie pamiętam.

No właśnie, a ty od ćwierć wieku, poza zmianami oprawek okularów, to jesteś taki sam Maciej Orłoś.

No, przesadziłeś.

Młodzieniec, żartowniś, miły chłopak z humorem i grzeczną fryzurą. Poza zmieniającymi się oprawkami okularów, jesteś taki sam.

Staram się zachować dziecko w sobie, nie stetryczeć, nie gorzknieć. Mniej istotne są zmarszczki, niż to, co w środku i w oczach. Poza tym, kiedy czasami jestem zmęczony, zaczynam myśleć kategoriami Micke’a Jaggera, Woody’ego Allena i Clinta Eastwooda. Jeśli ci goście potrafią tak wymiatać, to ja przy nim jestem młodzieniaszkiem, więc o co chodzi?

Czy ty w ogóle nie masz zadatków na celebrytę? Przekopałem o tobie internet i nie dałeś pożywki plotkom. 

Często słyszę, że do wora z napisem celebryta wrzuca się wszystkie znane osoby. Niektórym się to myli, że jak znany z show biznesu, to już celebryta. Mnie się to słowo nie podoba i nie chcę być celebrytą. Nie kojarzy się dobrze, ale w niektórych kręgach jest wyznacznikiem popularności.

Zdarzało się, że komentarzyk na koniec Teleexpressu w ostatniej chwili wydał ci się niestosowny i zwyczajnie nie powiedziałeś go?

Te końcówki na zakończenie zawsze były wcześniej przygotowane. A jeśli chodzi o żarty spontaniczne, które czasem się zdarzały, to w którymś momencie przyjąłem zasadę, że kiedy nie byłem pewien na 100 proc., że dany komentarzyk, taki ad hoc, nie będzie w punkt, udany, to nie wchodziłem w to ryzyko. Potem to już była kwestia wyczucia i stylu Teleexpressu. Ale lepiej nie powiedzieć, niż nie trafić, bo nie ma nic gorszego, niż nietrafiony żart. Żenująca sytuacja.

Jesteś kolejnym mocnym nazwiskiem z branży dziennikarsko-informacyjnej, które przeszło do internetu. Patrząc przez pryzmat pierwszych miesięcy w Wirtualnej Polsce, dobrze się zbilansowała ta zmiana u ciebie?

Sieć daje bardzo szerokie horyzonty. Wszyscy uczymy się tej współpracy internetu z telewizją: co jedno drugiemu daje, jak można się wzajemnie wzmacniać. Telewizja WP korzysta z ogromnego portalu i daje zasięg globalny, więc czuje się siłę tego wszystkiego.

Kiedy telewizja internetowa prześcignie tę klasyczną?

Myślę, że to proces pokoleniowy. Są jeszcze starsze osoby, które kupują program telewizyjny i na jego podstawie oglądają tę telewizję. Ale coraz więcej ludzi ogląda kanały tematyczne, to, co ich interesuje. A jeszcze więcej ludzi siedzi w internecie i tam chce oglądać telewizję. Jak wystartowała telewizja Wirtualna Polska, a program, który prowadzę #dziejesię, był emitowany po raz pierwszy, pamiętam, że jak już wracałem do domu, zadzwonili do mnie znajomi i powiedzieli: „słuchaj spóźniliśmy się do domu na twój debiut, bo staliśmy w korku, ale obejrzeliśmy, super, podobało nam się”. A ja pytam: „więc jak obejrzeliście”? A oni: „po prostu, w smartfonie”.

Więc moim zdaniem telewizja przetrwa, ale nie wiadomo gdzie będzie oglądana. Ja sam prawie w ogóle nie oglądam telewizji. Jeśli coś oglądam, to tylko w internecie, coraz częściej w smartfonie.

Zostając jeszcze w telewizji, ale sięgając ze dwie dekady wstecz. Nie żałujesz, że nie wstrzeliłeś się z jakimś porządnym talk show? Nawiązuję do twoich wywiadów z cyklu „Oko w oko”, z których powstała potem książka. Młodszym czytelnikom przypomnę tylko niektórych twoich rozmówców: Bill Gates, Celine Dion, Anthony Hopkins, Joe Cocker, Nicole Kidman, Tina Turner, Pamela Anderson, Maryl Streep czy John Malkovich.

Nie dodałeś jeszcze Spice Girls (śmiech).

Jak i kilkudziesięciu innych gwiazd.

Były takie myśli, ale się nie udało, więc może w nowym miejscu uda się znaleźć i nową formułę. Myślę o realizacji projektów, które chodzą mi po głowie od lat i spróbować czegoś więcej, z całym szacunkiem dla 15-minowych programów informacyjnych o lekkim charakterze.

No właśnie, lekki charakter, młodzieżowy wizerunek, dowcipny, wyluzowany Orłoś, ale pewnie nie każdy zna ciebie jako społecznika mocno zaangażowanego w pomoc innym, zwłaszcza starszym.

Bodajże Janina Ochojska powiedziała to kiedyś, że prawdziwa pomoc nie potrzebuje rozgłosu. Od siebie mogę dodać zaś, że osoby, które mają znaną twarz, mogą zrobić dużo dobrego, niekoniecznie zakładając fundację, bo nie każdy ma na to czas, ale wspierając rożne aukcje, wydarzenia na rzecz kogoś. Zdaję sobie z tego sprawę i ja to wykorzystuję. Gdyby miał taki komfort, że jestem zabezpieczony finansowo i mam dużo czasu, to z przyjemnością poświęciłbym się takim działaniom intensywniej, bo to daje satysfakcję i sprawia wielką przyjemność. To, że można komuś pomóc, że są tego wymierne rezultaty, zobaczyć w czyichś oczach radość. To jest to super.

A dlaczego seniorzy? Uświadomiłem sobie, że dla nich niewiele się robi. Mówię w sensie poświęcanej uwagi. Brak serca w tym wszystkim. Bo to nie chodzi o to, by seniorom zapewnić jedynie wikt i opierunek. A kto przyjdzie do nich i coś poopowiada?

Do twoich statuetek dołączyła ostatnio „Gwiazda dobroczynności”. 

Nominowało mnie super Stowarzyszenie Otwarte Drzwi, które pośredniczy między osobami z niepełnosprawnością, a pracodawcami. Robią „Giełdę mocy”.

A propos statuetek, wystawiłeś swoją telekamerę na licytację na WOŚP. Za ile poszła?

Dwa z hakiem. Chyba dwa dwieście. Ale daliśmy też na licytację współprowadzenie programu #dziejesię w Wirtualnej Polsce. Właśnie dzisiaj to realizowaliśmy (rozmawiamy 6 lutego – red.). Za prawie trzy tys. zł wylicytowała to dawna koleżanka z TVP Karolina Dobrowolska.

Dokąd będzie wyjazd na Mazury nr 252?

Przede wszystkim bardzo chciałbym, żeby był jak najszybciej. Może uda się stworzyć program podróżniczy. To by mi się naprawdę podobało i byłoby genialne – jeździć po Mazurach z kamerą.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński,

Obraz: Justyna Radzymińska / Camera Work Studio

JEST JEDNA BARDZO EKSCYTUJĄCA RZECZ, KTÓREJ WIELE RAZY DOZNAŁEM – TO MAZURY POZA SEZONEM. TAK JAK NIEKTÓRZY LUBIĄ JEŹDZIĆ NAD MORZE POZA SEZONEM, TAK JA, GDYBYM TYLKO MÓGŁ JEŹDZIĆ CZĘSTO NA MAZURY POZA SEZONEM, TO BYM JEŹDZIŁ. I NAPAWAŁ SIĘ. NAWET ZIMĄ, TE ZAMARZNIĘTE JEZIORA… WSZĘDZIE JEST CISZA I SPOKÓJ, NAWET W MIKOŁAJKACH.

MadeIn_Nr022_web_160MadeIn_Nr022_web_162