Jolanta Fajkowska

Jeśli przez dwie dekady widujemy najpopularniejszą prezenterkę telewizyjną niemal codziennie, to czy to oznacza, że znamy się już całkiem nieźle? Po setkach przeprowadzonych wywiadów Jolanta Fajkowska zamienia się z nami miejscami. Będzie rodzinny Olsztyn, taniec z gwiazdami, a raczej z gwiazdą, samochód z alkoholem, niechciany epizod filmowy, a w tle jazz. Z Meg Ryan dostała kiedyś cztery minuty na przeprowadzenie wywiadu. Nam zeszło godzina i czterdzieści cztery. 

MADE IN: Zwykle to pani zadaje pytania…

Jolanta Fajkowska: Oczywiście wolę pytać niż odpowiadać, bo wiele rzeczy chcę zachować dla siebie, ale od jakiegoś czasu dziennikarze też są osobami, z którymi przeprowadza się wywiady, więc jestem przygotowana na wszelkie sytuacje.

A z własnego wywiadu była pani kiedyś niezadowolona?

Raczej nie, bo mimo wszystko każde spotkanie, nawet gdyby było nieudane z mojej strony, jest ciekawe. Wydaje mi się, że pamiętam wszystkie wywiady, które przeprowadziłam. 

Kiedy przyszedł czas nagrywania wywiadów, a nie przeprowadzania na żywo, można było na etapie montażu ukryć jakieś potknięcia, ale nie wstydzę się żadnego z nich. Absolutnie.

Czy spotkanie z gwiazdą światowego formatu poprzedza u pani stres dopingujący, czy ten destrukcyjny? Była ich cała plejada, od Stinga, przez Woody Allena, po Anthony Hopkinsa.

A propos – ostatnio widziałam zdjęcia jak Hopkins tańczy z Salmą Hayek i pomyślałam sobie: facet chyba lubi tańczyć, bo ze mną też tańczył.

Gdzie taka okazja się trafiła?

To było w Paryżu po promocji filmu „Hannibal”.

I nie bała się go pani po tej roli dr Lectera?

To uroczy człowiek. Szczery, autentyczny i serdeczny. I proszę sobie wyobrazić, że podczas spotkania powiedział, że marzy, by ze mną zatańczyć.

Sporo kiedyś jeździłam po świecie na wywiady promocyjne przy okazji premier filmowych. Spotkanie z Hopkinsem było w hotelu przy Champs Élysées.

Ale wracając do pytania głównego. Z tym stresem było bardzo różnie, bo i sytuacje bywały skrajnie różne. Np. na spotkanie z Meg Ryan u szczytu jej popularności poleciałam do Los Angeles. Wiedziałam, że będę mogła rozmawiać z nią 15 minut. Ostatecznie zakomunikowano mi, że będę miała do dyspozycji cztery minuty. I wtedy to jest destrukcja. Jeśli przygotowujesz się do wywiadu i masz wyobrażenie co do jego scenariusza, a dostajesz informację o czterech minutach, czyli zadaniu może czterech znaczących pytań, scenariusz należy wywrócić do góry nogami. 

Pamiętam, że chyba sama aktorka zorientowała się, że postawiono mnie w trudnej sytuacji i pomogła mi zwięzłymi wypowiedziami, a nawet przedłużyła spotkanie do pięciu minut.

Ale bywało i odwrotnie. Na wywiad z Georgem Clooneyem szłam na siedmiominutowe spotkanie, a przeciągnęło się do trzynastu.

Ktoś komuś wpadł w oko…

Okazało się, że oboje zachwycamy się twórczością Stanisława Lema, którego ja miałam okazję poznać. I to sprawiło, że od razu poczuliśmy jakąś więź. To był jeden z tych momentów, kiedy uświadamiasz sobie jak warto jest podkreślać swoją polskość i swoje pochodzenie.

Swoją drogą Clooney robi ogromne wrażenie i raczej ma świadomość, jak działa na kobiety.

Odmówiono pani kiedyś autografu?

Nie, tego formatu postacie były i chyba dalej są na to przygotowane. Mówię chyba, bo nie wiem jak to jest w dzisiejszych czasach, kiedy z podpisu, za pomocą technologii cyfrowej, można zrobić użytek do fałszerstw.

Jedno z piękniejszych spotkań, po których został mi autograf, było z Joe Cockerem. Poleciałam na wywiad z nim na koncert do Monachium. Rozmowa przeciągnęła się do kawy, potem lunchu – przepiękne spotkanie z autentyczną relacją, bo to był niezwykły człowiek. Poruszyliśmy sporo polskich wątków, bo jego żona miała nasze korzenie. 

I pokłosiem tego spotkania było potem dość humorystyczne zdarzenie. Otóż po niedługim czasie Cocker przyleciał na koncert do Polski. Zadzwonił do mnie jego manager z zaproszeniem na koncert i na spotkanie po. Niestety, nie mogłam być na wydarzeniu, o czym zdaje się artyście nie zakomunikowano. No i potem – to znam już z przekazu – podczas bankietu ktoś zakomunikował mu: „Jolanta idzie”. Ucieszył się, a tu pojawia się… Jolanta Kwaśniewska, wówczas pierwsza dama. 

Gdyby znał na pamięć „Seksmisję” Machulskiego, pewnie zacytowałby słynne: „zastałem Jolkę?”

(śmiech) A wie pan, że do mnie nikt „Jolka” nie mówi?

Bo z telewizji utrwaliła się Jolanta Fajkowska.

Podpytałem o autografy, bo wiem, że zbiera je pani. Czyj chciałaby pani mieć z tych nieżyjących postaci?

Rozmawiałam kiedyś z Milesem Davisem podczas jego pobytu na Jazz Jamboree w Sali Kongresowej. To było krótkie spotkanie, na którym nie poprosiłam go o autograf. Niestety, drugiej okazji już nie było.

Jaką wartość ma dla pani autograf? Zwykle odkładamy je do szuflady i pewnie znaczą potem tyle samo co wspomnienie ze spotkania.

Tyle że nie można porównywać autografu otrzymanego gdzieś po koncercie w tłumie, do autografu, który jest pamiątką po pięknym indywidualnym spotkaniu, podpisie zostawionym na płycie czy książce. Pamiętam spotkanie z Richardem Gere na które wzięłam książkę Dalajlamy z jego autografem, bo też miałam okazję go spotkać. Wiedziałam, że Gere jest zafascynowany postacią Dalajlamy, sam jest buddystą, więc kiedy po spotkaniu do kompletu na książce dopisuje mi się Richard Gere, to jest to dla mnie ta inna wartość.

Pani też narozdawała się autografów.

I to jest bardzo miłe. Kiedyś wysyłało się listy do redakcji z prośbą o autograf. Dzisiaj z kolei zdarzają się maile, by wysłać autograf przez internet. Albo kiedy wysyłają prośbę o autograf do mojej córki, to pytają ją czy matka też mogłaby swój dopisać.

No, Torbicka i Fajkowska to były dwa nazwiska, które robiły wtedy furorę. Jak to jest dzisiaj z rozpoznawalnością na ulicy?

Nie oszukujmy się, nie jestem gwiazdą dla dwudziestolatków, co jest naturalne, bo oni żyją innymi postaciami. Druga sprawa, od kiedy mieszkam na wsi pod Warszawą i wszyscy spotykamy się w tym samym sklepie, to i wszyscy jednakowo się znamy. W takiej społeczności są już inne relacje, więc nieważne, czy jesteś kimś znanym, czy zupełnie nieznanym.

A propos młodych – prowadziła pani zajęcia na Uniwersytecie Warszawskim ze studentami dziennikarstwa. Na ile daje się zaszczepiać studentom to solidne dziennikarskie rzemiosło, które w świecie blogów i youtube’a lekko się rozmyło?

To było bardzo ciekawe doświadczenie zawodowe. Z jednej strony celem niektórych było wyłącznie zostanie gwiazdą TV, najlepiej na wczoraj, ale miałam też przykłady studentek poważnie podchodzących do pracy dziennikarza i dzisiaj z sukcesami pracują w mediach. Przeżywałam ich debiuty na ekranach, bo to był też test dla nauczyciela. Swoją drogą, ja uczyłam się przy nich nowego spojrzenia na media.

Myślała pani o swoim kanale na youtube?

Myśleć to jedno, ale wyobrażenie, że muszę to robić regularnie, a najlepiej codziennie – zwyczajnie już mi się nie chce. Mam piękny ogród za oknem, który pielęgnuję, mam ochotę podziwiać niebo z tarasu, więc chyba nie mam już też i potrzeby zaangażowania się w taką aktywność.

Poza tym nie mam też w sobie takiej bezczelności, że każde moje słowo jest tak istotne, iż natychmiast muszę się nim dzielić z internautami. 

A ma swoich ulubionych youtuberów?

Nie subskrybuję kanałów, ale jak trafię na coś ciekawego, to oczywiście oglądam, np. „Raport o stanie świata” Dariusz Rosiaka. Uważam, że za mało jest dobrej wiedzy o tym, co się dzieje poza Polską, bo skupiamy się na wewnętrznych przepychankach. 

Zapytam teraz członkinię Komisji Języka w Mediach przy Radzie Języka Polskiego PAN: trafia do pani język sieci? Dzisiaj nie ma chyba dla języka mediów cyfrowych czegoś, co można określić mianem etyki słowa.

Oczywiście nie można tolerować wszystkiego, bo jeśli nie będzie tego sprzeciwu to za chwilę naprawdę cały język z sieci zaakceptujemy. Nasza komisja jest lekko konserwatywnym ciałem, zdaje sobie sprawę, jak język szybko się zmienia, ale też musi podkreślać jego ponadczasowość. 

A może za 20 lat nie będzie dziennikarzy piszących tylko aplikacje, sztuczna inteligencja i boty.

Pewnie tradycyjne media stanowić będą niszę, choć ani kino nie upadło wraz z telewizorem, ani gazety wraz z internetem. Tradycyjne dziennikarstwo zostanie dla wybrańców, bo niestety dominuje kultura obrazkowa. Słowo pisane przegrywa, cofamy się do komunikacji jak z czasów hieroglifów. Dlatego będą powstawały nowe rodzaje mediów i pewnie sztuczna inteligencja zawładnie nami, a my, starsza generacja, będziemy żyć w jakiś niszach i tworzyć podziemie.

Gdyby dziennikarstwo nie pojawiło się na drodze, kim zawodowo mogłaby być dzisiaj Jolanta Fajkowska?

Uwielbiałam chemię i byłam z niej bardzo dobra. Nawet myślałam o studiach na politechnice. Ale szczerze mówiąc, mnie zbyt dużo rzeczy interesowało, więc nie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Dlatego wydawało mi się, że studia humanistyczne pozwolą mi na wiele rzeczy.

Poszła pani na historię sztuki i slawistykę. To jakby kontynuacja nurtu taty – badacza kultur, ruchów ludowych, historyka.

Nazwałam te studia jako dla panienek z dobrych domów. (śmiech) Historia sztuki – czyż nie piękne? Człowiek zna języki, poznaje inne kultury. Niby nic z tego nie wynika, ale daje szerokie spojrzenie na świat i wiedzę o nim. 

A dziennikarstwo po prostu wyszło przypadkiem. Karmiąc dziecko przy piersi słuchałam radia, kiedy ogłaszali konkurs na spikerów. Zgłosiłam się, przeszłam trzy etapy i znalazłam się w finałowej dziesiątce. I tak zaczęłam pracę w Polskim Radiu, konkretnie w Trójce, bo była najbliżej domu, a wtedy wszystko ustawiałam pod małą córkę. Któregoś dnia Wojtek Reszczyński, z którym zmienialiśmy się na wieczornych dyżurach, zagadnął: słuchaj, powstaje nowy program w telewizji Teleexpress, potrzeba świeżych twarzy – może byś przyszła. 

Przyszłam, a drugiego dnia weszłam na antenę. Wszystko to wyszło jakoś spontanicznie, bez planowania. Może dlatego, że po studiach zmieniałam pracę wręcz co pół roku, byłam i w Polskiej Akademii Nauk, i w pracowni konserwacji zabytków. Szukałam tego, co powinnam zrobić przed studiami: co mnie interesuje.

A czy panienka z dobrego domu wychowywana była wedle starych zasad kultury?

Nie grało się u nas na fortepianie, tego mi najbardziej brakowało. A moim marzeniem zawsze było grać na fortepianie.

Gra pani na jakim instrumencie?

Nie. Chyba nie mam słuchu. Nie odtworzę zasłyszanej muzyki. Próbowałam się uczyć grać na gitarze, ale powiedziano mi, że mam za małe ręce. A może to było zgrabnie zasugerowane, że nie mam talentu? 

Zawsze zachwycało mnie, kiedy ktoś grał na instrumencie. To wyższy stropień wtajemniczenia w sztukę. Więc kiedy urodziła się córka, to wiedziałam, że będzie musiała nauczyć się grać na fortepianie, choćby nie wiem co.

Gra?

Gra. Skończyła średnią szkołę muzyczną. Nie wiadomo kiedy, ale to zawsze się przydaje w życiu. Jej się przydało.

A propos córki (Maria Niklińska – red.), aktorki i piosenkarki. Jest tak nasycona genem sztuki, że w zasadzie była skazana na podobny zawód? Jej dziadek, czyli pani tata, to zasłużony działacz kultury, ale doczytałem, że i pani dziadek podbił świat – grał w Stanach Zjednoczonych na trąbce.

Pewnie coś w tym jest, że talenty w jakimś stopniu się dziedziczy. Do tego wychowywała się wśród ludzi, z którymi ja miałam kontakt zawodowy, czyli znanych artystów, filmowców. Dostała się do szkoły teatralnej, została skazana na życie ze sztuką i jest z tego dumna. 

A wracając do mojego dziadka – mój mąż Krzysztof Karpiński, który napisał książkę o przedwojennym jazzie, umieścił w niej zdjęcie pradziadka Marysi. Ta historia jest przepiękna. Rodzina mojej mamy pochodzi z Podlasia, gdzie przed wojną było biednie. Sporo ludzi wyjeżdżało do Stanów za pracą, albo by zostać na stałe. Dziadek pojechał do siostry, która już była w Stanach. Chciał zarobić na gospodarstwo. Początkowo pracował w rzeźni, a że miał talent muzyczny, wieczorami chodził do klubu, w którym grał na trąbce. Szybko nauczył się angielskiego, rzucił pracę w rzeźni i znalazł swoje miejsce w klubie jazzowym. Zaczął żyć z muzyki. Chciał ściągnąć żonę, czyli moją babcię. Kiedy nie zgodziła się, wrócił na Podlasie. Z opowieści wiem, że siadał na ganku swojego przepięknego domu i grał na trąbce tak, że dźwięk niósł się po polach. Taka filmowa scena.

Jak opowiadał mi mąż, to było typowe dla jazzmanów tamtego czasu. Gdyby pozostał w tych klubach muzycznych, pewnie zostałby klasycznym muzykiem jazzowym. 

Jazzmani to byli wtedy ludzie bez wykształcenia muzycznego. Po prostu czuli muzykę, do której mieli talent.

Pani całe życie jest przy jazzie, swoją drogą pani książka z wywiadami z wybitnymi polskimi jazzmanami („Muzyka z profilu i en face” – red.) jest nie do zdobycia. Mąż – wybitny znawca i badacz przedwojennego jazzu, autor książek, m.in. o historii Mietka Kosza. To jazz was skojarzył?

Kiedy zaczęliśmy analizować, to myśmy przewijali się w tych samych miejscach przez wiele lat, ale mijając się. Bo kiedy dwie osoby lubią jazz, to prędzej czy później są na tych samych koncertach. Ale połączyła nas zupełnie inna sytuacja – wydarzenie na które zresztą nie bardzo chciało mi się pojechać. Była okropna śnieżyca, ja zaszyta na mojej wsi. A tu szykuje się premiera książki Jana Nowickiego. Postanowiłam w ostatniej chwili: pojadę, bo uwielbiam Janka.

Z kolei mój obecny mąż też dostał zaproszenie, tyle że był na jakimś zjeździe sędziów i prawników. By dotrzeć na spotkanie, urwał się wcześniej. I tam się poznaliśmy. Więc czasem warto wybierać się na wydarzenia, by poznać właściwych ludzi.

A wracając do mojej książki – tak, o dziwo sprzedała się w całości.

Dlaczego o dziwo? To 20 wywiadów z wybitnymi postaciami polskiego jazzu.

Mimo wszystko jazz jest niszową muzyką, dla koneserów. Choć z drugiej strony przedstawiłam poprzez te wywiady ludzką twarz jazzu, sporo anegdot, by nie była to książka zbytnio przeintelektualizowana. Bo też nie chodzi o to, by utrudniać odbiór takiej muzyki. 

Czego pani słucha w samochodzie?

Nie słucham muzyki. Auto jest moim drugim biurem, więc załatwiam dużo telefonicznych spraw, by potem więcej mieć spokoju w domu. 

A propos samochodu i domu – wyczytałem barwną historię, że ukradli pani auto, w którym bagażnik wypełniony był alkoholem.

To prawda. Wiozłam alkohol dla majstrów, którzy postawili wiechę na dachu mojego domu. Miało być też tradycyjne opicie budowy. Powiadomiłam ich, że nie dojadę, bo ukradli mi auto, ale początkowo chyba nie dali mi wiary. Umówiłam się z nimi na drugi dzień i kiedy zobaczyli, że podjeżdżam innym autem, już uwierzyli. To było ponad 20 lat temu. Ukradli mi Renault Megane. Podejrzewałam czy to „przypadkiem” nie stało się po wizycie na przeglądzie w warsztacie kilka dni wcześniej. Auto miałam w perfekcyjnym stanie, niespełna dwuletnie. 

Kolekcjonuje pani w domu srebrne szczypce do kostek cukru. Z jakiegoś powodu?

Zawsze interesował mnie okres międzywojenny, przedmioty z tamtego czasu, zwłaszcza srebrne i posrebrzane pochodzące z polskich fabryk. Kupowałam katalogi tych firm, uczyłam się ich znaków, a potem zaczęłam szukać na aukcjach drobiazgów. Szczypce były stosunkowo tanim przedmiotem, więc było mnie stać na ich kolekcjonowanie. I tak skupowałam, aż zebrałam bodaj wszystkie, jakie wyszły w Polsce w tamtym czasie – około 50 i żadne się nie powtarzają.

Wróćmy jeszcze tego rodzinnego domu – żyliście w atmosferze przesyconej sztuką i duchem kultury? Tata był dyrektorem Muzeum Warmii i Mazur, zresztą przejął funkcję po Hieronimie Skurpskim. I już w 1960 dostał tytuł „Zasłużony dla Warmii i Mazur”.

Pan Hieronim był stałym gościem w naszym domu, mam zdjęcia z nim, mam jego obraz, który wisi w salonie. A w muzeum bywałam u taty regularnie. Ślizgałam się po korytarzach w filcowych kapciach. To była przednia zabawa.

W naszym domu było dużo rozmów o historii Polski i regionu. Przez osmozę nasiąka się zainteresowaniami. Mama była bibliotekarką, chodziłam z nią na zakupy książek do szkolnej biblioteki. Dlatego ja na prezenty najczęściej kupuję książki. 

Mieszkaliście w Olsztynie w kamienicy przy ul. Mazurskiej.

Mazurska 8. Na dole był Polmozbyt. Kiedy ostatnio byłam, niewiele się zmieniło.

To tam spaliła się wam choinka w święta?

To ja aż takie szczegóły gdzieś opowiadałam? Tak, to były czasy, kiedy na choinkach zapalało się jeszcze prawdziwe świeczki. I to zdarzenie tak utkwiło mi w pamięci. Mam tę scenę przed oczami, kiedy teraz o niej opowiadam: dzieci wygoniono z pokoju, a mój chrzestny zarzuca koc na choinkę.

A skąd Kętrzyn w pani miejscu narodzin?

Urodziłam się tam, choć nigdy nie mieszkaliśmy w Kętrzynie. Rodzice mieszkali wtedy w Bartoszycach, ale kiedy miałam przyjść na świat, mama pojechała do swojej starszej siostry właśnie do Kętrzyna. Czuła się bezpieczniej w otoczeniu rodziny. Tata pożyczył od kogoś samochód, była śnieżyca, wpadli po drodze do rowu, zakopali się, ktoś ich wyciągał. Ponoć dramatyczne okoliczności poprzedzały moje narodziny. 

Potem rodzice z Bartoszyc przeprowadzili się do Olsztyna.

Jak dzisiaj traktuje pani Olsztyn, w którym dorastała?

Ma dla mnie wielką wartość sentymentalną i emocjonalną. To naturalne w człowieku, że szuka swoich miejsc i korzeni. Bardzo mi się podoba, kiedy rodziny tworzą swoje drzewa genealogiczne, trzymają dokumenty rodzinne. Ja zachowuję wszystko, trzymam nawet wszystkie swoje świadectwa szkolne.

Była pani pilną uczennicą?

Oczywiście! Jola zawsze najładniej pisała, a wizytatorom pokazywano moje zeszyty. Miałam tarczę „wzorowy uczeń”. A po przeprowadzce do szkoły w Warszawie, wyższym stopniem od „wzorowego ucznia” była odznaka Sándora Petőfiego, naszego patrona. Nosiła go jedna osoba z klasy. I ją też miałam. 

Gdy się urodziłam, moja mama zrezygnowała z pracy zawodowej i dokładała starań do mojego wychowania i edukacji. Więc wcześnie nauczyłam się czytać i pisać. Jak przychodziłam do szkoły, umiałam już wszystkie lekcje. Mimo że poszłam do podstawówki rok wcześniej, nauczyciele i tak się zastanawiali, czy nie przekierować mnie jeszcze o rok wyżej. Na szczęście zadziałał rozsądek i tak się nie stało. 

Ale pamiętam takie sytuacje, że nauczycielka z klasy obok zabierała mnie do dzieci z trzeciej klasy, bym im czytała. Pytanie dzisiaj: czy to było dobre dla emocji małego dziecka?

Kto uczył panią języka angielskiego?

Oczywiście dziadziuś.

Bo doczytałem, że pani tata już w latach 50. uczył w szkole w Bartoszycach języka angielskiego.

Tak, on sam się nauczył go na studiach historycznych w Toruniu. Podejrzewam, że ze względu na brak nauczycieli musiał uczyć kilku przedmiotów: historii, łaciny i wspomnianego angielskiego.

Poza Olsztynem, które to są dzisiaj pani miejsca na Warmii i Mazurach?

W wakacje zawsze w tym samym terminie wypoczywam nad cichym jeziorem koło Nidzicy. Cenię sobie tam spokój, o który coraz trudniej w sezonie turystycznym.

W ankiecie dla naszego magazynu, na pytanie: „najchętniej zagrałabym w reklamie…”, dopisała pani kiedyś: „…promującej Warmię i Mazury”. Można skomentować: piękna reklama pięknej krainy.

Z córką możemy występować w roli ambasadorek regionu. Z tym, że Warmia powinna się promować oddzielnie, bo dla turystów Warmia i Mazury, to tylko Mazury. 

Wspominała pani o rozmowach z poprzednim dyrektorem naszego teatru o pomyśle na sztukę w której zagraliby znani dziennikarze pochodzący z Warmii i Mazur. 

A jest ich sporo! Tak, nieważne kto jaką opcję polityczną prezentuje, ale w imię szczytnych celów, np. dla hospicjum czy domu dziecka, można byłoby zaangażować się w taką pracę.

Motyw przewodni sztuki był?

Wcielić się w znaną bajkę, np. o królewnie i krasnoludkach. Chodziło o to, by dzieci przyciągnęły rodziców.

Fajkowska byłaby królewną?

Ona już raczej królową. 

To królewną córka – uroda idealna. 

Tylko, że Maria urodziła się Warszawie. Abstrahując od ról – powinno się tworzyć inicjatywy integracyjne, bo jesteśmy zbyt podzieleni. Zawsze dziennikarze mieli różne poglądy, ale tak rozbici jeszcze nie byliśmy. Winię za to w dużej mierze media społecznościowe. Ludziom wydaje się, że w sieci można napisać już wszystko na wszystkich, że każdy może pełnić rolę dziennikarza i głosić własne tezy. Więc pomyślałam, że można zrobić coś, co by zaskoczyło – znane postacie dziennikarstwa w nietypowej roli. Połączyć się choćby dla szczytnej idei.

Panią ciągnie w stronę gry aktorskiej.

Mam nawet dość bogatą filmografię.

Właśnie do tego nawiązuję – kilkanaście ról.

Tyle, że gram zwykle jedną: dziennikarki i prezenterki.

Widać taka rola jest pani rolą życia. 

Niestety moje sceny wycięto z filmu „Prime time”, który nawiązuje do słynnego incydentu z 1999 roku kiedy do telewizji wtargnął terrorysta, ekipę wziął za zakładników i żądał wejścia na żywo na antenę w czasie największej oglądalności. Byłam konsultantem tego filmu, wystylizowano mnie na lata 90., ale sceny ze mną ostatecznie nie weszły do filmu. Bardzo żałuję. 

A były i poważniejsze propozycje filmowe?

Jedną musiałam odrzucić, bo w takiej produkcji nie chciałam zagrać. To film Marka Koterskiego o tytule, który mi na to nie pozwalał. Każdy się domyśli. 

Przyjaźnicie się z Bogumiłem Osińskim, szefem Warmińsko-Mazurskiego Funduszu Filmowego. Śledzi pani filmy tworzone przy wsparciu funduszu. Jak odbiera pani produkcje kręcone w rodzinnych stornach, bardziej emocjonalnie?

Przede wszystkim cieszę się, że warmińsko-mazurski fundusz tak ekspansywnie działa i co film, to nagrody na festiwalach. Można powiedzieć, że reżyser Piotr Domalewski stał się wizytówką Olsztyna. Doceniam to kino, bo porusza ważne społecznie tematy, choć na pewno nie są to filmy, przy których się odpoczywa.

A z Bogusiem nie wykluczamy dalszej współpracy, bo są plany związane i z filmem, i z Mazurami. 

Uczestniczyła pani już w Forum Kultury w Olsztynie. Jesienią znów zagości pani na kolejnej edycji? Tym razem szykuje się jubileusz 90-lecia reżysera Janusza Majewskiego, też bliskiemu pani filmowcowi.

To już 90-ka?! Z jego żoną (słynna fotografka i portrecistka Zofia Nasierowska – red.) miałyśmy bardzo bliskie relacje. Nie znałyśmy się jeszcze, a okazało się, że na moim pierwszym ślubie sesję fotograficzną robiła jej siostra Janina.

Zosię i jej męża odwiedzałam w ich domu na Mazurach. Robiła piękne, tajemnicze, intymne portrety znanych osób, gwiazd, aktorek. Tyle razy się umawiałyśmy, by i mnie sfotografowała. Ciągle nie było czasu, ciągle były ważniejsze sprawy. Żałuję, bo dla mnie Zosia Nasierowska to postać ikoniczna.

A propos ważnych kobiet, pani pali?

Popalam.

Liczyłem, że odpowie pani: tylko fajkę pokoju.

Więc trzeba będzie to wyciąć.

Oczywiście nawiązuję do pani autorskiego programu „Fajka pokoju”, który od lat prowadzi w Polsat Cafe i skupiony jest wokół tematu kobiety. 

Od 2013 roku wyemitowaliśmy już 225 programów i wiernie trzymamy się formuły, że gośćmi są wyłącznie kobiety. Pokazujemy kobiece spojrzenie na ważne aspekty życia. Zapraszam do programu panie prezentujące profesjonalizm w każdej dziedzinie. Jak wygląda świat z ich punktu widzenia i wrażliwości. Uważam, że w czasach, kiedy coraz częściej widzimy transparenty z hasłami domagającymi się praw kobiet, takie dyskusje są o wiele bardziej interesujące i pożyteczne. Bo czasem się zastanawiam jakich praw ja czy np. moja sąsiadka nie mamy. Przecież mamy otwarte możliwości na wszystko. Chcę w programie pokazać, że znakomitych kobiet jest bardzo dużo, że mają wiele do powiedzenia, że zajmują ważne miejsca. Wszyscy przecież jesteśmy pracownikami, sportowcami, przedsiębiorcami, naukowcami, rodzicami. Różnica jest tylko w tym, że kobieta rodzi i karmi piersią dzieci. Faktycznie w tym okresie może być w pewnym sensie wykluczona z życia zawodowego. Jest trudniej, ale taka jest rola kobiety i nigdy nie będzie jej łatwiej. Mężczyźni dzieci nie urodzą.

Angażuje się pani w sprawy kobiet, ale nie na barykadach.

Uważam, że jest wiele trafniejszych form. Kiedy byłam rzecznikiem Europejskiej Unii Kobiet, wydałyśmy książkę „Kobiety niezapomniane”. Zaprosiłyśmy plejadę przeszło 40 najbardziej znanych dziennikarek, które wytypowały polskie kobiece symbole swojego życia. Te, które torowały drogi do sukcesów innych i łamały narzucone im zasady postępowania. Osiągały sukcesy, były wybitne w swoich dziedzinach. Przez każdą z tych sylwetek pokazywałyśmy, jak zmieniały epokę, w której żyły. 

Pani kogo opisała?

Aktorkę Helenę Modrzejewską. Wyprzedzała epokę, a jej życiorys obfituje w dramatyczne i wzruszające momenty. Była supergwiazdą w Ameryce, a jednocześnie nie zapominała o swoich polskich korzeniach. 

Unia Kobiet miała też na celu zwiększenie aktywności kobiet w przestrzeni politycznej. Abstrahując od konsekwencji zawodowych, nigdy nie ciągnęło pani do polityki? Pani tata świetnie się w niej poruszał: był kilka kadencji posłem, wiceministrem, ambasadorem… 

Jestem polityczna jak każdy człowiek, bo mam swoje poglądy. Ale nie chcę się angażować politycznie, bo to utrudnia pracę dziennikarską. Byłam zapraszana do prowadzenia konwencji partii politycznych i musiałam stanowczo odmawiać.

Do polityki trzeba mieć temperament działacza. Mój tata go miał. Poświęcał się do tego stopnia, że najczęściej nie było go w domu. Bo tu nie chodzi o urzędniczenie, a bycie z ludźmi i z ich sprawami.

Ja też mam ostatnią sprawę na zakończenie: jak zapowiedziałaby pani wywiad ze sobą?

Chyba nie pasuję do dzisiejszej ekspansywnej promocji siebie, a na pewno nie mam w sobie potrzeby błyszczenia za wszelką cenę. Debiutowałam w czasach, kiedy w mediach w cenie była wiedza, praca i wiarygodność. Tak zostałam ukształtowana przez rodziców i starszych kolegów z branży. I dobrze mi z tym. Chyba że widzowie telewizji i słuchacze radia zdecydują inaczej. Szanowni państwo, a może zmienić się? Siema, tu Jolka, czytajcie, lajkujcie i dajcie łapkę w górę. (śmiech)

Rozmawiał: Rafał Radzymiński
Obraz: Justyna Radzymińska / Camera Work Studio