Choć od lat działa głównie na folkowej scenie, jej korzenie to jazz. I do nich wraca na płycie „Depressed Lady”, która ukaże się w tym roku. O tym jak do niej dojrzewała mówi Mary Rumi – wokalistka, kompozytorka, instrumentalistka związana z Warmią.

MADE IN: Płyty jeszcze nie ma na rynku, a już jest o niej głośno.

Mary Rumi: Tkwię w blokach startowych od kilku miesięcy. Pandemia ograniczyła działalność koncertową, więc potencjał twórczy artystów kierowany jest m.in. na wydawanie płyt. W tłoczniach, wytwórniach zrobiły się kolejki, więc i ja od zeszłego roku czekam z nagraną płytą na zielone światło. Daty premiery wciąż nie ma, ale na pewno będzie to ten rok.

Z czego żyć, oczekując na taki moment?

Nie znam odpowiedzi, wciąż jej szukam – cała rodzina jest żywo zainteresowana tą kwestią. Obcinane są granty, kasa z kultury przekierowana zostaje na inne cele, offowy rynek muzyczny obrywa bardziej niż komercyjny. Już około 40 proc. naszych znajomych muzyków przynajmniej tymczasowo zmieniło zawód, choćby nasz gitarzysta z Shannona. To wbrew logice, bo wszelkie twórcze przejawy to jedyna nadzieja, aby na poziomie czysto ludzkim przetrwać trudności, na które nie mamy wpływu. Zamiast kumulowania strachu, pozwalają rozprężać układ nerwowy.

Jak ty go rozprężasz?

Zmagam się z depresyjnością, ale doświadczyłam w kryzysach, że z najgorszego stanu psychicznego może mnie wyrwać jedynie tworzenie – wiem, że brzmi to górnolotnie. Na początku pandemii odkryłam dla siebie malarstwo akrylowe. Zaskoczyło mnie to o tyle, że w szkole nie wyróżniałam się szczególnie talentem plastycznym. Teraz, kiedy nie mogę ćwiczyć na instrumentach ze względu na sąsiadów w kamienicy, rozładowuję napięcie rozprowadzając farby na płótnie. Powstają ostatnio m.in. portrety niezwykłych kobiet ze świata jazzu.

Jazz wrócił do twojego życia wielowymiarowo.

Przed 15 laty uciekłam trochę od nurtu jazzowego, w którym się wychowałam. Jako dziecko uczestniczyłam w życiu okołofestiwalowym taty (Zbigniew Namysłowski, zmarły 7 lutego saksofonista, multiinstrumentalista, kompozytor i aranżer – red.). Wakacje bywały dostosowane do jego tras koncertowych w Europie. Jeździliśmy rodziną busem, nocowaliśmy w trasie, na parkingach, campingach i pamiętam nawet wielogodzinne „trzepanie” na granicach jeszcze przed 89. rokiem. W domu oczywiście słuchaliśmy dobrych płyt jazzowych i ćwiczyliśmy na instrumentach. Oboje z bratem (Jacek Namysłowski – puzonista) zaczynaliśmy edukację od muzyki klasycznej. Takie techniczne podwaliny pod późniejsze akrobatyczne improwizacje. Ale ten mainstreamowy techniczny jazz, wchodzący na wyżyny instrumentalne, był dla mnie, dziecka, zbyt skomplikowaną, pełną napięć muzyką. Wolałam na początku tej szlachetnej drogi słuchać np. New Kids On The Block.

Na studia jazzowe w Katowicach trafiłaś z „automatu”?

Nie do końca. Wybrałam kompromis. Chciałam pisać piosenki, ale w rozrywce. Wtedy jedyną uczelnią ze słowem „rozrywka” był katowicki Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. W studia bardzo się zaangażowałam. I wtedy, 15 lat temu, nagrałam nawet płytę jazzową z kolegami – świetnymi muzykami, ale nie miałam odwagi wypuścić jej w świat, nie wydawałam się sobie wystarczająco dobra. Teraz dojrzałam do tego. Mogę wyrażać jazz po swojemu, przetwarzać go bez obciążeń. Nasiąkłam nim mocniej niż mi się wydawało, bo przez te lata grania folku czy popu, wszystko instynktownie robiłam z jazzowym feelingiem.

Będzie to również pierwsza płyta nagrana z moim bratem, który zajął się aranżacją muzyczną całości, więc jest dla mnie ważna z wielu względów.

Tytuł sugeruje, że na płycie będą smutne ballady.

Osiem z dwunastu piosenek jest autorstwa taty z tekstami m.in. Agnieszki Osieckiej – „Wyszłam z domu, nie wróciłam”, „Zmęczona miłość” Jana Wołka, „Sprzedaj mnie wiatrowi” Ryszarda Grońskiego czy „Kocham się w poecie” Wojciecha Młynarskiego. Ten ostatni, według mnie, mógłby być hymnem branży artystycznej. Reszta albumu posiada moją warstwę liryczną. To rodzaj muzycznego dania typu slow food. Na płycie towarzyszą mi wspaniali muzycy, m.in. Tomek Sołtys, Tomek Wendt, Michał Miśkiewicz czy Atom String Quartet. Kiedy spotkaliśmy się w studio wiosną 2021 roku, po długiej pauzie w graniu na żywo, była taka energia, że nagraliśmy płytę w dwa dni. Rozkwitliśmy jak pąki na wiosnę, byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi pod słońcem. Więc może nieco odczarowaliśmy tę tytułową depresję. Teraz czekamy na nasze wewnętrzne święto – premierę.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Łukasz Pepol