Choć trudno je czasem znaleźć na mapie, ich grafiki pękają w szwach. Regionalne gospodarstwa i siedliska z portalu Slowhop w kwietniu trafiły na księgarskie półki. Aleksandra Klonowska-Szałek, autorka książki „Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury” tłumaczy fenomen tych miejsc.

MADE IN: Główną atrakcją opisywanych w książce i na portalu miejsc jest cisza i spokój, a trudno tu o wolny termin na lato. Moda na turystyczny minimalizm czy przesyt ofertą hotelarską?

Aleksandra Klonowska-Szałek: Jedno i drugie. Kiedy w 2017 roku zakładałam portal Slowhop z klimatycznymi noclegami, myślałam, że będzie się rozkręcał powoli. Okazało się, że „ciepłe” pensjonaty, wygodne agroturystyki, gdzie jest się gościem, a nie klientem, stały się alternatywą dla hoteli, luksusowych SPA. Mamy na Slowhopie prawie 400 tys. odwiedzin miesięcznie, skupiamy na portalu około 300 miejsc w całej Polsce, z przewagą Warmii i Mazur. I ciągle zgłaszają się nowe. Pokazujemy miejsca, które są hybrydą między hotelowym standardem, a domową atmosferą. Kiedy zapytałam gospodarzy o rezerwacje na ten sezon letni, okazało się, że pierwsza fala ruszyła zaraz po ostatnich wakacjach, a w listopadzie grafiki były już pełne.

Mimo braku first czy last minute.

Od początku założyliśmy, że nie będziemy używać na portalu słów „oferta” czy „obiekt” stosowanych w przypadku miejsc, które nie mają duszy. Właściciele z którymi współpracujemy wiedzą, że nie wystarczy odnowić starą stodołę, aby przyciągnąć do siebie ludzi. Zapraszają ich do swojego życia, są jednocześnie recepcjonistami, kucharzami, animatorami, ogrodnikami. Ceny skalkulowane są adekwatnie do wysiłku i serca wkładanego w każdą czynność. I goście mają tego świadomość. „Oferta” trafia się czasem, gdy nagle zwalnia się komuś pokój. Bywa też, że gospodarze podsyłają sobie nawzajem gości, kiedy brakuje im miejsc.

Wspierająca się społeczność?

To jest najbardziej niesamowite. Na naszej zamkniętej grupie w sieci podpowiadają sobie rozwiązania, bardziej doświadczeni radzą tym, którzy dopiero zaczynają. Ale wspierające społeczności są też poza siecią. Przykładem są okolice Jezioran, gdzie właściciele tamtejszej Galerii Revita Warmia skupili rozsypanych po wsiach gospodarzy. Jedni robią sery, inni mydło, założyli nawet amatorski teatr. Gdybym dzisiaj kupowała siedlisko, wybrałabym miejsce z taką społecznością.

Twój pomysł na Slowhop zaczął się od kupienia obory na Mazurach.

Pochodzę ze Szczecina, dorastałam w otoczeniu wody. Kiedy zamieszkałam w Warszawie brakowało mi kontaktu z nią. Po pierwszej wakacyjnej wizycie na Mazurach ożyło marzenie z dzieciństwa, aby zamieszkać w domu nad jeziorem i pisać książki. Obora w Krzywem to realizacja tych marzeń. A poznani wokół gospodarze agroturystyk zainspirowali mnie do stworzenia portalu, który zaowocował książką – drugą z serii wydawnictwa Buchmann o nietuzinkowych miejscach. Powstał przewodnik z pięknymi zdjęciami nie tylko wskazujący gdzie spać, ale też zjeść, kupić rękodzieło czy spędzić aktywnie czas zimą.

Kto tworzy te miejsca – głównie lokalsi czy napływowi?

W około 90 proc. napływowi. To mieszkańcy dużych miast, którzy zrobili zwrot w życiu i dali tu upust swojej kreatywności. Są też właściciele, którzy się tu wychowali i np. wyjechali do pracy za granicą. Otrzaskali się w świecie, a ich pomysły, aranżacje są wyjątkowe, jak choćby w Przechowalni Marzeń w Mikołajkach. Żałuję, że książka zmieściła tylko ułamek takich miejsc.

Inspirujesz aby rzucić wszystko i wyjechać na Warmię i Mazury?

Pod warunkiem, że pozna się wszystkie wady i zalety takiego życia. Ale rzeczywiście – nieustannie dostajemy pytania, gdzie można kupić ziemię, dom. Na pytanie „jakich ludzi tu chcecie”, Marcelina i Rafał Mikułowscy z Jezioran odpowiedzieli: „napisz, aby ludzie kupowali stare siedliska”. Takie miejsca ożywiają region. Pod warunkiem, że ich mieszkańcy zamieszkują tu na stałe, a nie wpadają na grilla w weekendy. Region potrzebuje, aby ratować jego historyczną tkankę, a nie zamieniać w warszawskie daczowisko.

Rozmawiała: Beata Waś
Obraz: Kamila Markiewicz-Lubiańska
© ysuel/Shutterstock.com