Bez względu czy mówi o wojnie, swoich dzieciach, czy gruzińskich balangach, potrafi zaczarować tłumy, które przychodzą na spotkania. A bogaty życiorys sprawia, że każde z nich jest inne. Kiedyś szukał przygód na wojnie, dzisiaj resetu na mazurskiej wsi. Marcin Meller, historyk, dziennikarz, prezenter telewizyjny mówi o tym, dlaczego mimo internetowego hejtu życie jest cudne i skąd w jego medialnym wizerunku wziął się motyw arbuza.

MADE IN: Pojawiłeś się ostatnio w Olsztynie żeby promować książkę „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”. Pojedziesz kiedyś do Gruzji promować książkę o Warmii i Mazurach?

Marcin Meller: Namawiał mnie na taką książkę przyjaciel wydawca, którego obwiozłem po tutejszych stronach. Pomysł się tli, tyle że nie znam niemieckiego i miałbym problem ze źródłami w archiwach. Nawet żeby to napisać reportersko, trzeba by korzystać z literatury przedwojennej, która jest głównie w tym języku. Przekonałem się już o tym, kiedy próbowałem rozkminić czy dom, który kupiłem w gminie Reszel, jest na Warmii czy Mazurach. W końcu pojechałem do Lidzbarka Warmińskiego i tam skorzystałem z XVII-wiecznej mapy. I na niej wyraźnie widać, że ziemia na której stoi mój dom, znajduje się kilkaset metrów od granicy krain, po stronie mazurskiej. No, ale jak połączę w felietonie lub internecie Reszel z Mazurami, zaraz dostaję bęcki, że warszawiak nie kuma bazy. Stosuję więc łamańce słowne żeby już nie narażać się.

Co opisałbyś w tej książce?

Wybrałbym kilka tematów wokół których rozwijałbym wątki. Koniecznie zanurzone w historii. W końcu jestem historykiem z wykształcenia, dzieckiem historyków. I dlatego o czymkolwiek piszę lub czytam, wiem, że trzeba grzebać w przeszłości. Mazury w moim życiu pojawiły się już w dzieciństwie. Kolonie, wypady z kolegami do Krzyży pod Rucianem Nida. Jak zdałem do drugiej klasy liceum, dostałem zgodę na pierwszy samodzielny wyjazd, pod warunkiem, że rozbijemy namiot u przyjaciół rodziców. Pamiętam z tamtych czasów piwo Grunwald po które trzeba było nieraz zasuwać z buta do Rucianego.

A gmina Reszel? Skąd się tu wzięliście?

Ponad 10 lat temu zaczęliśmy bywać u rodziny mieszkającej w domu pod Reszlem, a cztery lata temu odkupiliśmy go od nich. Zachwyciliśmy się tutejszymi okolicami. A że jesteśmy towarzyscy, nawiązywaliśmy znajomości, a to w wypożyczalni kajaków w Sorkwitach, a to z właścicielami knajpek, a to z sąsiadami w tutejszym rozumieniu tego słowa, czyli do kilkunastu kilometrów. Dostawałem maile od ludzi na temat fajnych miejsc i inicjatyw, m.in. rockowego zespołu Ukryta Strona Miasta, którego muzycy są z Reszla i Kętrzyna. Zorganizowali koncert w Restauracji Rycerska w Reszlu, zagrali z moją żoną, byłą wokalistką zespołu Andy, mnie wyciągnęli na mecz Orląt Reszel, razem w Rycerskiej oglądaliśmy mecze Polaków.

Za sprawą kolegi smakosza trafiliśmy z kolei na Ranczo Frontiera w Warpunach gdzie właściciele, obecnie nasi przyjaciele, robią świetne sery. Te sery budują naszą pozycję balangową w Warszawie – gdziekolwiek je przynosimy, jest efekt „wow”. Wysyłałem je nawet za granicę do znajomych. Potem ktoś polecił Zajazd Staropolski w Szestnie pod Mrągowem. Zajeżdżam na podwórko, wchodzę do chałupy, widzę wnętrze jak ze stołówki PRL i zaczynam się wycofywać. Z zaplecza wyskakuje kobieta i mówi: „a co pan tak ucieka, mamy najlepsze jedzenie w Polsce”. Faktycznie było genialne, rosół z kołdunami baranimi pani Zosi i inne dania opisałem w kilku felietonach. Wspieramy się na święta jej pulpetami ze szczupaka. Już wcześniej zakochaliśmy się w restauracji We Młynie w Warpunach, gdzie robią np. genialne placki ziemniaczane z grzybami. Kiedyś wokalistka Natalia Nykiel była gwiazdą programu Dzień Dobry TVN i za kulisami wypaliła: „a ja panu kiedyś pierogi We Młynie podawałam”. Zanim zrobiła karierę, dorabiała jako kelnerka w rodzinnych stronach u swoich przyjaciół. Strzeliliśmy „selfiaka” na okoliczność ponownego splotu losów.

Widziałam na instagramie, że polecałeś rybę w olsztyńskiej Casablance.

To nasz numer jeden w Olsztynie, gdzie oprócz dobrego żarcia jest super kącik dla dzieci, co w przypadku rodziców dwóch dynamicznych maluchów jest nieocenione. Polecił mi ją pisarz Zygmunt Miłoszewski, którego żona pochodzi z Olsztyna. Dała mojej Ance klucze do mieszkania i tu powstała jej książka „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy”. Kiedyś wyrwaliśmy się w czasie świąt ze wsi do restauracji Przystań, którą znałem sprzed lat. Poszedłem po coś do samochodu, wracam i oniemiałem na widok pięknej kobiety w drzwiach. Nie poznałem własnej żony, przyzwyczajony przez kilka dni do jej wiejskiego wizerunku: gumiaki, sweter i kamizelka. Tak się odstawiła na wyjazd do Olsztyna!

Macie tu na wsi życie równoległe do warszawskiego?

Przyjeżdżamy na reset kiedy się da. Dzieciaki mają tu pełną wolność, pilnujemy tylko żeby nie zjadały petów z ziemi, a poza tym nie interweniujemy. Kiedyś na wsi popsuł się prysznic. Hydraulików w okolicy zero, więc trafiłem do sklepu hydraulicznego w Mrągowie, którego właściciel firmy okazał się fanem „Drugiego śniadania mistrzów” (program Marcina Mellera – red.). Wytrzasnął mi człowieka spod ziemi. Zajechał do nas na podwórko rozgląda się i mówi: „ale panie redaktorze, tu bida widzę”. Nasze obejście jest raczej skromne, ale żona mówi, że mogłaby już nigdzie się stąd nie ruszać.

Trudno się tu do was nawet dodzwonić.

Zasadniczo nie ma zasięgu, ale czasem mignie przy dobrej pogodzie. Trzeba iść na górkę żeby wykonać telefon. A jak trzeba odpalić internet to jedziemy do Młyna w Warpunach, czasami do Mrągowa albo Reszla, jesteśmy bywalcami kawiarni, świetlic, bibliotek. Moglibyśmy postawić maszt przy domu, ale nie po to tu przyjeżdżamy. Robotę staramy się zostawiać do Warszawy. Tu za to czytamy dla przyjemności, oglądamy zaległe filmy.

Chyba że deadline w redakcji goni.

Niestety, zawsze zostawiam na ostatni moment cotygodniowy felieton do „Newsweeka”. Wtedy pojawia się stały syndrom – nigdy nie mam takiego zapału do sprzątania czy drobnych napraw, jak przed deadlinem. Dobrze mi się pisze w pociągach, a dużo ostatnio jeżdżę po Polsce promując swoje książki. Kiedyś wsiadłem do bezprzedziałowego wagonu, wyjąłem laptopa, westchnąłem, czując zbliżającą się cotygodniową mękę, zakasałem rękawy i zacząłem pisać. I słyszę kobiecy głos: „przepraszam pana, lubię te felietony, ale przeżywam rozczarowanie, bo wyobrażałam sobie, że powstają przy szklance whisky, dymie papierosowym, a pan tak po prostu pisze na kolanie”. Mam totalną zdolność wyłączenia się i pisania w miejscach publicznych, w taksówce czy w autobusie, który wiezie mnie po gruzińskich górach.

Wiem coś o męczarni przy pisaniu tekstów.

Nie ma na to recepty, a doświadczenie nic nie zmienia. W tym tygodniu miło mi się pisało, bo mogłem się wyżyć na temat mundialu, a jestem maniakiem piłki nożnej. Ale zdecydowana większość tekstów to tortura. Staram się aby były oparte na aktualnej rzeczywistości, anegdotach, ale nie zawsze jest punkt zaczepienia. A po około 400 felietonach, które stworzyłem, tzw. tematy zapasowe wyczerpały się.

Twoje bezkompromisowe często teksty w internecie potrafią rozpętać burzę. Który z felietonów wywołał największe poruszenie?

Dobrze przyjmują się historie obyczajowe, rodzinne. Numer jeden wśród tekstów najlepiej przyjętych to chyba „Kąpiąc Gucia” o emocjach związanych z rodzicielstwem. Czasem tekst powstaje godzinę przed deadlinem z niczego. Jak ten o wędrującym przez warmińsko-mazurskie pola sygnałku telewizyjnym NC+, który wbrew zapewnieniom sprzedawców zbłądził i nie dotarł do chałupy przed transmisją ważnego meczu. Czy parodia przemówienia Jaruzelskiego na temat stanu wojennego.

Hejt też cię nie omija.

W jednym z felietonów parę lat temu stworzyłem ranking rzeczy, które mnie denerwują. Punkt numer trzy: kolesie którzy latem jeżdżą metrem w koszulkach na ramiączka co już samo w sobie jest obleśne, a spod tych odsłoniętych pacholców capi im jak z kibli w dawnej bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Pojechałem zaraz po tym do Gruzji, spotykam tam Polaków, a oni: „no panie Marcinie, z tym felietonem to grubo wyszło”. Pędzę do komputera, odpalam internet, a tam nagłówki na portalach: „Meller: Polacy śmierdzą”. A pod nimi tysiące strasznych komentarzy, w tym antysemickie teksty, żebym spadał do Izraela, bo śmierdzę czosnkiem itp. To skutek uboczny funkcjonowania w życiu publicznym. Na żywo rzadko spotykam się z negatywnymi reakcjami, ale internet wyzwala w ludziach demony, czują się zupełnie bezkarni i mówią to, czego nigdy nie powiedzieliby w realu. Złą opinię można znieść, ale jak czytasz kłamstwa na swój temat to cię trafia szlag. Ale wiem, że w informacyjnym natłoku to wszystko żyje jeden dzień, jutro ktoś inny będzie celem ataku.

Gafy to podobno twoja specjalność.

Są niewątpliwie problemem, staram się być zasadniczo kulturalny i przestrzegać ogólnie przyjętych form, ale piekło jest wybrukowane dobrymi intencjami i często kończy się katastrofą. Jestem trochę jak nietaktowny Larry David z serialu „Pohamuj entuzjazm”.

Lub bohater anegdoty o sprzedawcy arbuzów od którego powstał twój nick w interencie?

Wydawca zaproponował żeby moja książka ze zbiorem felietonów miała taki tytuł nawiązujący do jednego z nich pt: „Być jak sprzedawca arbuzów”. Bo charakterystyczny, zapada w ucho. No i przylgnął do mnie ten arbuz, zostałem zasypany przez znajomych i czytelników owocami i gadżetami z wiadomym motywem. A historia w skrócie jest taka: przychodzi klient przed zamknięciem sklepu i prosi o połówkę arbuza. Sprzedawca tłumaczy, że jak przekroi owoc, druga połówka do rana się zmarnuje. Sprzedawca idzie do kierownika i mówi: szefie zaraz zamykamy, a jakiś palant prosi żeby mu kroić arbuza. Kątem oka widzi, że klient stoi tuż za nim. I dodaje: na szczęście zjawił się ten dżentelmen i chce kupić drugą połówkę. OK, sytuacja uratowana. Klient wychodzi, a szef zwraca się do podwładnego i mówi pełen podziwu: „Fantastyczne! Co za refleks! Gdzie pan się tego nauczył?”. „W Kanadzie” – odpowiada ekspedient. – „Mieszkałem tam kilka lat. Same kurwy i hokeiści.” „Proszę pana! – wykrzykuje kierownik. – „Moja żona jest Kanadyjką!”. „Tak? A w której drużynie grała?”. 

No więc chciałbym mieć taki refleks jak autor tej gafy, ale u mnie raczej kończy się na gafach.

Powtarzasz w wywiadach, że wyczerpałeś już w życiu limit szczęścia. Był jakiś konkretny moment?

Raczej proces. Im byłem starszy, tym wyobraźnia mocniej pracowała. Historia kiedy w czasie wojny w Abchazji płynąłem na statku z uchodźcami na Morzu Czarnym i podczas sztormu zaczął tonąć, jest najbardziej efektowna. Życie przeleciało mi przed oczyma, flesze z przeszłości, rodzice, balangi. Ale najgorsze było to jak podczas wypraw do krajów pogrążonych w konflikcie, pozornie nic się nie działo. W Ugandzie jeździłem razem z pomocą humanitarną po terenach kontrolowanych przez rebeliantów. W dżungli, gdzie jest ograniczona widoczność, za każdym drzewem czaiła się śmierć, to był stan przeciągającego się, dławiącego stresu. Spaliśmy w wiosce, gdzie krótko po nas zamordowano misjonarzy. Albo w Karabachu podczas konfliktu między Azerbejdżanem i Armenią, kiedy uciekałem przez pole minowe i miałem świadomość, że z każdym krokiem mogę wylecieć w powietrze. Z offu dobiegał głos: „Meller, ty idioto!”. Wojny lat 90. to był koszmar i chaos. W Jugosławii ONZ jakoś to jeszcze ogarniało, ale np. na Kaukazie nie było żadnych reguł.

Ale z bakcylem wojennym walczyłeś kilka lat.

Kiedyś miałem potrzebę opowiadania o tym światu, chciałem być w miejscach gdzie dzieje się historia. Mimo że pisanie o tych wojnach do polskich mediów nie miało żadnego wpływu na to, co się tam działo. W połowie lat 90. trafiłem do południowego Sudanu, który walczył o uniezależnienie się od islamskiej północy. Mieszkałem w obozie uchodźców, gdzie pracowali ludzie z misji, mieszanina ludzka z różnych stron. W porze sjesty, kiedy bujałem się w hamaku, nadleciały bombowce. W obozie były wykopane rowy głębokości metra do których zaczęliśmy wskakiwać. A z jednego z bungalowów wyskoczył Norweg, który na golasa, w stanie erekcji, biegł w naszą stronę. Dookoła eksplozje, a tu goły facet. Wieczorem pod baobabem wyciągnęliśmy whisky żeby odreagować. Norweg nie dołączył, a my dostaliśmy totalnej głupawki, tarzaliśmy się ze śmiechu. Życie jest cudne i absurdalne. Ale łatwo się uzależnić od adrenaliny, sytuacje okołowojenne przyciągają często świrów, cyników, straceńców, którzy uciekają od czegoś, pełno też idealistów, wiecznych tułaczy. Miałem w życiu naprawdę dużo szczęścia, ale w pewnym momencie trzeba było odpuścić.

Może to szczęście wynika z nastawienia, tego że zawsze widzisz szklankę do połowy pełną.

Wyniosłem to z domu, moi rodzice dali mi zastrzyk siły, optymizmu. Chociaż jak obserwuję w swoim otoczeniu, rodzeństwo potrafi być czasem zupełnie inne, więc to chyba nie tylko kwestia wychowania.

Pytanie od kolegów z redakcji: miałeś jakiś sposób na przekonanie kobiet do rozbieranych sesji w czasach kierowania „Playboyem”? Których nie udało się namówić?

Nie udało się namówić Magdy Mołek przez dziewięć lat. Próbowałem ją przekonać, oczywiście półżartem i na luzie, jeszcze zanim zaczęliśmy pracować razem w TVN. Pozostałe panie z których większość odmawiała, też próbowałem rozbroić żartem. Kiedyś byłem w programie u Kuby Wojewódzkiego i na pytanie, którą z kobiet czytelnicy chcieliby zobaczyć na rozkładówce, wypaliłem: Jolantę Kwaśniewską, ówczesną pierwszą damę. Myślałem, że się znowu zapędziłem, ale potem spotkałem jej córkę Olę. Opowiadała, że oglądała z mamą ten program, a prezydentowa na mój tekst, z zadowoleniem: ohoho!

Wciąż nosisz łatkę faceta od „Playboya”?

Tak, to wraca podczas spotkań z ludźmi, ale raczej w kontekście humorystycznym. Jedyny obciążający kontekst pojawia się jak ktoś z PiS-u albo od Palikota chce mi przysrać. Na zasadzie: to ten gościu od Playboya, nie można go poważnie traktować, bo zna się tylko na gołych tyłkach. Ale zupełnie mnie to nie rusza, mam fajne wspomnienia z tego okresu pracy.

No i tam poznałeś swoją żonę.

Przyszła z propozycją publikacji wywiadu. Moja współpracowniczka, która spotkała ją na korytarzu, pyta mnie później: „a kto to ta modelka?”. A ja: „a nieee… to dziennikarka”. Opowiadałem jej to później, nie była zadowolona z mojej odpowiedzi.

Wzięliście ślub w Gruzji, a potem napisaliście o niej książkę, która utrzymuje się na listach bestsellerów, doczekała się dodruku. Skąd ten fenomen Gruzji?

To zadziwiające, bo książki żyją na rynku średnio trzy miesiące. Pierwsza jej wersja ukazała się cztery lata po naszym ślubie, w 2011 roku. Miała dwa wydania, kilka dodruków. W zeszłym roku dyrektor sprzedaży wydawnictwa WAB, w którym pracuję na co dzień, chciał ją kupić i okazało się, że nigdzie jej nie ma, a na Allegro osiąga jakieś niebotyczne ceny. I zapytał czy nie wydalibyśmy jej jeszcze raz. Dopisałem nowe historie i okazało się, że zyskuje nowych czytelników. Coś pięknego. „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji” powstały bez napinki i ambicji popełnienia wybitnego dzieła, pisana w sposób jakbyśmy opowiadali o Gruzji znajomym siedząc w kuchni. I może dlatego tylu ludzi ją tak polubiło. Chcieliśmy zawrzeć trochę opowieści o kraju, o ludziach, z humorem, o nienachalnym stosunku Gruzinów do punktualności. Przykład? Na naszym zaproszeniu ślubnym była podana godzina 15. Nie pojawił się ani jeden z gruzińskich gości. Po uroczystości schodzimy do ogrodu na przyjęcie, a o 17 otwiera się brama i wpada tłum. Gruzini nie mogli zrozumieć: jak to, zaczęło się o 15, skoro na zaproszeniu było podane, że zacznie się o 15? Niektórzy myślą, że podkręcamy te opowieści, dopóki nie pojadą tam i nie przekonają się sami. Polecamy wyjazdy jesienią, kiedy zaczyna się winobranie. Trzeba pamiętać jednak, że wino w Gruzji nie jest traktowane jak alkohol.

Tam będziesz obchodził swoją 50-tkę, która wypada w październiku?

Na Mazurach. Mam wstępną propozycję imprezowego outfitu dla gości: gumofilce i waciaki.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Kuba Chmielewski

Pojechałem kiedyś do Lidzbarka Warmińskiego i skorzystałem z XVII-wiecznej mapy, by sprawdzić czy mój dom jest na Warmii czy Mazurach. I na niej wyraźnie widać, że ziemia na której stoi, znajduje się kilkaset metrów od granicy krain, po stronie mazurskiej. No, ale jak połączę w felietonie lub internecie Reszel z Mazurami, zaraz dostaję bęcki, że warszawiak nie kuma bazy. Stosuję więc łamańce słowne żeby już nie narażać się.