To, co najbardziej lubimy w naszym lokalnym krajobrazie, to, co nostalgicznie wspominamy po wakacjach na wsi, to, o czym marzymy po wizycie u znajomych, którzy żyją na malowniczej prowincji… właśnie na naszych oczach znika.

Już nie będzie o czym marzyć w trakcie miejskich udręk: w korku albo w zatłoczonym autobusie. Pagórkowaty krajobraz, a w nim rozsiane gospodarstwa z prostymi, ceramicznymi dachami. Czerwona cegła, przydomowe ogródki pełne kwiatów, niskie drewniane płotki, zza których widać, co rośnie w ogrodzie. Wyblakłe w słońcu drewno z fantastycznymi ornamentami, stare lipy przy drogach i łąki, gdzie oprócz trawy rosną kwiaty. To wszystko zmienia się właśnie w beznadzieję, często tak rażącą, że powstają o niej książki typu „Wanna z kolumnadą” czy „Wrzask w przestrzeni”.

O ratowaniu krajobrazu kulturowego dyskutuje się i w Sejmie, i w mediach. Ekolodzy na portalach społecznościowych walczą z samochodziarzami o aleje, naukowcy z politechnik poza naszym województwem przeprowadzają dla nas piękne analizy i opracowują wytyczne urbanistyki ruralistycznej (wiejskiej), z których lokalne gminy nie korzystają.

Pojedynczy architekci i inwestorzy rewitalizują lub stawiają budynki zgodne z tożsamością krajobrazu, by następnie je ukryć w niedostępnych dzielnicach czy „wsiach willowych” (budynki wiejskie na działkach o podziale deweloperskim).

Nawet Urząd Marszałkowski zrobił konkurs na gotowe, czyli tanie projekty domów dopasowanych do krajobrazu, ale nie wywołało to większej rewolucji. Nieświadomi inwestorzy na potęgę stawiają bezstylowe domki z ogólnopolskich katalogów. Architekci zieleni namiętnie projektują koncepcje idealnych ogrodów wiejskich, ale w praktyce zawodowej realizują zimozielone, bezobsługowe kompozycje z iglaków i roślin.

Równolegle w terenie prawdziwi wiejscy ludzie żyją na co dzień w rozwalających się poniemieckich gospodarstwach i marzą tylko, by to dziadostwo zburzyć, przerobić, a w najgorszym przypadku chociaż ocieplić styropianem. Ludzie, którzy czują na co dzień ciężar życia na wsi, którzy w tych domach wyrośli i muszą je utrzymywać, zwyczajnie nie mając na to środków. Nie lubią tych starych domów i wyliczają, jak to o niebo bardziej opłaca się nowe, z bloczków postawić, blachą pokryć, niż stare remontować. A brukowane drogi przez wsie – to dopiero udręka! I śmieją się z tych turystów, którzy latem robią zdjęcia i zachwycają się tym brukiem niewygodnym, tą biedą zabytkową i tymi kwiatkami, gankami, które są tu jeszcze tylko dlatego, że właścicieli nie stać na nowy dom, kuty płot czy te iglaki.
Z prawnego punktu widzenia o krajobraz powinny dbać gminy. To jest ich tzw.

zadanie własne, czyli obowiązek ustawowy. Jednak w większości przypadków gminy walczą o inwestora i nie chcą ukrócać jego wizji z obawy, że go stracą.
Lub po prostu nie mają świadomości wagi krajobrazu dla zrównoważonego rozwoju i nie widzą sensu w tworzeniu chroniących go regulacji. W krajach o rozwiniętej kulturze przestrzeni to jest nie do pomyślenia, jednak u nas będziemy czekać na regulacje jeszcze wiele lat, a w tym czasie bezpowrotnie stracimy krajobraz.

Dlatego dzisiaj wszystko jest w waszych rękach – w rękach ludzi, którzy budują, planują budować na wsi. Każda inwestycja prywatna zmienia odbiór i formę przestrzeni, każda kolejna zrealizowana inwestycja w duchu: „Bo tak mi się podoba, jestem na swoim terenie, mogę robić, co chcę” osłabia włosek, na którym wisi harmonijny obraz naszego regionu. Dlatego nie wstydźmy się, budujmy swój wiejski dom z miłością do krajobrazu w taki sposób, byśmy w niego wrośli, aby on wrósł w krajobraz, byśmy mogli przepleść go z przyrodą. To jest istotą rewitalizacji prowincji, dziejącą się tu i teraz. I zależy tylko od naszej wolnej woli.

A jeśli to was nie przekonało, informuję na łamach jedynego trendsetterskiego pisma w naszym regionie: dworki z kolumienkami, wielospadowe dachy dziwacznych willi i domy typu „bacówka” są już niemodne, bardzo passé i stanowią raczej współczesną „wiochę”.

Marcelina Mikułowska (z d. Chodyniecka-Kuberska)
Architekt, artysta i mediator „od przestrzeni”. Zajmuje się projektowaniem i tworzeniem zasad estetycznych dla przestrzeni publicznych. Animatorka kultury. Współzałożycielka Fundacji Revita Warmia, zajmującej się rewitalizacją prowincji Warmii i Mazur.
Od trzech lat mieszka na głębokiej prowincji Warmii,
pod Jezioranami, gdzie praktycznie doświadcza tego, o czym pisze powyżej. www.fundacjarevitawarmia.org