Za dnia praca na etacie lub własna działalność. Wieczorem – kierunek klub z torbą wypchaną płytami i sprzętem. Nie upierają się żeby żyć tylko z grania, bo to oznaczałoby kompromisy i komercję. Muzyczna pasja daje im kopa, odskocznię, motywację, poczucie wolności. Pozwala zresetować się i odpłynąć w ulubione muzyczne rewiry. Ni mniej, ni więcej. Poznajcie didżejów i ich podwójne życie.

Tekst: Beata Waś, Obraz: Joanna Barchetto

0J2A3775

Gramofon i gumiaki

Mariusz Wróblewski/ Dj Wroo / rolnik, producent

Warmińska kolonia z dala od ludzi i hałasu. Wokół pola, łąki, konie. I błoga cisza, dźwięcząca w uszach nad ranem, kiedy wraca z miasta i jego klubowego życia. Nie ma mowy, żeby kłaść się do łóżka. Trzeba oporządzić konie, nakarmić psy, napalić w wygaszonym piecu, a przed przyjazdem turystów przygotować gościnne pokoje. Zdarzają się też niespodzianki. – Już z daleka widziałem, że coś się wydarzyło, psy jakoś inaczej szczekały. Ja w drodze z klubu, a w mojej oborze trwał poród źrebaka. Musiałem szybko zorganizować sąsiedzką pomoc – tłumaczy Wroo.

Gospodarstwo „Agro-kultura” prowadzi w Węgoju od 11 lat.
Siedem hektarów, sześć koni, staw z rybami. Uciekł na wieś od wieloletniej pracy w handlu i bankowości. Pozbył się garniturów z szafy i włożył gumowce. Nie zrezygnował tylko z muzyki. Od ponad 20 lat jest didżejem, grał imprezy z największymi tej branży z Polski i świata, a od 13 lat wziętym producentem. W przerwach między sadzeniem ziemniaków czy koszeniem trawy współorganizuje największe muzyczne festiwale w Polsce, jak Open’er Festival Gdynia, Orange Warsaw Festival czy, już drugi rok, olsztyński Green Festival. – Na Open’er jestem menadżerem scen, co oznacza, że zajmuję się wszystkim, co związane z występem muzyków: od cateringu, sprowadzenia odpowiedniego sprzętu, aż po sprawy finansowe. Mnóstwo upierdliwej, papierkowej roboty, nad którą ślęczę nocami, kiedy nie gram w klubach – tłumaczy.
A zaczynał od kasety magnetofonowej i ołówka, na którym przewijało się taśmy. Potem grał w „Okopie” i innych olsztyńskich klubach, z winyli i płyt CD. Dzisiaj prowadzi imprezy w klubach Trójmiasta, Warszawy i nie tylko.

– Z płytami zawędrowałem nawet na Sycylię – wspomina. – Mój znak rozpoznawczy to funky, funky house i szeroko pojęta elektronika. Tworzę też muzykę dla siebie i na zlecenia, np. do kampanii reklamowych.

W terenowej Toyocie, oprócz sprzętu i płyt, wozi materac – przydaje się, kiedy po nocy w klubie opada z sił, a do domu daleko. Dlatego najbardziej lubi, kiedy muzyka przyjeżdża do niego. Stodołę zamienił na salę prób. Znajomi wokaliści i zespoły wpadają do Węgoja połączyć pracę z odpoczynkiem. – A ja na wsi łączę przyjemne… z przyjemnym – tłumaczy didżej. – Praca fizyczna w gospodarstwie i domu plus granie w klubach i festiwale to najlepsze, co mogłem dla siebie zrobić. Uciekłem od miejskich tłumów, ale kiedy za nimi tęsknię, ładuję płyty i jadę grać. Często wyłącznie dla własnej satysfakcji. W Olsztynie – głównie z sentymentu do rodzinnego miasta i znajomych.

Pedagogiczne wykształcenie przydało mu się dopiero na wsi. W szkole społecznej w Węgoju, do której uczęszcza jego syn, prowadzi zajęcia z podstaw didżejstwa. To chyba jedyna szkoła w Polsce, która w ten sposób zaraża dzieci muzyczną pasją. – Takie zajęcia nie tylko wypełniają czas dzieciakom ale pokazują im, że pasja to motor życia – tłumaczy. – Sam jestem przykładem tego, że można mieć kontakt z wielkim światem, mieszkając na warmińskiej kolonii.

0J2A3072

Wyrwać z krzesła

Radosław Okrasko / dziennikarz/ DJ Roku

Sam dokładnie nie wie, ile ich ma. Na pewno kilkanaście tysięcy. W domu nie trzyma ich jedynie w łazience i kuchni – ze względu na wilgoć. Poza tym wypełniają niemal każdą wolną przestrzeń. Ustawione na skonstruowanych na zamówienie, zaprojektowanych przez niego półkach i w szufladach, podzielone według gatunków. Specjalny regał na funk, soul i disco. Obok ogromna porcja jazzu, regał z reggae i rockiem. Oddzielny kąt dla starej i nowej muzyki klubowej, specjalny regał na twórczość polską. Szuflady zaprojektowane na koneserskie płyty siedmiocalowe wydawały się przepastne, a zapełniły się szybciej, niż myślał. Kolekcja winyli i płyt CD rozrasta się z dnia na dzień. Po założeniu rodziny musiał przenieść sprzęt i część kolekcji do innego lokalu, bo dla dzieci i żony nie starczyłoby miejsca. – Żyję muzyką, odkąd pamiętam – przyznaje Radek. – Od młodzieńczych lat słuchałem Trójki i Rozgłośni Harcerskiej, nagrywałem kasety, grałem i śpiewałem w kapelach, gromadziłem płyty, kupowałem gramofony i gitary. Mam wyjątkową pamięć do faktów z tej dziedziny. Rejestruję daty wydania albumów, ciekawostki związane z życiem muzyków.

Radek ukończył olsztyńskie liceum plastyczne, potem studia politologiczno-dziennikarskie. Po to, aby mieć plan „B”, gdyby nie udało się żyć z muzyki. Ale poniekąd się udaje. Swoją wiedzę i głos „sprzedaje” w mediach. Współpracował m.in. z programem 4 Polskiego Radia, Jazz Radiem i telewizją muzyczną, jest lektorem w programach telewizyjnych i spotach reklamowych. Prowadzi audycję „Archipelag Rocka” w Radio Kampus. A dodatkowo od ponad 10 lat wieczorami grywa na imprezach i w klubach. DJ Roku – pod tym pseudonimem rozkręca imprezy, bazując na swojej kolekcji winyli i kompaktów, pełnej białych kruków i egzemplarzy z autografami.
– Nie gram z komputera, gram z płyt – tłumaczy. – Od techniki ważniejsza jest dla mnie selekcja utworów. Zestawiam kontrastowe gatunki muzyczne, sięgam do historii, śledzę nowości. Bardziej od dużych wytwórni interesują mnie małe labele. Uwielbiam Lindstrøma i WhoMadeWho na równi z The Clash.

W Warszawie, gdzie pracuje, oprawia muzycznie eventy w różnych stylach: New Romantic, Cyber Punk czy Glam Rock. Zdarzało mu się też grać na… imprezie rozwodowej, premierach filmów i pokazach mody. W jego setach didżejskich nie brakuje mashupów – kompozycji łączących kilka utworów z odmiennych gatunków. – Każda dekada muzyczna ma swoje evergreeny, które poruszą największego sztywniaka – mówi Radek. – Lubię obserwować, jak utwory sprzed lat działają na ludzi, wyrywają z krzesła. Czasem, kiedy nad ranem wraca z klubu do domu, dzieci właśnie budzą się ze snu. A on zamiast kłaść się do łóżka, włącza radio albo „zawiesza się” na jakiejś płycie. – To silniejsze ode mnie – przyznaje. – Szkoda życia na sen, skoro jest tyle muzyki do przesłuchania. Kocham swoją kolekcję, nie jestem w stanie pozbyć się nawet kaset nagrywanych w podstawówce.

I choć żona chce czasem zamówić spychacz, żeby pozbyć się wszechobecnych płyt, to wie, że bez muzyki nie byłby sobą.

0J2A7807

Od Grundiga do MP3

Tomasz Rusak/ pedagog anglista/ DJ Lary

Dzieciaki go lubią. Ma z nimi świetny kontakt i uczy angielskiego nieco inaczej niż wszyscy. Na przykład zabawa „Hot Potato”, pomagająca przyswoić słówka – zamiast typowej dziecięcej muzyki, z odtwarzacza płynie rytmiczny „Blitzkrieg Bop” punkrockowego zespołu Ramones… Niedawno odebrał jubileuszową nagrodę z okazji 20 lat pracy w szkole. Mowa o DJ-u Larym, który jeszcze dłużej związany jest z olsztyńskim światkiem klubowo-muzycznym. – Jestem astrologicznym bliźniakiem, więc podwójne życie jest mi pisane – żartuje. – Szkolnictwo i muzyka nigdy nie kolidowały ze sobą. Rano – szkoła, w weekendowe wieczory granie, kluby. Staram się, aby moje zajęcia nie były nudne, choćby dzięki dużej dawce muzyki.Kilka razy poproszono mnie nawet w SP nr 3 w Olsztynie, gdzie pracuję, żebym zagrał na balu szóstoklasistów. Czasem spotykam w klubach swoich byłych uczniów, również tych ze szkoły językowej, w której pracowałem. Niektórych z nich udało mi się zarazić jakąś muzyką, zachęcić do odkrywania pasji – przyznaje.

Swoją pasję odkrył w latach 80. Bez kursów i szkoły muzycznej nauczył się grać na perkusji. Zaliczył kilka kapel z nurtu reggae-rock, m.in. Ujadals i Faya. I jako szczęśliwy posiadacz dwukasetowego magnetofonu rozkręcał domowe imprezy.

– Jakoś zawsze przypadała mi rola didżeja na tzw. domówkach – wspomina. – Dobrego didżeja poznawało się po tym, jak potrafił wstrzelić się w odpowiedni utwór na taśmie.
Kiedy w latach 90. rozwinął skrzydła jako didżej w olsztyńskich klubach – otworzył i swój. Po zajęciach w szkole pędził z kluczami do legendarnego pubu „Vegas”, potem „Boomtown” pod kinem Kopernik. Te kluby tętniły muzyką – ogólnie mówiąc – niekomercyjną. Lary przeszedł wszystkie technologiczne fazy rozwoju branży didżejskiej.

– Ominął mnie tylko gramofon z tubą – żartuje. – Pamiętam czasy, kiedy na wieczorne granie chodziło się z kilkoma torbami kaset, kompaktów czy winyli. Dziś mam ze sobą tylko laptop i midikontroler – gram z MP3. Jestem szczęśliwy, że za jednym kliknięciem mogę posłuchać ulubionego kawałka albo kupić płytę. Ale żal mi trochę czekania na „Wieczór płytowy” w Trójce, nagrywania na Grundiga. Tomek od paru lat ma jeszcze jedno hobby – podróże na daleki Wschód. Punktem obowiązkowym każdej jest wizyta w sklepach muzycznych i na straganach z płytami. Albo Lary czerpie wiedzę na temat popularnej tam muzyki od tubylców i ulicznych grajków. Egzotyczne dźwięki z Azji wplata potem w didżejskie sety. A gra tylko tam, gdzie ma wolną rękę w doborze repertuaru– Moje sety to wielka niewiadoma. A obszar zainteresowań wyklucza tylko disco polo i plastikową popelinę z radia.

Nie miksuję muzyki bitowo, więc dopuszczam połączenia np. Bolera Ravela z Balkan Beat Box. Gram wyłącznie z pasji i bywa, że za darmo, ale tylko to, co sam wybiorę – tłumaczy Lary.

Podczas lekcji angielskiego w szkole zdarza mu się wykazać wiedzą muzyczną i geograficzną.– Praca i pasje uzupełniają się. I przydają pod każdą szerokością geograficzną. Muzyka jest dla mnie jak powietrze, a cisza to nienaturalny stan i rzadko w nim przebywam.

Bambi1_przer

Technoemocje

Rafał Muttke/ właściciel stolarni/ DJ Larix

„Larix” po łacinie oznacza modrzew. Pomysł na ten pseudonim, który powstał jeszcze w szkole średniej, wiąże się z jego wykształceniem i zawodem. Z drewna potrafi zrobić cuda. Dlatego codziennie rano wstaje o 5.30 i otwiera rodzinną firmę stolarską w Iławie. Nawet jeśli ma za sobą noc spędzoną w klubie…
– Często słyszę, że skoro mam własną firmę, to mogę brać urlop, kiedy chcę – tłumaczy Rafał. – A ja wiem, że firmy ani klientów nie wolno zaniedbywać. Bo dzięki nim mogę pozwolić sobie na rozwijanie pasji i inwestowanie w siebie.

Muzyką elektroniczną i techno zaraził się w czasach, kiedy ten gatunek jeszcze gościł w bardziej ambitnych programach telewizyjnych czy audycjach radiowych. Na lekcjach informatyki w szkole, zamiast przyswajać teorię na temat komputerów, wyszukiwał w sieci płyty i informacje o muzykach. Za oszczędności kupił używane gramofony i powoli zaczął tworzyć kolekcję płyt winylowych. W któryś weekend spakował je do torby i przyjechał do Olsztyna. Trafił do nieistniejącego już klubu Rewers i zapytał, czy może przed otwarciem zaprezentować swoją selekcję. Zanim na parkiecie pojawili się pierwsi bywalcy, właściciel klubu zaprosił go do współpracy. Uznanie dla jego techniki i mocno wyselekcjonowanego repertuaru rozeszło się po polskich klubach.

I nie tylko. Niebawem po raz drugi zagra w berlińskim legendarnym klubie Tresor. Prowadzi też autorskie imprezy dla miłośników gatunku w Gdańsku i Warszawie. Dlatego większość weekendów spędza w podróży. – Nawet jak przysypiam w pociągu po męczącej nocy, to zawsze z ekwipunkiem przy boku, dlatego nigdy nie przepadł w podróży – mówi. – Przez 15 lat grania nadźwigałem się winyli i sprzętu, dlatego teraz gram z płyt CD. Trzymam je w domu na wymiarowych meblach własnej roboty.
Świat techno-dźwięków tak go wciągnął, że zaczął tworzyć swoje utwory. Początkowo wydawał je w postaci digital, między innymi na swoim labelu Stereophonic Recordings.

Potem rozwinął działalność o kolejny label Brainwash, gdzie wydaje utwory także na winylach. Tłoczy je w trzystu egzemplarzach u swojego holenderskiego dystrybutora. Niebawem ukaże się trzeci czarny krążek Larixa. – W swoje didżejskie sety w klubach sporadycznie wplatam własne utwory – twierdzi Larix. – Mam jednak dużą satysfakcję, kiedy widzę bawiących się ludzi przy muzyce, nad którą nierzadko ciężko pracowałem w studiu. Lubię kluby, w których nie jest mile widziane robienie zdjęć.

Bo często bywalcy nagrywają mnie, przystawiając telefon przed samą twarz. Takie filmy zazwyczaj mają słabą jakość i w zupełności nie oddają tego, co działo się na imprezie. Ale musiałem uodpornić się na różne zachowania klubowiczów. Robię swoje.

Jedyne, czego Rafał nie lubi w swojej muzycznej pasji, to wymyślanie tytułów do utworów. – Uważam, że muzyki nie trzeba nazywać, to po prostu czyste emocje – tłumaczy. – Dla osoby, która nie zgłębiła techno, ten gatunek to zwykła łupanka, jednostajna i płytka. A dla mnie to najlepszy sposób na zresetowanie się. Nie myśleć o niczym, zamknąć oczy i odpłynąć w świat dźwięków. Albo na parkiet, gdzie ciało samo odnajduje ruch zbawienny dla mojej duszy i ciała. I nawet jak wychodzę z klubu skoro świt, po udanym występie czuję się spełniony i mam mnóstwo energii.