Występował na największych polskich festiwalach, skomponował muzykę do „Sali samobójców”. Jednak zrobiło się o nim głośno dopiero po płycie „Treny”, wydanej za granicą. W marcu okaże się, czy film „Listopad”, do którego Michał Jacaszek stworzył ścieżkę dźwiękową, otrzyma Oscara. 

MADE IN: Nie znalazłam w twoich notkach biograficznych informacji o wykształceniu muzycznym.

Michał Jacaszek: Bo jestem samoukiem. Od dzieciństwa byłem otoczony muzyką, babcia kochała Chopina i grała na pianinie, rodzice słuchali Beatlesów i polskiej muzyki rozrywkowej z lat 70. Na domowym magnetofonie szpulowym i kaseciaku zacząłem miksować muzykę dyskotekową. Efekty były komiczne, ale babci się podobały. A potem, w LO 1 w Olsztynie, założylismy zespół punkrockowy i tribute band grający hity grupy U2. Na studiach konserwatorskich w Toruniu trafiłem do radia gdzie pracowałem jako realizator dźwięku, producent słuchowisk, dżingli i reklam. Poznałem warsztat studyjny co ułatwia mi tworzenie muzyki na każdym etapie.

„Katalog drzew”, „Kwiaty” – tytuły twoich płyt nawiązują do dzieciństwa na Warmii?

Tak myślę. Wyprowadzając się z Olsztyna odkryłem, że tu czas płynie inaczej niż wszędzie, że jest ciszej, piękniej. Moja rodzina zawsze stymulowała miłość do przyrody, były spacery, wycieczki do lasów i nad jeziora. Tęskniłem za tym po wyjeździe i dawałem upust w kompozycjach, które stały się substytutem kontaktu z naturą, czerpały z jej dźwięków. Zdarza mi się nagrywać w terenie szum drzew, wody, ptaki. Do płyty „Katalog drzew” przez dwa lata zbierałem dźwięki m.in. na Polach Grunwaldzkich, Mazurach, Suwalszczyźnie i aranżowałem je w studio. Moja twórczość nosi piętno krajobrazu, komponuję czerpiąc m.in. z wrażeń jakie wywołuje.

A z czego czerpałeś pisząc muzykę do filmowej koprodukcji „Listopad” – estońskiego kandydata do Oscara?

Reżyser nie oczekiwał ode mnie odniesień do tamtejszej kultury, chciał abym inspirował się samym sobą. To film niezwykle klimatyczny, kręcony w czerni i bieli. Dzieje się w XIX-wiecznej estońskiej wsi pełnej zabobonów. Baśniowy obraz z pięknymi zdjęciami sadów, lasów sprawiły, że słyszałem tę muzykę w duszy. Film został świetnie przyjęty na festiwalu w Gdyni, dostał nagrodę m.in. na festiwalu w Rydze, ale myśląc rozsądnie – pewnie nie podbije hollywoodzkich salonów.

To muzyka do obsypanej nagrodami „Sali samobójców” otworzyła ci drogę do świata filmu?

To nie był moment przełomowy w karierze, nie zasypano mnie propozycjami. Bardziej nagranie „Trenów” dla norweskiej wytwórni, inspirowanych muzyką barokową przyniosło mi rozgłos. Posługiwałem się tam samplami muzyki klasycznej, zaprosiłem „żywych” twórców. Album odbił się szerokim echem, zaczęły się zagraniczne wyjazdy, poczułem, że staję się rozpoznawalny na międzynarodowej scenie.

Bardziej niż na lokalnej?

Nie narzekam też na brak zaproszeń w Polsce. Na moje koncerty nie trafiają przypadkowi odbiorcy. To muzyka wymagająca skupienia, nie porywa do tańca, a zaprasza do kontemplacji. Żyjemy w czasach, w których coraz trudniej o taką umiejętność. Ale i tak nie spodziewałem się, że z niszowym materiałem będę miał publiczność i w dodatku stabilną sytuację zawodową. Ale jestem multimedialny i otwarty na różne działania artystyczne, pracuję też dla teatrów, tworzę w reklamie i animacji.

A w międzyczasie mierzysz się z „Legendą” jak kultowa płyta zespołu Armii.

To jedna z najważniejszych płyt w moim życiu, zawsze marzyłem aby się z nią zmierzyć. Już 15 lat temu próbowałem zrobić jej wersję klasycyzującą ale nie pociągnąłem tego. W międzyczasie stworzyliśmy z Tomaszem Budzyńskim, liderem Armii projekt muzyczny Rimbaud. Rzuciłem hasło stworzenia elektronicznej wersji „Legendy”, a on mi zaufał. Samopoczucie i recenzje, póki co, mamy dobre.