Dlaczego pałac jest w takim stanie? – to pytanie najczęściej pada w Sztynorcie. Za jego zniszczoną fasadą kryje się kilka wieków barwnej historii. Chociaż wielu pasjonatów próbowało ją odkryć i opisać, wciąż ujawnia nowe fakty. Może na tym polega magia, o której mówią ludzie zaangażowani w ratowanie pałacu?

Kiedy w kwietniu zmarł książę Edynburga Filip Mountbatten, mąż angielskiej królowej, regionalne fora internetowe ożywiły się. Jego praprapraprababką była bowiem Maria Eleonora Lehndorff z rodu, którego siedzibą przez wieki był otoczony jeziorami pałac w Sztynorcie na Mazurach. Na ten ślad w drzewie genealogicznym królewskiej rodziny brytyjskiej wpadł przed kilku laty dr Jerzy Łapo, archeolog, krajoznawca, miłośnik historii sztynorckiego majątku. Wyliczył, że w żyłach najmłodszego pokolenia Windsorów płynie po 3/1024 krwi Lehndorffów. Ta ciekawostka znalazła się w jego wydanej pod koniec maja książce „Sztynort. Blaski i cienie”.

– Wątek Windsorów pojawił się przypadkiem podczas moich szerokich poszukiwań związanych z rodziną Lehndorffów – tłumaczy Jerzy Łapo. – Temat jest medialny, choć dla genealogów oczywisty, bo kilka rodów z ziem polskich jest spokrewnionych z Windsorami.

Filantropka i lekkoduch

Lehndorffowie związani z pałacem w Sztynorcie od XVI wieku, znaleźli się także w drzewach genealogicznych rodów panujących niegdyś w Danii i Grecji, byli cenieni przez królów polskich i pruskich, sprawowali odpowiedzialne funkcje państwowe. W Sztynorcie (Steinort – kamienne, kamieniste miejsce) gościli przez wieki wielu znamienitych gości, jak biskup Ignacy Krasicki. Jego wizyty wiązały się z ucztami i baśniowymi spektaklami z udziałem pałacowej służby.

– Sami Lehndorffowie to plejada fascynujących, choć nie do końca pozytywnych postaci. Nie z każdym chciałbym napić się wódki – żartuje Jerzy Łapo.

Wśród nich np. Karl I, wybitny wojskowy, który otrzymał propozycję pilnowania na Świętej Helenie pokonanego Napoleona, a w pałacu pastwił się nad własną rodziną. Wpływowy Ernst Ahasverus – wiedział jak się ustawić na XVIII-wiecznym dworze w Berlinie, dlatego zwany był wielkim lizusem dworskim. Anna, żona Karla II – jedna z najlepszych zarządczyni majątku, filantropka, która wspierała m.in. edukację Wojciecha Kętrzyńskiego. Jej syn Karl III, dla odmiany lekkoduch, hulaka i naciągacz, po śmierci matki częściowo roztrwonił i zadłużył majątek. Ogrzewał tylko dwa pałacowe pomieszczenia, a jak wspominała spokrewniona z rodem hrabianka Marion von Dönhoff, po otwarciu szaf u wuja, sypała się pobita porcelana, a pod połamane łóżka podstawiano cegły.

– Musiał mieć jednak niezwykły urok, jeśli nawet podczas podróży po świecie zdołał zaciągać pożyczki. W archiwach znajdują się monity od jego wierzycieli z Meksyku i Chin – przyznaje archeolog.

Zderzenie dwóch światów

Heinrich von Lehndorff, który w 1936 roku przejął po stryju Karlu III podupadły majątek, dzisiaj jest najbardziej popularną postacią sztynorckiej historii. Ze względu na prestiż pałacu oraz bliskość wojskowych kwater polowych, w 1941 roku zachodnie skrzydło zarekwirowało ministerstwo spraw zagranicznych III Rzeszy i rozgościł się tu wraz z funkcjonariuszami gestapo Joachim von Ribbentrop. We wschodnim skrzydle hrabia von Lendhorff mieszkał z żoną Gottliebe i córkami. Pod nosem nazistów spiskował na życie Hitlera przebywającego w nieodległym Wilczym Szańcu. Po nieudanym zamachu hrabia dwukrotnie uciekał podczas obławy. Za pierwszym razem wyskoczył przez okno do przypałacowego parku. Kulisy spisku, osądzenia i kary śmierci dla spiskowców opisała Antje Vollmer w popularnej w Niemczech i w Polsce książce „Podwójne życie”.

– Zderzenie tych dwóch światów pod jednym dachem to sytuacja bez precedensu – przyznaje Piotr Wagner, przewodnik w Sztynorcie, wolontariusz Polsko-Niemieckiej Fundacji Ochrony Zabytków Kultury. – Przyjezdni najczęściej pytają, gdzie mieszkał minister Ribbentrop, albo z którego okna skakał hrabia przed aresztowaniem. Do dziś pozostało zagadką na którą nie znamy odpowiedzi: dlaczego nie zostały zamordowane rodziny spiskowców. 82-letnia Vera von Lehndorff, żyjąca w Niemczech córka Heinricha, wspominała w wywiadach, że jeszcze po wojnie dzieci w szkole nazywały ją zdrajczynią III Rzeszy.

– Miałem okazję oprowadzać ją po pałacu. Z dzieciństwa zapamiętała idealnie wypastowane buty Ribbentropa i jego zawsze mokre ręce – dodaje Piotr.

Fortepiany i armatnie słupki

Vera – pierwsza niemiecka top modelka i aktorka (zagrała m.in. w filmie „Powiększenie” Antonioniego oraz „Casino Royale” Martina Campbella), przyjechała tu po raz pierwszy po wojnie dopiero w 2009 roku. Mizerny stan pałacu skłonił ją do założenia Wspólnoty Lehndorffów, która ma na celu m.in. zbieranie funduszy na ratowanie zabytku. Bardzo przyczyniła się do zainteresowania pałacem wśród niemieckiej elity. Zapowiedziała, że o ile pozwoli jej kondycja, odwiedzi pałac w sierpniu, kiedy odbędzie się tu piąta edycja festiwalu kultury Stn:ort.

Pałac wypełniany przez wieki dziełami sztuki, po wojnie opustoszał. Część cennych zabytków wywiózł w głąb Rzeszy Ribbentrop, resztę – stacjonująca tu do 1947 roku Armia Czerwona i szabrownicy. W latach 70. setki cennych mebli, obrazów, porcelany sygnowanych nazwą „Steinort”, odnaleziono w zamku w Kriebstein w Saksonii. Trafiły z powrotem do rodziny Lehndorffów. Obiecali, że po remoncie pałacu przekażą wywiezione stąd wyposażenie.

– Ludzie ze wsi pamiętali wywózkę pałacowych fortepianów przez Rosjan. A cennymi, oprawianymi w skórę księgami, pochodzącymi z tutejszej biblioteki, palono po wojnie w okolicznych domach – tłumaczy Piotr.

Pałac pozytywnie zapisał się w świadomości okolicznych mieszkańców. Podobno jego hol był zawsze otwarty dla ciekawskich.

– Sztynort ma niesamowitą aurę, wciąż się go uczę i odkrywam nowe tajemnice – przyznaje Jerzy Łapo. – Wiele legend związanych z tym miejscem udało mi się zweryfikować, inne – odkryć.

Choćby tę związaną ze słupkami „armatnimi”, które przez lata tkwiły przed pałacem i wszyscy widzieli na nich herb Lehndorffów. Miały służyć do przywiązywania koni. Okazało się, że przywieziono je w epoce PRL prawdopodobnie z pałacu w Drogoszach i zabezpieczono nimi narożniki budynku przed maszynami rolniczymi. Żaden z dwóch herbów umieszczonych na słupkach nie należy do rodu ze Sztynortu.

Balsam na duszę

Dzisiaj „armatnie” słupki mogłyby chronić fasadę przed ciężkim sprzętem budowlanym. W barokowym, rozbudowanym w XIX wieku budynku, od kilku lat trwają prace zabezpieczające go przed dalszym niszczeniem. Odkąd Lehndorffowie opuścili go w 1944 roku, splendor sztynorcki gasł niemal z każdym nowym zarządcą. W okresie PRL-u pełnił funkcję stołówki Państwowego Gospodarstwa Rolnego, które użytkowało też zabudowania gospodarcze założenia pałacowego. Ale jego dzisiejszy dramatyczny stan, to wynik zaniedbań, powstałych w dużej mierze w latach 90. ub. wieku. Inwestorzy, którzy wówczas przejęli budynek od gminy, nie dźwignęli kosztów remontu obiektu, za to przyczynili się do kolejnych zniszczeń. W 2009 roku pałac za symboliczną złotówkę przejęła Polsko-Niemiecka Fundacja Ochrony Zabytków Kultury, która walczy o zdobycie środków na podniesienie go z ruiny.

– W epoce PRL, na którą zwykło się narzekać, pałac był przynajmniej ogrzewany, nie przeciekał dach, kwitło tu życie – przyznaje Piotr Wagner. – Lamperie na ścianach „zabezpieczyły” zabytkowe malowidła pod warstwami farby, co pozwoli nam je odtworzyć. Zachowała się ciekawa struktura budynku – przejścia dla służby między ścianami.

Póki co jednak, Fundacja za pieniądze m.in. otrzymane z Bundestagu i Ministerstwa Kultury zleciła prace, które zabezpieczają, ale nie poprawiają stanu wizualnego budynku. Naprawiono dziurawy dach, spięto prętami z włókna węglowego wieżę północno-zachodnią grożącą zawaleniem. Ręcznie malowane deski stropowe trafiły do pracowni konserwatorskiej w Niemczech. A w tej chwili trwają prace zabezpieczające fundamenty.

– Jeszcze pięć lat temu woda w piwnicy sięgała po kolana – obrazuje Piotr. – Trwają tu prace, których przyjezdni nie widzą, dlatego mają wrażenie, że nic się nie zmienia. Naszą rolą jest przybliżenie jego skomplikowanej historii i kolejności niezbędnych prac.

W najlepiej zachowanym wschodnim skrzydle pałacu działa informacja turystyczna, niebawem powstanie tu także kawiarnia i pokoje gościnne.

– Miałem już okazję spać w pałacu – zdradza Piotr. – Poza tym, że po budynku biegają szczury, tutejsze powietrze i otoczenie działa jak balsam na duszę. Czuje to chyba każdy kto tu zawita. Połowa pałacowych gości to turyści zagraniczni – głównie z Niemiec.

Finansowa kroplówka

40 mln zł – to cena uratowania pałacu, wspólnego dziedzictwa Polaków i Niemców. Wojciech Wrzecionkowski, prezes Polsko-Niemieckiej Fundacji Ochrony Zabytków Kultury zabiega o to w obu krajach. – Odkąd zobaczyłem pałac w latach 80. podczas rejsu żeglarskiego, obudziło się we mnie poczucie misji – nie spocznę, dopóki go nie uratuję – zapewnia mecenas Wojciech Wrzecionkowski. – Odbyłem już setki rozmów, spotkań w kraju i za granicą. Wiele bardzo zamożnych osób deklarowało zaangażowanie, w tym Dominika Kulczyk czy rodzina Blikle. Entuzjazm za każdym razem gasł, kiedy chętni inwestorzy przyjeżdżali na miejsce robić kosztorysy. Mało prawdopodobne jest, aby planując tu komercyjne przedsięwzięcie, koszty zwróciły się w ciągu 10 lat. I dlatego pałac wciąż czeka na pasjonata, który po prostu zechce go ocalić nie oczekując szybkich zysków.

Od trzech lat Bundestag wspiera corocznie fundację kwotą pół mln euro. Jak wstępnie zadeklarowano w Niemczech – takie pieniądze pałac będzie otrzymywał przez dekadę, ale jak będzie, okaże się pewnie po wyborach odbywających się tam co cztery lata.

– To nasza „finansowa kroplówka”, na którą mogliśmy liczyć nawet w pandemii – przyznaje prezes fundacji. – W tym roku bezskutecznie zabiegaliśmy o dodatkowe środki w ministerstwie kultury. Jesteśmy wciąż społeczeństwem na dorobku, takie zabytki jeszcze długo nie będą priorytetem. Kiedy w Niemczech organizowane są zbiórki na pałac, ludzie wrzucają po 50 euro do puszek. Dzięki temu udało się wyremontować kaplicę rodową Lehndorffów. W Polsce próbowaliśmy zebrać w internecie 20 tys. zł na drzwi do pałacu. Poprzez cowdfunding wpłynęło zaledwie 6 tys. Więc na pytanie, za ile lat pałac odzyska dawny blask, odpowiadamy: to nie kwestia czasu, tylko funduszy. Trudno z dotacji nadgonić kilkadziesiąt lat zaniedbań. W tym roku zrobimy elewację najstarszej części pałacu – będzie to znak, że remont tej magicznej perły baroku jest na dobrej drodze.

Atrakcje na niepogodę

Większe szczęście do inwestorów ma ostatnimi laty reszta sztynorckiego majątku. 18-hektarowy zabytkowy park za pałacem, port jachtowy z infrastrukturą i budynki gospodarcze, od 2019 roku są własnością spółki King Cross, która wycofała swoje wcześniejsze inwestycje związane z centrami handlowymi. Uporządkowany teren, brak szpecących banerów i zlikwidowanie bramy odgradzającej wieś od folwarku – tym symbolicznym gestem inwestor rozpoczął nowy rozdział lokalnej historii. W planach jest remont zabytkowego spichlerza i oficyny zachodniej, gdzie powstanie m.in. muzeum ekologii i żeglarstwa, multimedialne centrum do nauki żeglarstwa „na sucho”, sale konferencyjne oraz przestrzenie do pracy zdalnej i co-worku oraz kawiarnia. Stojące obok siebie budynki będą połączone nowoczesną, stalowo-szklaną konstrukcją, mieszczącą windy, klatki schodowe i drogi ewakuacyjne. Projekt współfinansowany jest przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Programu Operacyjnego Polska Wschodnia.

– Chcemy stworzyć tu atrakcje również na niepogodę, możliwość empirycznego poznawania żeglarstwa – tłumaczy Marek Makowski, koordynator projektu „Nowy Sztynort – Osada Wolności”. – Od lat gromadzimy eksponaty żeglarskie, np. zabytkowe kotwice, sprzęt do nurkowania, które znajdą się z muzeum. W trzech budynkach stajennych planujemy stworzyć obiekty tzw. turystyki medycznej, nastawione na profilaktykę zdrowia. Jeszcze w tym roku ruszy remont 14 portowych pomostów, który pozwoli na bezpieczne i komfortowe cumowanie jachtów. Na zakupionym terenie (51 hektarów – red.), znajdzie się także sześć domów wakacyjnych nawiązujących do mazurskiej architektury. Dbamy aby pałac i jego okolica były ze sobą spójne, przykładamy dużą wagę do architektonicznych szczegółów.

Prężnie działa także sztynorcka „Zęza” – kultowy pub znany kilku pokoleniom żeglarzy.

Żeglarze są zaskoczeni, że miejsce zostało odtworzone. – Często słyszymy wspomnienia o niegdysiejszych imprezach przy szantach, tanim winie i piwie, które tu pijano – dodaje Marek. – Dzisiaj wśród wielu trunków, goście mają do wyboru jakościową whisky albo rum.

Tymczasem w zabytkowym parku od północnej strony pałacu zakończyła się inwentaryzacja dendrologiczna – wstęp do rewitalizacji 18-hektarowego terenu z zabytkowymi dębami, grabami. Po wstępnym uporządkowaniu uczytelniły się układy angielskie parkowych alei stworzone w okresie baroku.

– Po przeprowadzonym pielęgnacyjnym przycięciu grabów, nieźle oberwało nam się w internecie – przyznaje Marek Makowski. – Ale efekt po czasie jest taki, że odżyły i zazieleniły się. Przy okazji porządkowania terenu znaleźliśmy kilka elementów rzeźb, które zdobiły teren, wśród nich wielki biceps z piaskowca. Planujemy stworzyć kopię XVIII-wiecznego zegara słonecznego, który stał na polanie parkowej – wymienia.

Selfie z Buddą

Rewitalizacja czeka także dwa obiekty parkowe – Kaplicę Jerozolimską i XIX-wieczny pawilon zwany herbaciarnią, zaprojektowany przez Carla Langhansa, twórcy Bramy Brandenburskiej w Berlinie.

– W trakcie badań okazało się, że herbaciarnia została przebudowana i ma inną bryłę niż wskazują opisy historyczne – tłumaczy Marek. – W latach 70. ub. wieku pawilon został przez murarzy podniesiony o metr, prawdopodobnie po to, aby wyciągnąć większą stawkę za robociznę. Zorganizowano tu letnią stołówkę dla rolników. Na bazie historycznych zdjęć budynku stworzymy jego model 3D, który pomoże odtworzyć oryginalną bryłę.

Ponieważ nie zachowały się fotografie kaplicy – prawdopodobnego prywatnego miejsca zadumy Anny von Lehndorff, zostanie odbudowana na bazie historycznych opisów. Fragmenty powybijanych witraży, znalezione na stercie gruzu, pozwolą odtworzyć kształt okien.

W głębi parku otoczonego rezerwatem stoi wielka figura Buddy – własność prywatna inwestora terenu. Przywieziona tu w zeszłym roku zachęca przyjezdnych do spaceru i obowiązkowego selfie.

– To forma żartu, ciekawostki – tłumaczy Marek. – Fotki z naszym, już rozpoznawalnym Buddą, pojawiają się w internecie po wizytach turystów, żeglarzy przybijających do portu. Są pretekstem, aby odbyć przechadzkę alejami parku, pobyć chwilę ze sobą wśród spektakularnej przyrody. W pałacu przez wieki gromadzono sztukę ze wszystkich stron świata, którą przywożono z dalekich podróży. Kto wie, może figura Buddy będzie pretekstem, aby zagłębić się w jego historię?

– Sztynort to miejsce, które nadal czeka na swoich odkrywców – dodaje Jerzy Łapo. – Wielu osobom kojarzy się wyłącznie z niemczyzną, tymczasem splatały się tutaj, i nadal splatają, losy wielu nacji. Staramy się pokazać, że to miejsce ważne nie tylko dla dziejów Prus, Niemiec, Polski, ale i całej Europy.

Tekst: Beata Waś, obraz: arch. Portu Sztynort,
Piotr Wagner, © mskorpion / depositphotos.com

Ilustrowaną książkę „Sztynort. Blaski i cienie – przewodnik kulturowy” Jerzego Łapo, można nabyć m.in. w recepcji pensjonatu w Sztynorcie.