Debiutujący w 1955 roku Citroen DS wyprzedził swoją epokę o lata świetlne. Hołdem dla tej ikony motoryzacji jest współczesna luksusowa marka DS, którą stanowi już nie jeden, a cała seria modeli. Popisem stylistycznym wśród niech jest DS5.

Ostatni raz nawiążę do roku 1955, a dokładnie do 6 października, kiedy to podczas Salonu Samochodowego w Paryżu świat ujrzał jakby UFO. To ważne nawiązanie dla zrozumienia dwóch kluczowych liter: DS. Otóż sensacyjna premiera z tłumem dziennikarzy na czele obwieściła światu, że samochody mogą wyglądać również i tak, jak przybysz z przyszłości, czyli Citroen DS. Sama nazwa już wiele sugerowała. Fonetyczne „déesse” to z francuskiego bogini. Najnowszy Citroen stał się nią z miejsca. Już w pierwszej godzinie premiery zebrano na niego 650 zamówień, a po całym dniu aż 12 tys.

DS rozpieszczał podróżnych dzięki wyrafinowanemu hydropneumatycznemu zawieszeniu, co przekładało się na komfort jazdy do dzisiaj nieosiągalny dla wielu aut.

Wracamy do naszych czasów. Z dziedzictwem, sławą i ikoną DS, Citroen zrobił coś wspanialszego, niż tylko próbę zdefiniowania na nowo jednego kultowego modelu. Otóż stworzył oddzielną markę przy Citroenie, dedykowaną klientom oczekującym wyrafinowanego stylu. Takiej bogini XXI wieku.

Powstała więc cała seria DS-ów, od miejskiego 3, poprzez kompaktowego 4, aż po nasze DS5. Nie ma na nich znaczków Citroena, są piękne znaczki DS.

Prezentowany przez nas DS5 jest popisem stylistycznym, gdziekolwiek by nie zawiesić oka. Wnętrze zaś dobitnie udowadnia, że duch awangardowego myślenia w Citroenie wciąż ma się świetnie. Równie dobrze tak mógłby wyglądać kokpit luksusowego odrzutowca (klawisze w konsoli pod sufitem, którymi m.in. zasłania się każde z trzech okien dachowych). Możesz przejechać się wszystkimi autami konkurencji, ale wnętrza nie będziesz nawet próbował porównywać z tym z DS5. No i ten pięknie wkomponowany retro zegarek – to puszczenie oka w stronę ducha czasu. Kto więc w poszukiwaniach auta kieruje się smakiem detali i wyrafinowaniem oraz ucieka od sztampy, DS5 jest jak uszyta dla niego marynarka na miarę. Oczywiście u krawca z właściwą historią.

A co dopiero wyczyniają dwie DS-y? O ile na drodze nowa odwraca głowy osób z dobrym gustem, to stara DS-a nie przepuści obojętnym nikogo. Po przeszło sześciu dekadach jej awangardowa linia wprawia w zachwyt z równą siłą. Ideałem byłoby mieć w garażu obydwie, choć dzisiaj ceny tych starych są wyższe, niż tych nowych.

A współczesne DS-y wcale tanie nie muszą być. Od popularnych aut jest Citroen. Od wyrafinowanych – DS. Wstęp do klubu DS5 wyceniono na 127 900 zł. My delektowaliśmy się najmocniejszym, 180-konnym Dieslem współpracującym z sześciostopniowym automatem. Jest mocny i oszczędny (w trasie spali niewiele ponad cztery litry). Ale dla fanów oszczędnej jazdy jest też hybryda bazująca właśnie na silniku Diesla i z napędem 4×4. Sumaryczna moc całego układu to 200 koni, zaś deklarowane przez producenta spalanie w trasie – ledwie 3,2 litra.

DS5 po ostatnim faceliftingu tak naprawdę wizualnie niewiele się zmienił. I na szczęście. Dodano za to wszystkie zdobycze w dziedzinie bezpieczeństwa oraz nowej technologii pokładowej, stąd niewielkie zmiany w kokpicie. Starą DS-ę też tylko raz poddano subtelnej modyfikacji, w 1967 roku. Bo ikony i bogini nikt nie śmie ruszyć nawet za życia.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Kuba Chmielewski

Na zdjęciu DS5 blueHDi 180 aut. BeChic – cena 143 900 zł

Podziękowania dla Wojciecha Kozłowskiego, miłośnika i kolekcjonera klasycznych aut za użyczenie do sesji czarnego Citroena DS21 z 1971 roku.
W sesji gościnnie wystąpiła Karolina Spiel.