Od zawsze byłem fanem francuskiej powojennej kultury. Ich filmy i piosenki zrywały z tradycją, stając się awangardą tak przyjemną w odbiorze – zaczyna opowiadać Krzysztof Tanajewski. – Z kolei w motoryzacji tą francuską awangardą był Citroen, dlatego wzbogacał on rodzime kino, stając się wręcz aktorem drugiego planu. A ponieważ wychowałem się na starym francuskim kinie, miało to pewnie wpływ na to, jakie mi się podobały samochody.

Pierwszym „francuzem” w jego garażu było Renault 30, potem dołączył klasyczny Peugeot 404. Obydwa raczej do remontu, niż użytku. Krzysiek zaczął więc rozglądać się za czymś, czym mógłby poruszać się na co dzień, ale na pewno musiało to być auto nietypowe.

Był rok 2002 kiedy w gazecie z ogłoszeniami pojawił się anons z rodzinnego Olsztyna: Citroen 2CV. – Byłem wielkim fanem komedii z żandarmem granym przez Louisa de Funèsa, więc 2CV był w moich marzeniach zakorzeniony dość mocno – wspomina.

Auto podjechał obejrzeć w niedzielę wieczorem, choć tylko przez płot zamkniętego komisu. Ale w myślach była już decyzja: rano będzie mój. – To było jak miłość od pierwszego spojrzenia – opisuje.

Citroen 2CV w dwukolorowej wersji Dolly wyróżniał się bardziej komfortowym wyposażeniem od zwykłych spartańskich 2CV. Przede wszystkim w miejsce siedzeń, które zwyczajnie były metalowym stelażem z naciągniętym pokrowcem (prawie jak w leżaku plażowym), Dolly miała pełnowartościowe fotele, takie jak powinny być w samochodzie. I jeszcze znak charakterystyczny: grafikę tańczącej pary na drzwiach i napis „Charleston”. 

„Dolcia”, jak pieszczotliwie mówi się na Krzysztofa 2CV w rodzinie, objeździła z nim całą Litwę i Polskę. Intensywnie służyła do tego stopnia, że kiedy w 2011 roku wracał ze zlotu Citroenów 2CV, auto pływało po drodze swoim życiem. – Czuć było, że ledwie trzyma się całości i zwyczajnie bałem się, że w którymś momencie zostanę z kawałkiem auta jak w słynnej scenie z siostrą zakonną w „Żandarmie z St. Tropez” – przytacza obawy (na ulicy faktycznie najczęstsze komentarze to: „O! Takim jeździła zakonnica w żandarmie”).

„Dolcia” trafiła na zasłużony remont, który trwał aż osiem lat. Nie dlatego, że to zawiły w odbudowie samochód. Wręcz przeciwnie, zdaniem Krzysztofa, wprawny człowiek w dwie godziny rozłoży nadwozie, mając do dyspozycji ledwie trzy klucze. – Wszystkie elementy są przykręcone do ramy na kilka śrub, maskę i klapę bagażnika wysuwa się z rantów, a drzwi z zawiasów, jak te w mieszkaniu – obrazuje. – Ten samochód jest dowodem na to, że awangarda nie musi być bogata. I że prostota jest kwintesencją tego, co chciałbym mieć w dizajnie samochodowym. Gdyby było to realne, na co dzień mógłbym jeździć ascetycznym w formie Porsche 356, przedwojennym Bugatti 35 czy nawet Fordem T – wymienia. – „Dolcia” na pewno zostanie z nami do emerytury. Dzisiaj coraz mniej mamy rzeczy, które możemy użytkować długimi latami. A moja idea jest taka, by mieć przez całe życie jeden samochód, więc musi on być i prosty, i ponadczasowy.

Krzysztof, fan zabytkowych samochodów, historii i podróży, prowadzi wydawnictwo, które wydaje kartonowe modele do sklejania (np. olsztyńskich zabytków). W realizacji jest i jego 2CV. Zajmuje się też malarstwem, głównie o tematyce lotniczej i motoryzacyjnej, gdzie częstym tematem są Citroeny. W pracowni wisi obraz „…coup de foudre…” (z fr. miłość od pierwszego wejrzenia) – przedstawia przyszłą żonę Małgorzatę na tle „Dolci”.

Właśnie finał długiego remontu auta przyspieszyła ich podróż ślubna. Tańcząca para z drzwi „Dolci” miała więc tego dnia wreszcie towarzystwo na parkiecie.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

Bling Factory

Wyjątkowe auta wymagają wyjątkowego traktowania. Sami pasjonujemy się wspaniałymi maszynami i wiemy, jaką przyjemność daje posiadanie samochodu, który codziennie wygląda jak gdyby przed chwilą opuścił salon. Stworzyliśmy profesjonalne studio kosmetyczne z miłości do piękna motoryzacji, zdając sobie sprawę, że niektóre samochody wymagają bezkompromisowych rozwiązań.

Bling Factory

Olsztyn, ul. Lubelska 43i

www.blingfactory.pl