O tym, jak to podczas jazdy na rowerze architekt z inżynierem budownictwa stworzyli markę odzieżową.

Lubią rower. Lubią zastrzyk adrenaliny na rowerze. Na rowerze się poznali. I jak mówi Adam Witkowski, na rowerze szukali guza.
Więc kiedy leżał połamany w domu, nie zamartwiał się pechem. – Doszedłem do wniosku, że etat parzy mnie w tyłek i nie rozwijam się. Zadzwoniłem do Adama przypomnieć mu o pomyśle, który kiedyś rzucił na rowerach. Że chciałby produkować koszulki – wspomina.

W czerwcu minął rok, od kiedy inżynier budownictwa Adam Witkowski i architekt Adam Łokuciejewski wystartowali z pomysłem. Stworzyli markę COTO. Na ostatnich targach mody i designu w Olsztynie zgarnęli trzecie miejsce. Pół modowej Polski śledziło potem w internecie ich najnowszy prototyp: kurtkę uszytą ze słynnych niebieskich toreb IKEA (lajkowali ich sami pracownicy szwedzkiego potentata).

Ale do debiutu szło im niemrawo, bo prócz pomysłu nie mieli nic. Kompletnie nie wiedzieli, jak zacząć i gdzie pójść. Pewni byli tylko, że: produkt ma być najwyższej jakości, w pełni zrobiony w Polsce (teraz robiony jest w szwalni w Olsztynie) i z polskich materiałów, no i ma odzwierciedlać ich styl, czyli czarno-biały minimalizm i ascetyczny wyraz.

No i mamy, np. T-shirt z cienką pionową kreską. Droga do kreski była długa. – Ludzie mogą powiedzieć, że jesteśmy nienormalni, ale to nie jest tak, że się po prostu postawi kreskę. Kiedy z projektu zaczęliśmy usuwać zbędną grafikę, została właśnie kreska – Adam Łokuciejewski wyjaśnia drogę do minimalizmu.

Obydwaj mają wrażliwy gust.

– Łapiemy się czasem na tym, że kiedy jedziemy przez Polskę, większość drogi poświęcamy na komentowanie architektury widzianej za szybą. Niestety, w większości słabej. My inspirujemy się tą w czystej formie.

To przekłada się bezpośrednio na styl naszej odzieży – dodaje.

Pierwszy raz z ciuchami wystawili się w Warszawie podczas Bike&Fashion. To była ich mała przedpremiera, pokazali 10 prototypów. Od razu byli na nie chętni, ale postanowili ich nie sprzedawać. Przyszli klienci z uporem czekali więc do startu ich internetowego sklepu.

Marketingowo chłopaki wciąż nadrabiają braki. Dziwią się, jak inni robią jedną małą rzecz i obudowują to wielkim halo. A oni ze swoimi produktami nawet nie uderzają do sklepów, bo twierdzą, że mają za mały asortyment. I nie uważają, że tworzą modę, a jedynie bawią się designem. Stworzyli markę z pasji do dobrego wzornictwa, a nie dla wyciągania z niej pieniędzy. Na razie pogodzili się, że ważne w biznesie słowo na „z”, czyli zysk, będzie jak w alfabecie, na końcu.

– Za punkt honoru postawiliśmy sobie najwyższą jakość produktu. I na tym się skupiamy – dodaje Adam Witkowski.

Największy problem spotkał ich jednak z wymyśleniem nazwy. Mówią, że tak intensywnie ostatni raz główkowali na studiach. Miało być: po polsku, ale bez polskich znaków, krótko i oryginalnie, dwusylabowo, bez wydumanych pomysłów i z dobrą domeną www. Wreszcie wpadli: kiedy klienci zobaczą ich słynną kreskę, z mety zapytają: co to? Choć Adam Witkowski szybko, a już na pewno żartem dodaje, że kiedy będą już znani w świecie, nazwa straci pierwotne znaczenie: – Będą mówić „koto”.

Zakupy na ich stronie (www.odkryjcoto.pl) robią najczęściej kobiety. Na targach też, choć twórcy COTO już zauważyli, że te kobiety po prostu chcą ubrać swoich facetów. Sami na spotkanie nie przyszli we własnych T-shirtach. Pewnie, że zapytałem dlaczego. Uznali, że byłoby to banalne.

Tekst: Rafał Radzymiński
Obrazy: Wojciech Lewandowski