Zbigniew Staniszewski

kierowca rajdowy, aktualny mistrz Polski i Europy Centralnej w rallycrossie
ksywa z młodości: „Stanik”

OD WIELU LAT nie wyobrażam sobie życia bez Nokii 6700. Zmieniam ją na nowy model regularnie, starych mam może około 20 sztuk. Jest mała, solidna, wręcz pancerna. W pobliżu staram się też mieć smartfona, który spełnia wszystkie moje potrzeby i oczekiwania. To z jego pomocą prowadzę firmę, ale z kolei nie posiadam komputera. Mam w firmie 130 osób i kiedy trzeba np. wysłać maila, właściwej osobie robię dyspozycje jednym szybkim telefonem lub SMS-em.

 

MOJĄ WIELKĄ PASJĄ są kampery. Właśnie czekam na odbiór piątego w 13-letniej fascynacji tą formą turystyki. Kamperem jeżdżę też na wszystkie zawody i treningi. W tym sezonie było aż 10 rund w niemal całej Europie, dodatkowo sesje treningowe, więc tylko w związku z tymi wyjazdami zrobiłem 25 tys. km. Zawsze jak jestem w jakimś kraju na zawodach, na koniec robię sobie dodatkowe wycieczki. Prenumeruję od lat pismo Polski Caravaning i w każdym z numerów mam zaznaczone polecane trasy dla miłośników kamperów. Dzięki temu zwiedziłem nimi niemal całą Europę.

 

SAM SKONSTRUOWAŁEM SOBIE urządzenie, które pomaga mi ćwiczyć refleks, niezwykle ważny przy startach w rallycrossie. To zapalające się światło, jak na starcie do wyścigu, które włącza się w krótkich odstępach czasowych, a moim zadaniem jest wcisnąć starter w jak najkrótszym czasie. Wożę to ze sobą i ćwiczę nawet w trasie, potrafiąc oddać 300 takich symulowanych startów. Niezły trening.

OD 13. ROKU ŻYCIA podkradałem rodzicom auta, a zanim w wieku 16 lat poszedłem na kurs prawa jazdy, miałem już na koncie trzy rozbite samochody, w tym dwa za jednym razem. I tata, i mama, jeździli kiedyś na taksówkach, więc kiedy po nockach odsypiali, ja z rana brałem auto. Pamiętam, że jak pierwszy raz przesiadłem się z Wartburga do Fiata 125, poczułem się w nim jak Marian Bublewicz.

 

JEŚLI TYLKO NIE PADA, przyjeżdżam do pracy rowerem. A jeśli w pracy zacznie padać, wracam samochodem. Bywają sytuacje, kiedy wszystkie rowery lądują w firmie, a samochody w domu. Wówczas idę do domu 3,5 km pieszo. Tym oto sposobem potrafię przez dwa tygodnie nie prowadzić cywilnego samochodu.

NA JEDNYM Z MOICH PIERWSZYCH RAJDÓW POLSKI startowałem wypożyczonym Mitsubishi Lancerem Evo VI. Z oesów ciągle komunikowałem się przez radio z serwisem, że zepsuło się to, tamto, i jeszcze coś innego. Nie wiedziałem, że słyszą to wszyscy dookoła, włącznie z moim tatą. Kiedy dojechałem do serwisu, tata poprosił mnie na bok i powiedział: „Zbyszek, wstyd słuchać, że ten sprzęt się ciągle psuje. Masz więc dwa wyjścia: albo zakończyć z tym motorsportem, albo kupujesz sobie nową rajdówkę”. Natychmiast kupiłem, i to dwie rajdówki Evo IX, jedną treningową, drugą startową.

DOOKOŁA MNIE, i w domu, i w biurze, jest dużo przedmiotów, które służą mi do utrzymywania ciała w pełnej sprawności, od tych drobnych, przez hantle, stół do ping ponga, po urządzenia do ćwiczeń. Ale i w każdym aucie mam np. piłeczki, albo elastyczne rączki od skakanek do ściskania dłonią. Czasami wchodzę do sklepu sportowego i szukam kolejnych gadżetów, które mogą mi służyć do wykonywania przeróżnych ćwiczeń.

 

Obraz: arch. Zbigniewa Staniszewskiego, © a_v_d / Shutterstock.com