Widok z lotu ptaka na mazurskie jezioro w słoneczny dzień; na wodzie widoczne żaglówki, a na środku kadru napis „GINĄCA”

Kraina ginących jezior. Dlaczego Warmia i Mazury tracą wodę?

Gdy myślimy o suszy, widzimy popękaną ziemię w Afryce. Tymczasem cicha katastrofa dzieje się na naszych oczach, w szumie warmińsko-mazurskich trzcin. Jeziora nie znikają z hukiem – one odchodzą po cichu, cofając się metr po metrze. Uratowanie Krainy Tysiąca Jezior wymaga fundamentalnej zmiany. Trzeba przestać odprowadzać wodę, a zacząć ją szanować i zatrzymywać w każdym możliwym zakamarku gleby. O popularnonaukowym spojrzeniu na problem znikającej wody piszą prof. Agnieszka Napiórkowska-Krzebietke, hydrobiolog i ekolog Instytutu Rybactwa Śródlądowego-Państwowego Instytutu Badawczego w Olsztynie i dr Grzegorz Dietrich, naukowiec i ichtiolog.

Warmia i Mazury stoją przed wyzwaniem, którego skala bywa często niedoceniana. Wysychające jeziora i postępujące zmiany klimatu sprawiają, że ochrona wody staje się dziś jednym z najważniejszych wyzwań dla przyszłości Krainy Tysiąca Jezior.

W Polsce znajduje się około siedem tys. jezior o powierzchni powyżej jednego hektara, w tym około trzy tys. na Warmii i Mazurach. W ostatnich dekadach w regionie zniknęło około 600 małych oczek wodnych, które za sprawą swojej wielkości jeszcze nie kwalifikowały się, by nosić dumną nazwę „jezioro”.

Ku zaskoczeniu, Polska to kraj o znacznie ograniczonych zasobach wodnych. Znajduje się na granicy bezpieczeństwa wodnego i zajmuje niechlubne trzecie miejsce (tuż po Cyprze i Malcie) wśród krajów unijnych z najmniejszą ilością wody słodkiej w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Jesteśmy tym samym zaliczeni do krajów szczególnie narażonych na niedobory wody.

Dlaczego jezioro odchodzi po cichu

O zanikających jeziorach nie mówi się, że to katastrofa – ona przecież następuje nagle i nieoczekiwanie. A jezioro nie znika nagle jak zgaszone światło. Ono odchodzi dyskretnie i powoli, sezon po sezonie, metr po metrze.

Woda oczywiście nie znika z planety. Ona krąży, spada z deszczem, wsiąka w ziemię, zasila wody podziemne, płynie drobnymi ciekami i rzekami, paruje, powraca do atmosfery. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten obieg zostaje rozregulowany. Gdy coraz więcej wody zbyt szybko odpływa, zbyt mało wsiąka, zbyt intensywnie paruje i zbyt rzadko pozostaje tam, gdzie jest potrzebna. Deszcz deszczowi staje się nierówny. Kilka dni spokojnego, drobnego opadu potrafi zrobić dla gleby więcej, niż jedna efektowna ulewa. Bo spokojny deszcz ma czas wsiąknąć. Ulewa często tylko „przebiega” przez krajobraz: po dachach, drogach, kostce brukowej, ubitej ziemi, rowach melioracyjnych, a potem znika w rzekach i w morzu. Pozostawia po sobie wrażenie obfitości, ale niekoniecznie realny zapas. Do tego dochodzi parowanie – wielki, niewidzialny rachunek wystawiany przez cieplejszy klimat. Ciepło sprawia, że woda szybciej ucieka z gleby, roślin, małych zbiorników i płytkich jezior. Im dłuższa fala upałów, tym większa presja na cały ekosystem. Płytkie jezioro nagrzewa się szybciej, niż głębokie. A ciepła woda to także mniej tlenu dla ryb, większe ryzyko zakwitów wody i trudniejsze warunki dla życia, którego najczęściej nie widzimy. Kiedy tracimy jeziora, tracimy nie tylko wodę – tracimy istotny element krajobrazu.

Jezioro też się starzeje

Jednym z największych nieporozumień jest traktowanie jeziora jak naturalnego basenu, tylko z ładniejszą dekoracją. Najlepiej, by woda w nim była czysta, brzeg równy, zejście wygodne, trzciny wycięte, dno przy pomoście uporządkowane. Widok powinien się „zgadzać”, a natura obecna, ale niezbyt natarczywa. Tymczasem jezioro jest złożonym, czułym organizmem. Ma swoje strefy: głębię, płycizny, szuwary, podwodne łąki, muliste dno, zacienione brzegi, dopływy i odpływy. Żyją w nim ryby, płazy, owady, mięczaki, ptaki, rośliny zanurzone i wynurzone, mikroorganizmy, których nie zobaczymy gołym okiem, ale bez których cały ekosystem przestaje działać. Jezioro nie jest nieruchomym obrazkiem – ono żyje, zmienia się, dojrzewa i – jak każdy żywy układ – starzeje się. A jednym z naturalnych procesów tego starzenia jest eutrofizacja, czyli wzrost żyzności wody.

Brzmi to niewinnie, niemal dobrze, bo przecież żyzność kojarzy się z obfitością. I rzeczywiście, w naturze nie jest to zjawisko z definicji złe. Do jeziora przez lata trafiają liście, pyłki, obumarłe rośliny, szczątki organizmów, drobiny gleby spływające ze zlewni. Woda stopniowo wzbogaca się w substancje odżywcze, przede wszystkim związki azotu i fosforu. Woda żyje mierzona liczbą mikroorganizmów, glonów, roślin wodnych, zooplanktonu, bezkręgowców, ryb. W osadach dennych odkłada się coraz więcej materii organicznej, a misa jeziorna powoli się wypełnia. Zatem głęboka woda staje się płytsza, otwarta tafla ustępuje roślinności, a jezioro krok po kroku przesuwa się ku mokradłu, torfowisku, lądowi. Tak działa przyroda, bez pośpiechu, w rytmie liczonym często nie w dekadach, lecz w setkach, albo i tysiącach lat.

Drewniany pomost na pierwszym planie prowadzący do czystej tafli jeziora, w tle widoczny przeciwległy zalesiony brzeg.

Nacisnęliśmy „pedał gazu” do zanikania jezior

Eutrofizacja wód, która kiedyś była naturalnym procesem starzenia się jeziora, dziś w wielu miejscach stała się procesem przyspieszonym, szczególne w sytuacjach aktualnych, antropogenicznych zmian klimatu. Do wody trafia zbyt dużo tego, co ją „karmi”: nadmiar nawozów spływających z pól, związków azotu i fosforu ze ścieków, zanieczyszczeń rozproszonych z zabudowy, materii organicznej i nieorganicznej niesionej przez gwałtowne deszcze po odsłoniętej albo ubitej glebie. Jezioro dostaje więcej składników odżywczych, niż potrafi spokojnie przetworzyć. Dodatkowym akceleratorem stają się zmiany temperatury z przełożeniem na cieplejsze warstwy wody jezior.

A gdy jednocześnie jest coraz cieplej, wody jest mniej, zbiornik staje się płytszy, cały proces przyspiesza jeszcze bardziej. Bo cieplejsza woda szybciej reaguje. Roślinność litoralowa (przybrzeżna) zasiedla dalsze obszary dostępnego dna oraz dawniej otwartą (pelagiczną) toń wodną. Ekosystem wodny opanowują częściej zakwity glonów i sinic, które trwają przez dłużą część roku.

Rów melioriacyjny, który miał pomagać

Częściowo wina leży w historii naszego myślenia o wodzie. Przez dekady „uczyliśmy” krajobraz, że woda musi odejść. Mokradło było problemem, bagno nieużytkiem, podmokła łąka przeszkodą, zaś rów melioracyjny symbolem postępu. Zatem odwadnialiśmy pola, prostowaliśmy cieki, czyściliśmy rowy, osuszaliśmy miejsca, które z dzisiejszej perspektywy były naturalnymi magazynami wilgoci. Wtedy wydawało się to rozsądne, zaś w czasach niedoboru wody okazuje się rachunkiem wystawionym z opóźnieniem. Rów, który kiedyś pomagał odprowadzić wodę z pola, dziś często działa jak otwarta żyła krajobrazu. Woda po deszczu nie zatrzymuje się w glebie, nie zasila mokradła, nie pracuje powoli dla jeziora lecz spływa szybko, sprawnie, skutecznie. Aż za skutecznie.

Dziś potrzebujemy odwrócenia tego odruchu: NIE dla jak najszybciej odprowadzić wodę, TAK dla jak najdłużej ją zatrzymać. Nie wszędzie, nie bezmyślnie, nie wbrew bezpieczeństwu ludzi, ale tam, gdzie krajobraz sam przez wieki potrafił być gąbką: w mokradłach, torfowiskach, śródpolnych zagłębieniach, lasach, rowach z zastawkami, na łąkach, w naturalnych dolinach cieków, przy brzegach jezior. Wspierajmy lokalne inicjatywy budowy małej retencji i zastawek na rowach melioracyjnych, zamiast pozwolić wodzie uciekać z lasów i pól.

Mała retencja na wagę złota

Retencja brzmi jak termin z urzędowego dokumentu, a w praktyce jest sztuką gościnności wobec wody. To śródpolne stawki, oczka wodne, rowy melioracyjne, niewielkie zagłębienia, w których wiosną budziło się i tętniło latem różnorodne życie biologiczne. Nie były wielkie, nie miały nazwy, pomostu ani statusu atrakcji turystycznej – były po prostu częścią krajobrazu. Dziś wielu z tych miejsc już nie ma. Pozostało obniżenie terenu, inny kolor trawy, albo wspomnienie starszych mieszkańców, którzy mówią: tu kiedyś była woda, tu łowiłem karasie z dziadkiem. To jedno z najbardziej przejmujących świadectw zmian mieszczących się w biografii jednego człowieka. Pamiętamy staw z dzieciństwa, a w dorosłości widzimy po nim suchy ślad.

W naturze małe zbiorniki wodne powstają, zarastają, wypłycają się i z czasem zanikają, stając się normalną częścią życia krajobrazu. Tyle że kiedyś taki proces mógł trwać dziesiątki, setki, nawet tysiące lat, zależnie od głębokości, zasilania i otoczenia. Dziś w wielu miejscach został przyspieszony do skali jednego pokolenia.

To, co przyroda rozpisywała na długi czas, człowiek skrócił melioracją, osuszaniem pól, zasypywaniem oczek wodnych, intensywną uprawą, spływem nawozów i zmianą klimatu.

Odsłonięte, wyschnięte dno jeziora z kępami roślinności i pozostawionym na lądzie starym znakiem nawigacyjnym, ilustrujące skutki suszy

Warmia i Mazury – oby nie Kraina „Jednego” Tysiąca Jezior

Warmia i Mazury to kraina relacji człowieka z wodą. Przez lata ta relacja wydawała się oczywista jak wszystkie dobre rzeczy, które otrzymaliśmy w spadku. Dziś wymaga troski, wiedzy i nowego kodeksu codziennych decyzji. Warmia i Mazury mają w sobie wyjątkową delikatność i piękno, których nie można zużyć. Z jezior korzystają mieszkańcy, turyści, żeglarze, wędkarze, hotelarze, restauratorzy, artyści, fotografowie, deweloperzy, rolnicy, dzieci na koloniach i dorośli uciekający z miast po ciszę. Każdy bierze z tej krainy coś dla siebie. A moglibyśmy też coś oddać: więcej przestrzeni, zacienienia, cierpliwości i szacunku dla brzegu, który nie musi być uporządkowany do ostatniego źdźbła trawy, a zdecydowanie mniej zanieczyszczeń, betonu i usuwania litoralu.

Koniec z walką o „idealną plażę”. Masowo wycinane trzciny i oczyszczanie brzegów nad jeziorami, aby mieć idealne, piaszczyste zejście do wody – to błąd. Szuwary i trzcinowiska to naturalne filtry oraz „gąbki” jeziora. Zatrzymują wodę, oczyszczają ją z nawozów spływających z pól i chronią brzeg przed erozją. Szacunek do jeziora to akceptacja jego dzikości.

Woda to nie dekoracja

Warmia i Mazury są wodą – wodą widzianą z pomostu o świcie, kiedy nad taflą unosi się mgła; wodą, która pachnie trzciną, rybą, drewnem nagrzanym od słońca i pierwszą kawą wypitą boso na tarasie; wodą, która przez lata była oczywistością: była przed nami, jest z nami, będzie po nas.

W końcu żyjemy albo odpoczywamy w Krainie Tysiąca Jezior – nazwie tak pięknej, że nawet nie chce się jej sprawdzać z kalkulatorem w ręku. A jednak warto, bo ta nazwa jest w gruncie rzeczy skromna. W województwie warmińsko-mazurskim jest ponad trzy tys. jezior, i tych dużych, znanych z folderów turystycznych, i tych mniejszych, ukrytych za lasem, przy polnej drodze, między wzgórzami, za pasem trzcin. Czasem bez słynnej nazwy, bez mariny, bez restauracji z widokiem. I może właśnie na tym polega ich GENialność — że nie są dodatkiem do krajobrazu, ale częścią jego GENu.

Dlatego opowieść o wysychających jeziorach nie zaczyna się nad wielką taflą Śniardw, Mamr czy Niegocina a w miejscu znacznie skromniejszym: przy śródpolnym stawku.

Nie chcemy straszyć końcem świata, gdyż katastroficzne obrazy szybko się zużywają, a jeziora potrzebują nie chwilowego wzruszenia, lecz trwałej zmiany nawyków. Trzeba jednak sprawę postawić uczciwie: jeśli dalej będziemy traktować wodę jak przeszkodę, dekorację albo niewyczerpany zasób, Kraina Tysiąca Jezior może pewnego dnia zabrzmieć mniej jak poetycka nazwa, a bardziej jak ostrzeżenie.

Woda uczy pokory, bo nie daje się zatrzymać samym życzeniem. Potrzebuje miejsca: gleby, która ją przyjmie i lasu, który ją spowolni. Mokradła, którego nie wyrzucimy z krajobrazu. Brzegu, którego nie ogolimy do piasku. Miasta, które nie zamieni każdego skweru w patelnię. Wsi, która nie odprowadzi każdej kropli rowem. Domu, który złapie deszczówkę. Człowieka, który zrozumie, że dzikość jeziora nie jest wadą, lecz warunkiem jego zdrowia.

Bo prawdziwy luksus regionu nie polega na tym, że z każdego tarasu widać idealnie przycięty trawnik schodzący do prywatnej plaży. Prawdziwy luksus polega na tym, że o świcie nadal unosi się mgła nad wodą, w trzcinach odzywają się ptaki, a jezioro ma dość siły, by pozostać jeziorem. Jeśli chcemy, by tak było, musimy nauczyć się wodę zatrzymywać, szanować i celebrować – nie od święta, nie w katalogach promocyjnych, lecz w każdym możliwym zakamarku krajobrazu. 

yrzucona na piaszczysty brzeg łódka rekreacyjna stojąca obok zardzewiałej konstrukcji starego pomostu, w tle widoczne zarośla i błękitne niebo z chmurami.

Nie chodzi o to, by rezygnować z życia nad wodą

Przeciwnie: chodzi o to, by nauczyć się żyć nad wodą mądrzej. Hasła „Złap każdą kroplę”, „Stop betonozie” wybrzmiewają dobitnie w zbieraniu deszczówki i ograniczaniu zanikania jezior. Natomiast używanie wody głębinowej (z wodociągów) do podlewania trawników w czasie suszy to obecnie luksus, na który nas nie stać. Im więcej deszczówki zbierzemy w beczki i przydomowe zbiorniki, tym mniej obciążymy warstwy wodonośne, które zasilają okoliczne jeziora.

  • Zamiast kolejnych metrów kostki – nawierzchnie przepuszczalne.
  • Zamiast trawnika wymagającego podlewania – łąka kwietna, krzewy, drzewa, cień.
  • Zamiast rynny prowadzącej wodę prosto do odpływu – beczka, zbiornik, ogród deszczowy.
  • Zamiast walki o idealną plażę – zostawiony pas trzcin, który filtruje spływy, chroni brzeg przed erozją i daje schronienie życiu.

Małe sinice, wielki problem

Uciążliwość ze strony zakwitów toksycznych sinic odczuwają kąpiący się czy uprawiający sporty wodne. Produkowane przez sinice toksyny są głównie o charakterze hepatotoksycznym (uszkadzają wątrobę i nerki), neurotoksycznym (atakują układ nerwowy), dermatotoksycznym (działają drażniąco na skórę i błony śluzowe) oraz cytotoksycznym (uszkadzają komórki i zaburzają ich metabolizm).

Corocznie obserwuje się zakwity sinicy Gloeotrichia echinulata w jeziorach na Pojezierzu Olsztyńskim, głównie w jeziorze Wulpińskim oraz Ukiel. Jej kolonie przypominają kuleczki o wielkości do 2–3 mm. Maksymalny okres jej rozwoju przypada na szczyt sezonu kąpielowego. Czy Gloeotrichia echinulata nam zagraża? Tak, ponieważ produkując toksyny (hepatotoksyczne mikrocystyny), może wywoływać podrażnienia skóry i oczu, a w przypadku połknięcia wody – także wymioty, biegunkę, bóle brzucha, zaś przy długotrwałym narażeniu może też działać rakotwórczo.

W wyjątkowych przypadkach zakwity tworzone przez nitkowate sinice z rodzajów: Pseudanabaena, Planktolyngya, PlanktothrixAphanizomenon trwają niemal przez cały rok. Tak jak miało to miejsce w jeziorze Warnołty na terenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Od 1976 roku tworzy ono Rezerwat Przyrody „Jezioro Warnołty” w celu ochrony tego płytkiego i zarastającego jeziora, będącego miejscem lęgowym oraz żerowania wielu gatunków ptaków. Z uwagi na ten charakter ochrony, jezioro znajduje się również pod silnym wpływem zasiedlających wyspę kormoranów, które stały się dostarczycielami substancji biogennych do zbiornika.

Po zakwitach obumarła materia opada na dno, gdzie jej rozkład zużywa tlen. Ryby, plankton, płazy, owady i rośliny żyją już nie w dawnym jeziorze, lecz w ekosystemie coraz bardziej przegrzanym, przeżyźnionym i ciasnym. Wysychanie jezior i postępująca eutrofizacja (zarastanie) wzajemnie napędzają się w obliczu coraz bardziej odczuwalnych zmian klimatycznych. Mniej wody oznacza mniejszą objętość, a więc mniejszą zdolność rozcieńczania dopływających substancji i mniejszą przestrzeń życiową dla organizmów wodnych. Płytsza woda szybciej się nagrzewa, a ciepło przyspiesza produkcję biologiczną oraz zwiększa tempo odkładania się materii organicznej na dnie. Osady denne powiększają się, przez co jezioro się wypłyca, a wtedy jeszcze szybciej się nagrzewa. To błędne koło nie musi wyglądać dramatycznie z dnia na dzień. Z czasem efekty przybierają postać coraz szerszego pasa trzcin, płytszej zatoki, mulistego dna, częściej zamykanej plaży. Jezioro nie umiera nagle, ono przyspiesza własne starzenie.

Zdjęcie mikroskopowe toksycznych sinic w wodzie, ukazujące nitkowate kolonie i skupiska komórek, które mogą wywoływać zakwity w jeziorach.

Najczęściej zadawane pytania:

Dlaczego jeziora na Warmii i Mazurach wysychają?

Na zanik jezior wpływają jednocześnie zmiany klimatu, susze, melioracje, szybsze parowanie oraz nadmierny dopływ związków azotu i fosforu. Wszystkie te czynniki przyspieszają naturalny proces starzenia się jezior.

Czym jest eutrofizacja jeziora?

To naturalny proces wzbogacania jeziora w substancje odżywcze. Obecnie jest on znacznie przyspieszany przez działalność człowieka, co prowadzi do zakwitów glonów i sinic oraz pogarszania jakości wody.

Jak można pomóc chronić jeziora?

Warto zatrzymywać deszczówkę, ograniczać betonowanie powierzchni, pozostawiać pasy trzcin przy brzegach jezior, wspierać małą retencję i oszczędnie gospodarować wodą.

 

Tekst zrealizowany we współpracy z Samorządem Województwa Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. 

#genWarmiiiMazur

Tekst: prof. Agnieszka Napiórkowska-Krzebietke, dr Grzegorz Dietrich

Obraz: Agnieszka i Tadeusz Morysińscy