Nikt chyba nie zrobił dla polskiej turystyki w rytmie slow tyle co ona. Wymyśliła i wraz z mężem stworzyła Slowhop, platformę rezerwacyjną, która promuje spokojne podróżowanie w bliskości z naturą i wśród autentycznych doświadczeń. Prywatnie też wreszcie żyje wolniej: zamieszkała w małej wsi na Mazurach Garbatych, pisze książki i cieszy się lokalnością. O jej odcieniach opowiada Aleksandra Klonowska-Szałek.
| Czy Mazury mogą rozwijać się bez masowej turystyki? Aleksandra Klonowska-Szałek, współtwórczyni Slowhop, opowiada o życiu na Mazurach Garbatych, turystyce regeneratywnej i o tym, dlaczego przyszłość regionu zależy od jakości, lokalnych społeczności i odpowiedzialnego podejścia do miejsca. |
Jak Mazury doprowadziły do powstania Slowhop?
MADE IN: Kilkanaście lat temu kupiliście zrujnowaną oborę na na Mazurach. Czy tam narodził się Slowhop, czy to Slowhop podsunął pomysł na oborę?
Aleksandra Klonowska-Szałek: Pomysł platformy pojawił się w 2014 roku, gdy pracowaliśmy w Warszawie. Od paru lat szukaliśmy wtedy ziemi nad jeziorem, ale bardziej w formule domku na weekendy. Oboje z Marcinem pochodzimy ze Szczecina, gdzie każdy letni weekend spędza się nad wodą. Trudno nam było zaakceptować „suche” upalne weekendy w stolicy. Na prowincji się mówi o tym, że cała Warszawa jeździ na Mazury i chcieliśmy sprawdzić, o co ten szum. Pamiętam, że pukałam się w głowę, kiedy mijała czwarta godzina jazdy, a my nadal byliśmy w trasie. Ale kiedy w końcu dotarliśmy… No cóż, zrozumieliśmy determinację Warszawiaków.
I wtedy pojawił się dom?
Nadal szukaliśmy ziemi, na początku bliżej Warszawy, potem na północy kraju, ale tam nie czuliśmy tej duszy, klimatu. I nagle pojawiło się ogłoszenie w internecie: kamienna obora pod Ełkiem. I całkowicie zwariowałam! Wcale nie dziwię się ludziom, którzy kupują nieruchomości, nie oglądając ich wcześniej osobiście. Romantyzm w czystej postaci.
Znałaś już wtedy tę okolicę czy chodziło o ten konkretny dom?
Tylko dom i jezioro. Równie dobrze mógł stać na Pojezierzu Brodnickim. Mazury lubiliśmy, ale nie były naszym celem. Dopiero je poznawaliśmy. To nie był też nasz pierwszy wakacyjny wybór, a Ełku w ogóle nie kojarzyłam. Miłość przyszła później.
I ten zakup przyspieszył Slowhop?
Trochę tak. Remontując go, mieszkaliśmy w Starej Szkole w Piaskach u pani Ani. Już wtedy kombinowaliśmy nad zrobieniem takiej platformy i to ona została naszym pierwszym klientem beta-tester. Podpytywaliśmy, jakie są jej potrzeby jako gospodarza i zrozumieliśmy, że chciałaby być częścią projektu, który skupia crème de la crème slow turystyki. I tak cały zasób Slowhopa zaczął się od niej, od mazurskich gospodarzy, od Mazur Garbatych, Mazur w ogóle i Warmii. Chcieliśmy opowiadać o klimatycznej slowturystyce i ludziach, którzy nie chcieli tylko na niej zarabiać, ale po prostu w ten sposób żyć. Na Warmii takich ludzi było najwięcej, a dziś wyprzedza nas wszystkich, niestety, Dolny Śląsk.
Niestety?
Być może Warmia i Mazury na poziomie promocji turystyki przegapiają ten moment. Organizacja turystyczna na Dolnym Śląsku ma w strategii bardzo mocno „slow”. Mówią o tym, piszą, robią na ten temat dużo rzeczy. Mam tymczasem wrażenie, że na Warmii i Mazurach trochę brakuje takiej strategii, jakby wszyscy obawiali się spadku zarobków z turystyki masowej na szlaku Wielkich Jezior.
Mazury Garbate zamiast masowej turystyki
Szlak Wielkich Jezior zasłużenie zawsze będzie mieć swoich fanów, ale Mazury to dużo więcej.
Teraz w turystyce coraz bardziej liczy się jakość i autentyczność. Polacy są coraz zamożniejsi, a ich potrzeby ewoluują. Mam wrażenie, że decydenci zaczynają to rozumieć. Na jednej z konferencji usłyszałam, że celem staje się już nie liczba turystów, a dobrostan mieszkańców i przyrody. To oznaczałoby piękną zmianę myślenia, a w rezultacie zmianę w turystyce.
Co jest tutaj takiego, że to może mieć sens? Czy i jak pozycjonować Mazury Garbate w kontrze do Krainy Wielkich Jezior?
Najważniejsze jest wcale nie to, co tu jest, a to, czego nie ma. Na południu Mazur i nad Wielkimi Jeziorami świat jest… plażowy: świetnie przygotowany dla turysty, który chce się tam najeść, napić i wyszaleć. A u nas, na Mazurach Garbatych, siła jest w tym, czego nie ma: bazy gastronomicznej nastawionej na szybkie jedzenie, jezior, po których można pływać motorówkami, bo prawie wszędzie obowiązuje strefa ciszy, nie ma błyskawicznego dojazdu. Mazury Garbate uratowało przed masowym turystą właśnie to, że on po prostu nie ma po co tu przyjeżdżać. Dla niego tu nic nie ma. I dobrze.



Czym naprawdę jest turystyka regeneratywna?
Za to można przyjeżdżać tu dla turystyki regeneratywnej.
Turystyka regeneratywna nie jest po to, byśmy regenerowali się my jako ludzie, to nie jest o SPA. Tu chodzi o regenerację otoczenia. Mam na myśli cały ekosystem: społeczność lokalną, architekturę, środowisko naturalne, turystów i biznes. Inwestor kupuje ziemię i zanim zdecyduje co tu postawić i jaki biznes zorganizować, prowadzi szeroko zakrojone konsultacje społeczne. Przygląda się architekturze wokół, sprawdza co tu kiedyś stało, jaka była przeszłość miejsca. Rozmawia z mieszkańcami, z turystami, próbuje się dowiedzieć, jakie mają potrzeby, a jakie bolączki. Przygląda się też przyrodzie i jej potrzebom. I sprawdza, jak się w ten ekosystem wpasować. Każdy turysta, który przyjeżdża w takie miejsce, przyczynia się do regeneracji okolicy. Jesteśmy na początku tej drogi, ale głęboko w nią wierzę.
Czym turystyka regeneratywna mogłaby być dla Mazur, a czym dla Slowhopa?
Kiedy myślę, co możemy zrobić na Mazurach, to wierzę w ludzi. Ci, którzy tu przyjechali, na przykład ruinersi, zaczynają działać odśrodkowo i oddolnie. Ja i Marcin dotąd na Mazurach pojawialiśmy się i znikaliśmy. De facto wykorzystywaliśmy je, żeby odpocząć i żeby na nich zarabiać. Odkąd tu mieszkam, chcę być częścią żywej tkanki Mazur, która dokłada się do tego jak region odżywa. Każdy coś z siebie daje. Lokalni mieszkańcy wiedzą o tym, jak się tu zawsze żyło, a nowi wnoszą energię i świeżą krew. Slowhop ma siedzibę na Mazurach, a nie w Warszawie. Zrobiliśmy to bardzo świadomie także po to, by nasza wioska i nasz rejon miały z nas korzyść. Odprowadzamy tu podatki CIT i w tej chwili jesteśmy największą firmą w naszej gminie. Jedno z nas się tu zameldowało i pieniądze z tego PIT-u też trafiają tutaj. Już nie jesteśmy letnikami, zapuszczamy tu korzenie i zależy nam, by dokładać się do lokalnych szkół, służby zdrowia czy kultury. A ja napisałam książkę, której akcja rozgrywa się na Mazurach, bo chciałam opowiedzieć światu co nieco o ich historii.
A opowiadając od lat o uroku Mazur Garbatych, ściągaliście tu świadomych ludzi, dziś stanowiących część społeczności mazurskich ruinersów. I ta społeczność sprawia, że dla kolejnych osadników i turystów Mazury to coś więcej, niż piękna scenografia.
A ściągaliśmy ich niechcący, bo nasi goście po prostu zakochiwali się w okolicy i ludziach. Myślę, że scenografia jest drugorzędna, bo w życiu na wsi i turystyce regeneratywnej najważniejsze są społeczność i komunikacja z nią oraz wewnątrz niej. Wieś jest cudowna, ale bywa trudna, surowa i bardzo uczy współżycia z ludźmi o innych historiach i wartościach. A mamy czasy, gdy ludzie od ludzi uciekają! W Slowhopie od jakiegoś czasu mamy więcej rezerwacji osobnych domków, niż pokojów w agroturystykach. Teraz ten trend odrobinę się odwraca – bardzo to nas cieszy. Ja na wsi jestem bardzo otwarta na nowe relacje i nowych ludzi. Nie ze wszystkimi muszę mieć głęboki kontakt, ale chcę go mieć nawet z tymi, z którymi w Warszawie czy Szczecinie pewnie nie poszłabym na kawę.
A z miejscowymi, lokalsami? Czasami osadników i miejscowych dzielą spory ideologiczne.
Trochę się tego spodziewałam, bo opowiadali mi tym slowhopowi gospodarze w całej Polsce. Jeden z nich, zresztą lokalny mieszkaniec wsi, powiedział mi: „Oni chcą tylko dwóch rzeczy: asfaltu i latarni”. Zrozumiałam w pewnym momencie, że ci „oni” świetnie sobie tu radzą bez nas i wcale nas tu nie potrzebują. To my ładujemy się tu z całą swoją paczką przekonań, doświadczeń i idei – i stykamy się z ludźmi, którzy mają zupełnie inne przekonania, wartości i doświadczenia. My chcemy tu naprawiać świat i realizować piękne idee, a po drugiej stronie napotykamy blok. Trzeba uszanować obie perspektywy i to jest diabelnie trudne.
Zderzenie światów nastąpiło przy okazji modernizacji przedwojennej brukowanej drogi w waszej wsi, która została zalana asfaltem.
Klasyk we wsiach na Mazurach. My „nowi wiejscy” przeciwko temu protestowaliśmy, bo naszym zdaniem bruk był częścią dziedzictwa i piękna naszej wsi, a „starzy wiejscy” mieli dość kocich łbów i wymiany zawieszeń. Spór był gorący, kosztował mnie wiele bezsennych nocy i posypywania głowy popiołem, ale doszliśmy do porozumienia: bruk został na poboczach i niewielkich fragmentach drogi, reszta to asfalt. Z sąsiadami mamy czasem rozbieżne wartości i dążenia. Temat współżycia społecznego jest na takich wsiach żywy. Ja wyciągnęłam swoją lekcję z historii bruku i bardzo ją sobie cenię. A poza tym życie sąsiedzkie tutaj jest dla mnie nowością – w Warszawie z sąsiadami zza ściany nie widzieliśmy się miesiącami lub umawialiśmy się na tygodnie w przód. A tu po prostu się wpada. Nigdy nie mieszkałam na wsi i dla mnie ogromnie cenna jest wiedza moich sąsiadów, ale i jako pisarka staram się wyciągać różne smakowite historyjki z przeszłości od każdego, kto ma ochotę opowiadać.
Jak zarządzać wielkim biznesem z mazurskiego końca świata?
Wy mieszkacie na Mazurach i tu jest siedziba firmy, ale biuro i pracownicy zostali w Warszawie. Jak prowadzi się biznes z mazurskiego końca świata?
Jesteśmy firmą mazurską, odprowadzamy podatki tutaj, ale pracujemy w rozproszonym zespole i pracowników mamy w całej Polsce i za granicą. Ja już tego nie robię, ale Marcin jeździ co tydzień na dwa dni do Warszawy na nasze firmowe spotkania. To dobry system, ale widzę, że na dłuższą metę męczący i spodziewam się, że prędzej czy później się skończy, a firma powoli będzie pewnie przechodziła do formuły jednego dnia w biurze. Pewnie będziemy widywać się trochę inaczej, np. pracować warsztatowo co trzy tygodnie przez trzy dni. A w wakacje w ogóle znosimy obowiązek bycia w biurze, co teraz posłuży także nam. Konieczność wyjazdu do biura, gdy w końcu można w przerwach od pracy wskoczyć do jeziora, jest dość bolesna.
Zawsze mieliśmy plan, żeby w okolicach pięćdziesiątki być już bliżej natury. Jednak Mazury przyspieszyły decyzję o ucieczce z miasta, a za tym musiały przyjść pewne decyzje i kolejne pewnie jeszcze przyjdą.
Wcześniejsza emerytura?
Nie sądzę. Raczej zmiana trybu. Jestem przekonana, że aby biznes poszedł dalej, trzeba oddać pracę operacyjną ludziom, którzy są młodsi, mają świeżą energię i dalszą wizję. W tym kierunku idziemy. Nam, jako founderom, powinna teraz zwalniać się przestrzeń, by robić nowe rzeczy. Ja zdecydowanie idę w kierunku pisania – właśnie kończę drugą powieść. Marcin jest jeszcze bardzo głęboko w Slowhopie, ale właśnie wrócił z kolejnej konferencji w Szwajcarii, gdzie spotyka się z liderami turystyki regeneratywnej. Wydaje mi się, że jego droga prowadzi do własnej fundacji. W ogóle uważam, że ludzie, którzy osiągnęli sukces w biznesie, powinni mieć prawny obowiązek robienia NGO-sów i dzielić się swoją sprawczością. Oczywiście żartuję, ale to się wydaje świetnym następnym krokiem.
A co byś radziła ludziom, którzy chcą zrobić to, co wy? Czyli prowadzić biznes, ale nie mieszkać w mieście, a nawet mieszkać od niego bardzo daleko?
Nasz pomysł polega na znalezieniu generalnego managera, oddaniu mu tych codziennych sterów i wspieraniu naszą wizją i umiejętnościami. Jestem tu optymistką, bo wydaje mi się, że nic tak nie zadziała na biznes jak nowy szef operacyjny i founder, któremu nagle pojawia się przestrzeń na myślenie o innowacjach, nowych drogach. Mazury to takie miejsce, w którym pomysły kiełkują podczas każdego spaceru po lesie i przepłynięciu kilometra w jeziorze. Tylko trzeba mieć czas na ten spacer i pływanie. Na nas kreatywnie działa społeczność ruinerska, przyroda, aktywność – i to wszystko pojawiło się właśnie tutaj. Tej energii w Warszawie już od dawna nie czuliśmy.
Co z niej wyniknie dla Mazur?
Chcemy je współtworzyć i dbać o nie razem z ludźmi, którzy są tu pięćdziesiąt, ale i pięć lat. W sobotę jedziemy pomóc w tworzeniu nowego szlaku bartnego w Puszczy Boreckiej. Podobno będziemy dłubać barcie. Nigdy tego nie robiłam i leży to dość daleko od tworzenia startupu, ale czuję, że to będzie świetna sobota.
Najczęściej zadawane pytania:
Turystyka regeneratywna zakłada, że rozwój turystyki powinien wzmacniać lokalne społeczności, chronić przyrodę i wspierać dziedzictwo miejsca. Celem nie jest wyłącznie odpoczynek turystów, ale także pozytywny wpływ na region.
Początkowo Mazury miały być miejscem weekendowego wypoczynku. Z czasem stały się domem Aleksandry Klonowskiej-Szałek i siedzibą Slowhop, a życie w regionie pozwoliło jej mocniej zaangażować się w lokalną społeczność.
Zdaniem Aleksandry Klonowskiej-Szałek przyszłość regionu opiera się na jakości, autentyczności oraz odpowiedzialnym rozwoju, a nie na zwiększaniu liczby turystów. Ważną rolę odgrywają lokalne społeczności i turystyka regeneratywna.
Rozmawiała: Ewa Bakota, obraz: Marcin Łobrów


