Wchodzi w umysł mordercy i snuje pełne napięcia opowieści o zbrodni. Chwilę później na scenie rozśmiesza widownię do łez. Jak Przemysław Borkowski, autor książek kryminalnych, kabareciarz i poeta łączy te skrajności? Choć ponad 20 lat temu opuścił rodzinną Warmię, przyznaje, że nosi ją w sercu. Opowiada nam jak kształtowała jego wyobraźnię i dlaczego nie jest już tłem jego powieści.

Przemysław Borkowski

MADE IN: Kiedy ostatnio miałeś ochotę kogoś zabić?

Przemysław Borkowski: Zdarza mi się to najczęściej, kiedy siedzę za kierownicą, i chyba nie jestem w tym odosobniony. Staram się zapamiętywać te emocje, bo jestem przekonany, że takie same impulsy, tylko oczywiście silniejsze, prowadzą do morderstw, które opisuję w swoich książkach. Prawda jest bowiem taka, że to tzw. zwykli ludzie są sprawcami większości zabójstw.

Tak mówią statystyki policyjne?

Tak, a mnie nie interesują morderstwa popełniane przez psychopatów i sadystów. One są w pewnym sensie nudne. Staram się dowiedzieć, co się dzieje, gdy pewnego dnia normalny człowiek, taki jak ja czy nasi czytelnicy, przechodzi na tę drugą, ciemną stronę. To jest znacznie ciekawsze.

Dlaczego zwykły człowiek staje się mordercą?

Często rozwiązuje to jakiś problem. Czasem dzieje się to z chciwości, chęci przejęcia majątku. Czasami to zwykła nienawiść, narastająca frustracja, która przez lata się kumuluje. Przejście od agresywnego impulsu, takiego jak ten, który odczuwamy, gdy ktoś na przykład zajeżdża nam drogę, przez myśl o zabójstwie, aż do poważnego zamiaru, raczej nie dzieje się z dnia na dzień. Pamiętam historię kobiety, którą latami upokarzał ktoś z jej rodziny. W trakcie kolejnego familijnego spotkania, gdzie po raz kolejny stała się ofiarą kpin, wzięła nóż i wbiła go w ciało dręczyciela. Udowodniono w sądzie, że doprowadzono ją do stanu, w którym nie panowała nad sobą i została uniewinniona. Jeśli frustracja, złość, żal trwa długo, do tego dochodzą inne czynniki, jak utrata pracy czy choroba, to ze zwykłego człowieka mogą w końcu wyjść demony. Chciałbym, aby czytelnik postawił się w roli takiego bohatera, aby stał mu się w jakiś sposób bliski.

Przemysław Borkowski w centrum swojego zainteresowania stawia specyficzne zbrodnie, popełniane przez psychopatów i sadystów. 

Mamy wejść w umysł mordercy?

Ja, pisząc, staram się wyhodować w sobie mordercę. Znajduję impulsy takie, o których mówiłem wcześniej, i rozdmuchuję je do rozmiarów, które mogą dać początek zbrodni.

To rodzaj ostrzeżenia, że powinnyśmy nauczyć się panować nad emocjami?

To rodzaj prawdy o nas samych. „Zwykły” a nie psychopatyczny morderca jest niewygodny, bo nas przypomina, a więc może skłania do refleksji, przyjrzenia się naszym emocjom. Pytanie, co musiałoby się stać, żebyśmy to my zabili drugiego człowieka.

Większość morderstw popełniana jest z powodu presji życia czy traum z przeszłości?

Życie jest na tyle traumatycznym wydarzeniem i do tego mocno rozciągniętym w czasie, że nawet jeśli nie zdarzają nam się żadne dramaty grubego kalibru, to i tak możemy być straumatyzowani. I większość z nas w jakiś sposób jest. Literatura jest ekstraktem z rzeczywistości, z tego powodu wszystko w niej jest bardziej intensywne, niż w życiu. Dlatego moi bohaterowie są jeszcze bardziej straumatyzowani i jeszcze bardziej nienormalni, niż większość z nas, i to głównie te powody popychają ich do zbrodni. Ale chciałbym też naszych czytelników uspokoić: wbrew temu co myślimy o współczesnym świecie, jest on znacznie bezpieczniejszy, niż świat naszych rodziców czy dziadków. Przestępczość, w tym liczba morderstw, ogólnie spada, mimo tego, że z mediów płynie zupełnie inny przekaz. I może stąd bierze się też popularność literatury kryminalnej. Żyjemy bezpiecznie, a o skrajnych zachowaniach możemy poczytać głównie w książkach.

Przemysław Borkowski i jego najnowsza książka „Diabelski krąg” rozchodzą się jak ciepłe bułeczki w olsztyńskiej bibliotece:

O kolejce czytelników do moich książek słyszę również, kiedy jeżdżę na spotkania autorskie do bibliotek w innych częściach kraju. Mówi się, że kryminał to gatunek literacki, który największy tryumf święci w bogatych, bezpiecznych społeczeństwach. To dobrze świadczy o Polsce, wcześniej wielki boom na kryminały był w krajach skandynawskich, gdzie, jak wiadomo, żyło się, przynajmniej do niedawna, dostatnio i bezpiecznie.

Przemysław Borkowski zauważa, że w Polsce jest co raz większy boom na gatunek kryminałów. 

Według rankingu Business Insider Polska, Olsztyn jest najlepszym miastem w Polsce do życia, pod uwagę wzięto m.in. najniższą przestępczość. To dlatego przestałeś o nim pisać po trzech pierwszych książkach?

To był na pewno jeden z powodów. Gdybym wymyślał kolejnych seryjnych morderców z tych okolic, mogłoby to stać się mało wiarygodne, żeby nie powiedzieć śmieszne. Mógłbym łatwo wpaść w pułapkę serialu „Ojciec Mateusz” i Sandomierza, gdzie już chyba każdy z mieszkańców tego miasta został mordercą. Olsztyn jest oczywiście znacznie większy, ale i tak nie jest miastem, które dałoby radę pomieścić jakąś ogromną ilość krwiożerczych osobowości. Warszawa daje dużo większe możliwości w tej kwestii.

Ale chyba nie dlatego żyjesz tam od ponad 20 lat?

Lubię Warszawę i dobrze mi się tam mieszka, tym bardziej, że wybrałem w niej miejsce do życia, które trochę przypomina mi moją ukochaną Warmię, czyli Stare Bielany. To spokojna, niemal wiejska okolica, niedaleko stamtąd do Lasu Bielańskiego i Wisły. Czuję się tam trochę jak w moich rodzinnych Dywitach. No i najbliżej stąd do Olsztyna.

Jeden z ostatnich wpisów na twoim Instagramie: „Otworzyliśmy nową kładkę przez Wisłę. I już od razu nasunął nam się pomysł na książkę, kto wie, może nawet na serial: dokładnie na jej środku zostają znalezione zwłoki”.

Nawiązaliśmy z żoną w tym wpisie nieco żartobliwie do pewnego popularnego serialu kryminalnego, czyli do „Mostu nad Sundem”. Ale faktem jest, że pomysły na książki pojawiają się często nie wiadomo skąd. Na przykład idziemy przez las, widzimy jakąś jamę porośniętą krzakami i jedno z nas nagle rzuca: „hmm, to świetne miejsce, żeby ukryć zwłoki”. Ale tych impulsów, pomysłów, które notuję w specjalnym folderze, jest dużo więcej, niż ostatecznie powstaje z nich książek.

Średnio jedna książka na rok?

Mam podpisaną wieloletnią umowę z wydawnictwem, która mówi, że muszę im oddać przynajmniej jedną książkę rocznie. Według mojego wydawcy mógłbym dwukrotnie zwiększyć tę częstotliwość. Ale nie chcę, wolę normalnie żyć, mieć czas dla rodziny. No i nie utrzymuję się tylko z tego. Niestety, choćbym więc chciał, chyba nie potrafiłbym aż tak przyspieszyć, choć staram się wykorzystywać na pisanie każdą wolną chwilę. W trasy z kabaretem zabieram laptopa, piszę w busie, hotelu. Książki powstają nie za szybko, ale siadam do nich codziennie, systematycznie.

Próbowałeś pisać książki z pomocą chatu GPT?

Zepsułoby mi to całą zabawę. W pisaniu najfajniejsze jest bowiem wymyślanie tego, co się stanie, a ja lubię to robić na bieżąco, odkrywać kolejne zakręty fabuły w tym samym tempie, w jakim później będzie to robił czytelnik. Niektórzy pisarze rozpisują sobie bardzo szczegółowy plan, tak zwaną drabinkę, dokładny skrypt tego, co się w książce wydarzy. Ja tak nie potrafię, zazwyczaj wymyślam początek, pierwszą scenę, zarys fabuły, ale nigdy nie wiem, dokąd mnie ona zaprowadzi. Ja też więc jestem ciekawy, jak ta książka się skończy, a skoro tak, to zakładam, że i czytelnik nie domyśli się zbyt wcześnie, kto jest mordercą i będzie ją czytał do końca z niesłabnącym zainteresowaniem. Pisarz też musi czerpać przyjemność z pisania, bo to przekłada się potem na satysfakcję czytelników. Gdyby to wszystko wymyślał komputer, jaką bym miał z tego frajdę? 

Kręci cię kreowanie świata od zera?

Czasem kosztuje mnie to wiele stresu, gdy zbytnio zapętlę wątki, a później sam nie wiem, jak to rozwiązać. Ale gdy wszystko się potem zazębia, sceny, dialogi na koniec układają się w jedną całość, to jest dla mnie niewiarygodna nagroda. Tworzenie spójnej opowieści to przyjemność, której nie dam sobie odebrać sztucznej inteligencji. Z perspektywy autora najważniejszy jest proces twórczy. Maszyna stworzy zapewne poprawny tekst, ale prawdziwy artyzm może przepłynąć tylko przez duszę twórcy i wydobyć z jego dzieła to “coś”.

Przemysław Borkowski w swoich dziełach wydobywa to „coś”, czyli prawdę o nas samych.

Czyli co?

Zagłębienie się w prawdę o nas samych. Najistotniejszym elementem literatury jest zmaganie się z kondycją człowieka. Z tym, że popełniamy błędy, czynimy zło, że jesteśmy śmiertelni. Wielkie pytania o sens życia zadawane przez sztukę, ciągle są takie same i ogólnie znane. Jestem przekonany, że czat GPT nie potrafi się uporać z tym głównym problemem jaki staje przed wszystkimi ludźmi – dlaczego umieramy. O śmierci jest większość wielkiej literatury, o tym w końcu tak naprawdę traktują przecież dzieła Sofoklesa, Szekspira, Bułhakowa czy Dostojewskiego. Jesteśmy koroną stworzenia, latamy w kosmos, tworzymy bomby atomowe, rozgryzamy budowę genomu, a na koniec i tak musimy umrzeć. To jest największy skandal ludzkiego losu. Co czat GPT może o tym wiedzieć?

Bywa, że ludzie piszą do ciebie o jakiejś zbrodni, dostarczają inspiracji do książek?

Zdarzało się, że po spotkaniach autorskich podchodzili do mnie na przykład emerytowani policjanci chcąc podzielić się ze mną historiami z pracy zawodowej. Brałem od nich namiary na wszelki wypadek, ale raczej się później z nimi nie kontaktowałem. Prawdziwe historie nie do końca mnie interesują, wolę sam je tworzyć. Ale bywają wyjątki. Kiedyś po spotkaniu autorskim w Zwierzyńcu podszedł do mnie człowiek, który opowiedział mi pewną wstrząsającą historię z czasów wojny. I ta akurat znalazła się w książce, która ukaże się w lipcu tego roku. Będzie nosiła tytuł „Noc poślubna”.

Oglądałeś w dzieciństwie program telewizyjny ”997”?

Wolałem seriale kryminalne takie jak „Kojak” czy „Columbo”. Lecz gdy dorosłem, byłem raczej fanem literatury pięknej, historycznej, a nie kryminalnej. Ten gatunek pojawił się w mojej twórczości z czasem, w wyniku pewnej ewolucji. Zauważyłem po prostu, że w moich opowiadaniach, wierszach nawet, a potem powieściach zawsze ktoś ginie, zawsze pojawia się motyw zbrodni, że to w sumie najbardziej mnie pociąga i fascynuje. Napisanie pierwszego pełnokrwistego kryminału było logiczną konsekwencją tego odkrycia.

W ostatniej książce “Diabelski krąg” dziękujesz ojcu za wprowadzenie cię do świata myśliwych, o którym mowa w fabule. Może te doświadczenia miały na to wpływ?

Mój ojciec przez wiele lat był myśliwym. Kilka razy brałem z nim udział w polowaniach, również w dwóch czy trzech zbiorowych, gdzieś w lasach pod Dobrym Miastem. Strzelałem z jego broni, ale żadnego zwierzęcia nigdy nie zabiłem. Zawsze bardziej fascynowała mnie broń niż zabijanie, również z racji mojego zainteresowania historią. Jak ktoś czyta z wypiekami na twarzy o tych wszystkich bitwach, to potem myśli sobie, że fajnie byłoby mieć w domu husarską szablę czy karabin skałkowy.

Przemysław Borkowski pisząc swoją ostatnią książkę „Diabelski krąg”, inspirował się opowieściami swojego ojca, który był myśliwym. 

Masz w domu broń?

Mam kilka sztuk broni kolekcjonerskiej białej i palnej, a więc legalnej, nie wymagającej pozwolenia. Nie zdecydowałem się sam zostać myśliwym, ale mam zrozumienie dla tego stylu życia, nie postrzegam tego środowiska jako grupy sadystów. Mają uczciwszą relację ze zwierzętami niż ci, którzy kupują przetworzone mięso w sklepach. Za zwierzyną w lesie trzeba się nachodzić, a ona ma zawsze możliwość ucieczki i bardzo często z niej korzysta. Nie to, co w supermarkecie, gdzie mięso trafia z rzeźni, a zwierzęta, które się tam zabija, całe życie spędziły w klatkach. Uważam, że jedynie wegetarianie mają prawo oceniać myśliwych, w innym wypadku to hipokryzja. 

Szukasz dziczyzny w lokalnych restauracjach odwiedzając rodziców?

Mam do niej spory sentyment, bo to smak mojego dzieciństwa, ale dziś trudno ją znaleźć w lokalach w naszym regionie, podobnie jak świeżą rybę z jeziora, co mnie nieodmiennie dziwi. W restauracjach, w których bywam w Olsztynie, czyli np. w Przystani nad jeziorem Krzywym, nie ma jej niestety w menu. Ale i tak uwielbiam tam przychodzić, głównie ze względu na cudowny widok na jezioro i na plażę miejską. Pamiętam czasy, kiedy robiłem tam patent żeglarski. Nad brzegiem stały baraki i budy, które też miały oczywiście swój urok, ale dzisiaj jej infrastruktura to już poziom prawdziwie europejski.

Żeglujesz jeszcze?

Patent żeglarski od lat leży w szufladzie, nad czym bardzo ubolewam. Dużą część życia spędzam w trasie z kabaretem, więc jak mam wolne, to raczej odwiedzam rodziców, niż ruszam na szlak Wielkich Jezior. Pod moim rodzinnym domem też w końcu jest jezioro, może mniejsze, ale za to bardziej ukochane.

Przemysław Borkowski ma ogromny sentyment do Warmii i Olsztyna. Ukończył tu II LO. Myśli o powrocie na te tereny w przyszłości. 

Gdzie bywacie podczas odwiedzin na Warmii?

No właśnie głównie w Dywitach, gdzie mieszkają moi rodzice. Uwielbiam tamtejsze jezioro Dywickie, odcinek rzeki Wadąg ciągnący się w wąwozie Lasu Miejskiego. Pokazałem mojej żonie wszystkie te swoje ukochane miejsca i zachwyciła się nimi tak samo, jak ja. Podobnie było z Olsztynem, gdzie spędziłem dziesięć pierwszych lat mojego życia, a potem chodziłem do liceum i mam sporo cudownych wspomnień z nim związanych. Olsztyńskich knajpek z moich czasów już co prawda nie ma, ale jest za to kultowa Książnica. W czasach liceum dojeżdżałem do Dywit autobusem, który miał kurs co godzinę. Kiedy się spóźniłem, szedłem tam, przeglądałem książki, albumy, płyty winylowe, chodziłem po Starym Mieście. Mam ogromny sentyment do tych miejsc. Podobnie jak do wiaduktów kolejowych przy parku nad Łyną, które obserwowałem z okna mojego LO 2. Któregoś dnia po maturze odjechałem pociągiem na studia do Warszawy, ale Olsztyn został w moim sercu na zawsze.

Już w liceum wiedziałeś, że będziesz pisał?

O tym, żeby zostać pisarzem, marzyłem chyba już od drugiej klasy, bo literatura zawsze była moją wielką miłością. Od dziecka bardzo dużo czytałem i po prostu w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że sam chciałbym zacząć pisać. Duży wpływ miał też na mnie mój polonista z liceum – Włodzimierz Kowalewski, świetny pedagog i też pisarz, który był dla mnie wzorem. Na maturze jednak dostałem szóstki zarówno z języka polskiego i z historii, i miałem dylemat czy wybrać polonistykę, czy studia historyczne, bo historia też zawsze była moją wielką pasją. Ale pisarz, nawet jeśli jest artystą, najpierw musi być rzemieślnikiem, sam talent i natchnienie nie wystarczą. Trzeba nabyć konkretne umiejętności. Wybrałem więc na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim głównie dlatego, że miałem nadzieję, że nauczą mnie tam pisać.

Przemysław Borkowski i jego podejście do doskonalenia warsztatu pisarskiego na studiach w Warszawie:

Bardziej uczą analizować książki, ale to nie były studia stracone, bo dzięki lekturom zgłębiłem mechanizmy, które rządzą konstruowaniem fabuł. Studia zmusiły mnie też do przeczytania wielu pozycji, których bym pewnie normalnie nie przeczytał, a które na mnie wpłynęły i ukształtowały jako pisarza. Na przykład ”Rękopis znaleziony w Saragossie”. Jeśli dziś piszę powieści, w których jest pewna doza niesamowitości, to także dzięki mojej ówczesnej fascynacji tym niezwykłym dziełem.

Na studiach zaczął się wasz Kabaretu Moralnego Niepokoju, który działa ponad 30 lat.

Pierwsze przedstawienia odbywały się na naszym Wydziale Polonistyki. Ustawialiśmy kulisy z ławek, przykrywaliśmy je zdjętymi z okien zasłonami i odgrywaliśmy program, który w dużej mierze składał się z naszych własnych wierszy i lirycznych, i zabawnych.

Wydaliście nawet tomik poezji.

Nosił tytuł „Zeszyt w trzy linie”, autorów było trzech: ja, Robert Górski i Mikołaj Cieślak. Nie trafił na listy bestsellerów, więc porzuciliśmy karierę poetycką i zajęliśmy się kabaretem. Nie miałem żadnych planów ani ambicji, żeby być aktorem czy występować na scenie. Przez moment po studiach wróciłem do domu i pracowałem w Radiu Olsztyn, prowadziłem poranne audycje, robiłem wywiady. Dojeżdżałem na występy, a międzyczasie kabaret tak się rozkręcił, że znowu wyjechałem do stolicy. To jedna z lepszych prac, jakie kiedykolwiek wymyślono. I nie chciałbym nigdy wybierać pomiędzy tymi dwoma aktywnościami, czyli pisaniem książek i kabaretem. Praca na estradzie daje mi też ten komfort, że mam z czego żyć i nie muszę się zastanawiać, co zrobić, żeby wycisnąć z pisania więcej forsy.

Piszesz teksty również do kabaretu?

Na początku zdarzało mi się pisać teksty monologów i piosenek, ale odkąd zająłem się na poważnie pisaniem książek, porzuciłem tę aktywność. Teraz za wszystkie teksty odpowiada Robert Górski, który zresztą od początku pisał ich zdecydowaną większość.

Zdarzało się, że was wygwizdano?

Kiedyś mieliśmy skecz o komisji wojskowej, który uraził byłego wojskowego, który siedział na widowni. A że był podpity, postanowił wejść na scenę i spuścić nam manto, więc przez moment było naprawdę groźnie. Poza tym na okrzyki z widowni po prostu nie reagujemy, bo jak prowokator poczuje krew i dostanie naszą uwagę, to trudno go potem zatrzymać. Ale i tak najbardziej przykre jest to, kiedy wchodzimy na scenę z nowym skeczem, który wydaje się dobrze rokować, a publiczność się z niego nie śmieje. Tego boimy się znacznie bardziej, niż pijanych żołnierzy. Całe szczęście i na to jest sposób. Taki skecz albo się poprawia do skutku, albo po prostu wyrzuca z programu. To zaś obrazuje pewien bardzo podstawowy w naszym fachu fakt: tekstu skeczu może i można się nauczyć przed wyjściem na scenę, ale tak naprawdę rodzi się on podczas interakcji z publicznością.

Jaka tematyka najbardziej kręci widownię?

W programach na żywo to sprawy obyczajowe, tematy damsko-męskie, rodzinne. W programach telewizyjnych bierze się na warsztat również politykę. Jak zaczynaliśmy w latach 90., ten temat był raczej w odwrocie, powrócił jednak za czasów PiS. My nie uderzaliśmy co prawda tak bezpośrednio i ostro we władzę, jak to robił np. kabaret Neonówka, ale inspiracji do skeczy nie brakowało. Choć i tak naszym żywiołem jest tzw. obyczajówka. W tym czujemy się najlepiej, a i widzom chyba najbardziej się to podoba. Warto chyba dodać, że kabaret w takiej formie, jaką znamy, to typowo polskie zjawisko. Na Zachodzie kabaret kojarzony jest raczej z rewią z półnagimi tancerkami. Trochę niepokoi mnie, że polski kabaret wydaje się czasem odchodzić w przeszłość, te zespoły, które działają na scenie, mają minimum 20 lat, a nowe formacje nie pojawiają się. Wypiera je stand-up. To chyba skutek amerykanizacji polskiej kultury, przejmowania jej wzorców. My jednak, póki co przynajmniej, nie musimy się specjalnie o to martwić. Mamy wierne grono fanów, na występach są komplety, skecze w internecie osiągają miliony odsłon. Nawet te bardzo już stare cieszą się niesłabnącą popularnością. Co chyba świadczy o tym, że nie starzeją się mimo upływu czasu.

W waszych skeczach dostajesz zazwyczaj rolę inteligenta.

To wynika z fizycznych uwarunkowań, głosu. Grywam księży, profesorów, zdarzyło mi się też zagrać Piłsudskiego w „Uchu prezesa” i to była okazja, aby zabrać na plan szablę z domowej kolekcji.

Któraś z opisywanych, albo odgrywanych postaci, jest twoim alter ego?

Psycholog Zygmunt Rozłucki, czyli główny bohater mojej wcześniejszej trylogii kryminalnej, dostał sporo moich cech. Literatura jest rzeczywistością do kwadratu, więc wszystkie moje wady u niego były spotęgowane, dlatego po jakimś czasie najzwyczajniej w świecie zaczął mnie wkurzać i go pożegnałem. Bohaterka kolejnej serii książek – prokurator Seredyńska – jest już wzorowana na mojej żonie i pewnie dlatego lubię ją zdecydowanie bardziej. Choć oczywiście parę rzeczy po mnie też odziedziczyła. Nie da się tego uniknąć – pisarz zawsze odciska na kreowanych przez siebie postaciach jakieś piętno. 

Jej niepewność siebie to cecha żony?

Nie uważam, by prokurator Gabriela Seredyńska była niepewna siebie. Po prostu stawiam ją zazwyczaj w bardzo niejednoznacznych sytuacjach, o których nie do końca wie, co myśleć. Gdy już jednak odkryje prawdę – a jest w dążeniu do niej niezwykle uparta – potrafi działać bardzo stanowczo i bezkompromisowo, w czym niewątpliwie przypomina moją żonę. Niepewny siebie był za to Zygmunt Rozłucki i to raczej moja cecha.

Występujesz przecież z kabaretem przed ogromną publicznością.

Ludzie, których ciągnie na scenę, często w ten sposób próbują przezwyciężyć nieśmiałość. Ostatnio słuchałem wywiadu z Katarzyną Nosowską, która zwierzała się, że na wywiadówkach syna wstydziła się zapytać o cokolwiek. Modliła się, aby inne mamy zapytały o to, co ją nurtowało. Ja ją rozumiem. To, że ktoś pojawia się na scenie i potrafi wywoływać uśmiech publiczności lub wzruszenie, wcale nie znaczy, że jest pewny siebie. Mam sporo cech introwertyka. Ze sceną już się oswoiłem przez te lata, ale np. zdarza mi się czuć tremę choćby przed wykonaniem telefonu do nieznajomej osoby.

To jaki masz patent na tremę?

Najlepszym lekarstwem jest po prostu rozpoczęcie, pierwsze zdanie. Potem już samo idzie. Moje doświadczenie sceniczne pomogło mi też zapanować nad sobą podczas spotkań autorskich.

O co najczęściej pytają czytelnicy?

Często pada pytanie, czy nie miałem nigdy ochoty napisać jakiegoś kryminału na wesoło. Odpowiadam wtedy, że nie, bo komediowo wyżywam się wystarczająco w kabarecie, w literaturze czuję więc raczej potrzebę, by eksplorować tę mroczniejszą stronę swojej natury.

Przemysław Borkowski i pierwsza krytyczka jego dzieł, czyli żona Gaba:

Dostaje książkę we fragmentach i na bieżąco ją komentuje. Z wielkim pożytkiem dla końcowego efektu cenzuruje na przykład co bardziej obrzydliwe fragmenty, które wymykają mi się czasem, gdy zapominam w twórczym szale, że bohaterką moich książek jest kobieta i zaczynam pisać jak mężczyzna. W ostatniej napisałem np. że „wódka miała smak rzygów”. No i musiałem to wyrzucić. Gaba czyta wiele książek, ma dobry gust, więc polegam na jej zdaniu. 

Przemysław Borkowski przekazuje swoje książki żonie. Ona jest pierwszą krytyczką jego dzieł. 

O czym marzy pisarz kryminałów? O ekranizacji swojej książki?

Nie miałbym nic przeciwko temu, bo okładka serialowa zwiększa sprzedaż. Ale moim marzeniem jest napisanie powieści uniwersalnej, która zostałaby w pamięci czytelników dłużej niż jeden sezon. Trudno o to w przypadku kryminałów, więc mam w perspektywie książkę, która wyszłaby z kręgu literatury popularnej. Ale nie będzie to na pewno coś, co stworzę tylko dla pieniędzy i sprzedaży. Nie wybieram się na emeryturę, bo zawód kabareciarza i pisarza można wykonywać w zasadzie do śmierci. Więc mam nadzieję, że mam jeszcze sporo czasu, aby to marzenie spełnić.

Przemysław Borkowski o ewentualnym powrocie na Warmię:

To miejsce na ziemi, które podoba mi się najbardziej, więc tak, myślę o tym. Jego krajobraz i atmosfera są ciągle obecne w moim sercu. Ale Warszawę też bardzo lubię, odpowiada mi jej energia, motywuje mnie ona do pracy. Więc może kiedyś, wtedy gdy moje życie nieco zwolni, albo będę chciał, by w końcu zwolniło. Póki co, będę raczej czerpał z mrocznego potencjału stolicy.

Rozmawiała: Beata Waś

obraz: Justyna Radzymińska