Jego ojciec miał dwa VW Golfy „dwójki”, potem „trójkę” GT oraz „czwórkę”. – Przesiąkłem tymi Golfami. Najbardziej zafascynowany byłem tym obniżonym czarnym GT – wspomina syn Konrad Nagadowski. – Utrwalił mi się taki obrazek, że jak spotykaliśmy się u dziadków na niedzielnym obiedzie, to przy okazji tata mył swoje auto na terenie ogródka. Zawsze w cieniu pod drzewem. Taki mały rytuał, bo taty Volkswageny musiały wyglądać perfekcyjnie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, ale właśnie rodziła się moja pasja do samochodów.

I tak Volkswageny wpisały się w świadomości Konrada, choć swoją drogę motoryzacyjną zaczął jako 19-latek od budżetowego Fiata Cinquecento Sporting. Ponieważ nie interesowały go auta seryjne, tylko te z indywidualnie nadanymi cechami, żółty Sporting „spoważniał” z bazowych 55 koni do dających już frajdę 70, tym bardziej, że masę fabryczną ponad 700 kg udało się zbić poniżej 600. Nic dziwnego, że pewnego dnia Konrad zameldował się nim na starcie w wyścigach na 1/8 mili.

To była przepustka do świata pasjonatów z podobnym stężeniem oktanów we krwi. A w takiej grupie jeden nakręca drugiego. Pomysł goni pomysł. Zapadła więc decyzja: Fiata sprzedać na części (podzespoły warte były zainwestowania) i zmierzyć się z marką zaszczepioną przez ojca.

– Kiedy odkrywałem w sobie pociąg do samochodów, obowiązywały kształty z lat 90., dlatego lubię właśnie motoryzację tego okresu – wspomina Konrad. Trafił się co prawda nie Golf, a bliźniacza Jetta, ale za to już jako rozpoczęty projekt. – Ona ma ciekawą historię, bo jako nowa była kupiona w polskim salonie w 1991 roku i w zasadzie całe życie była w jednej rodzinie (zaliczając obowiązkowe zloty miłośników marki – VW Manię), po czym kupił ją młody człowiek z myślą o dalszym projekcie tuningowym. Zdążył jedynie ją rozebrać, pomalować i… urodziło mu się dziecko, które zmieniło plany życiowe – opowiada Konrad.

Jetta w jego rękach przeszła ewolucję: obniżone i zmodyfikowane zawieszenie, smaczki prosto z Porsche, jak np. zaciski przednich hamulców, felgi, kierownica czy nawet szablon… kluczyka do stacyjki. Granatowy sedan stał się niski, szeroki i sprawiał wrażenie niezłej bestii. Tyle że pod maską pozostał oryginalny silnik 1,6 o cherlawej mocy 55 koni. Na wystawy i zloty wystarczało. Ale na nic więcej.

Wraz wąskim gronem olsztyńskich pasjonatów klasycznych Volkswagenów przerobionych z miłości, a nie tanim tuningiem, Konrad działa w nieformalnej grupie lovwered (to gra słów, m.in. VW oraz nisko). Kolega Sajmon namówił go na SWAP, czyli wmontowanie mocnego silnika z innego modelu. Postawili na słynną jednostkę VR6 2,8 litra z VW Bora. Po trzech miesiącach walki, bezcenna chwila – odpalił. Ale na silniku nie poprzestał. – Tu nie ma granic, przerabianie auta to ciągła pogoń za króliczkiem. Teraz Jetta ma 230 koni przy masie 1030 kg, więc stała się naprawdę szybka, ale są dalsze pomysły – zdradza Konrad i dodaje żartem: – Jednak wszystko z umiarem, bo łatwo można się uzależnić i przepuścić wszystkie pieniądze.

Zdrada marki nie wchodzi w grę. Nie chciałby też rozstać się z Jettą. Traktuje ją weekendowo: ostro, intensywnie, ale z poszanowaniem włożonej pracy. W maju ma zaliczyć kultowe austriackie Wörthesee – zlot fanów tuningu. Jak tam byłeś, to znaczy, że masz odhaczoną najważniejszą imprezę w tym klimacie.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

Bling Factory

Wyjątkowe auta wymagają wyjątkowego traktowania. Sami pasjonujemy się wspaniałymi maszynami i wiemy, jaką przyjemność daje posiadanie samochodu, który codziennie wygląda jak gdyby przed chwilą opuścił salon. Stworzyliśmy profesjonalne studio kosmetyczne z miłości do piękna motoryzacji, zdając sobie sprawę, że niektóre samochody wymagają bezkompromisowych rozwiązań.