Od dzieciństwa zgarniał medale, a w sierpniu powiększył kolekcję o ten najcenniejszy – olimpijskie złoto wywalczone w Tokio w sztafecie mieszanej. I choć jeszcze wiele startów przed nim, pomału planuje sportową emeryturę na ukochanej Warmii. Skąd bierze moc na bieżni, dlaczego sparzył się na kuchni, czy można wybiegać sobie przyszłość, o tym jak nie został piłkarzem i o zadymie w rodzinnym Reszlu opowie sam mistrz Karol Zalewski.

MADE IN: Masz przy sobie medal olimpijski?

Karol Zalewski: Nie, odpoczywa w specjalnym etui, które dostałem z Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Przez ostatnie tygodnie setki razy pozował do zdjęć. Jak się nim nacieszę, pewnie trafi do rodzinnego domu w Reszlu. Na ścianie w moim pokoju z dzieciństwa wiszą wszystkie trofea z zawodów.

Zaglądasz tam często?

Mój pokój pozostał nienaruszony odkąd wyjechałem z domu w wieku 16 lat. Biurko, stary komputer, łóżko. Tylko telewizor z lat 90. zniknął. Rodzice wyrzucili, bo było im wstyd przed gośćmi, którzy przychodzili oglądać medale. Bywam w rodzinnym domu rzadko, a po powrocie z Japonii nie mam chwili odpoczynku. Dziennikarze nie dają zapomnieć o tym, co się tam działo.

O co najczęściej pytają?

Pytanie standardowe: co czuliśmy kiedy już wiadomo było, że Kajtek Duszyński, ostatni ze sztafety, dobiegnie pierwszy do mety.

I pamiętasz co czułeś?

Pamiętam, że byłem wykończony kiedy przekazałem pałeczkę. Obsługa techniczna kazała nam zejść na zewnętrzną część toru. Obserwowaliśmy z dziewczynami jak Kajtek na ostatnich 100 metrach zrównuje się z innymi zawodnikami. Już wiedziałem, że wygra, bo obserwowałem jak na ostatnich treningach nie odpuszczał aż do mety. Chwilowe niedowierzanie dopóki nie wyświetlił się na banerze rekord olimpijski i europejski 3.09,87. Do dzisiaj to do nas stopniowo dochodzi.

Bo tam na miejscu za dużo się działo? Zbyt silne emocje?

Trwały zawody, kolejne sztafety, dopingowaliśmy innych Polaków. Późno skończyliśmy wszystkie procedury związane z zejściem ze stadionu, z mediami, z antydopingiem. Dotarliśmy do wioski o godz. 2 w nocy, trenerzy odśpiewali nam jakieś piosenki, ale nie pamiętam jakie. Emocje w nas kotłowały tak, że nie mogliśmy spać. Po wygranej sztafecie nie pomogła nawet tabletka z melatoniną na sen, ani moje specjalne okulary wprowadzające w stan alfa. Kręciłem się z boku na bok i przeżywałem ten sukces.

Z powodu niewyspania odpuściłeś bieg indywidualny na 400 metrów, który był następnego dnia?

Po nieprzespanej nocy, rano zebrałem się w sobie i pojechałem na stadion olimpijski. Rozgrzałem się, zrobiłem wszystko tak, jak powinienem. Czułem jednak zmęczenie, nogi nie „podawały”. Organizm był najprawdopodobniej odwodniony. Wspólnie z trenerami podjęliśmy decyzję, żeby odpuścić ten bieg, nie wykańczać organizmu i zachować siły na sztafetę męską. Dlatego dotruchtałem do mety.

Pewnie wszyscy pytają czy żałujesz, że nie zawalczyłeś.

Przyświecał mi wówczas wyższy cel niż osobiste ambicje. Dużo łatwiej stać się indywidualnością w sporcie, niż złożyć team, który będzie współpracował, a nie rywalizował. Nam się to udało, zaskoczyliśmy i siebie, i kibiców. Ale mam nadzieję, że niedługo będę miał okazję pobić swoją osobistą życiówkę – zejść poniżej 45 sekund na 400 metrach.

Można zaplanować zwycięstwo?

Odkąd dowiedzieliśmy się w grudniu, że igrzyska olimpijskie jednak się odbędą, postawiliśmy sobie cel: przygotować jak najlepiej dwie dziewczyny i dwóch facetów w tej nowej olimpijskiej konkurencji – sztafeta mikst. Pozostała trójka, która wygrała eliminacje, też musiała się przyłożyć, bo potrzeba było osób, które wprowadzą nas do tego finału i odciążą przed walką o medale. Wszystko układało się idealnie. Tylko końcówka nie była taka jak sobie wyobrażaliśmy – chcieliśmy wejść na podium w siódemkę, albo chociaż ze zdjęciami pozostałej trójki, która przyczyniła się do zwycięstwa. Organizatorzy zagrozili nam jednak dyskwalifikacją, więc pozostali byli po drugiej stronie – na trybunie.

Który moment na igrzyskach był najbardziej wzruszający? Hymn?

Tak, zamykałem oczy żeby nie płakać, jestem dosyć powściągliwy, zdystansowany, zwłaszcza przed kamerami. Ale bardziej trzęsły mi się nogi, kiedy po powrocie do Polski pojechałem z trenerem i moją dziewczyną Ulą do Reszla. Zgotowano mi tam przyjęcie, jak dla prawdziwego bohatera. Eskorta policji i straży od rogatek miasta, a pod ratuszem czekał tłum mieszkańców, telewizja, burmistrz. Odśpiewano mi „Sto lat”, bo tydzień wcześniej podczas pobytu w Tokio obchodziłem 28 urodziny. Mega wzruszenie.

Była urodzinowa impreza także w miasteczku olimpijskim?

Nie było na to czasu. W urodziny był finałowy bieg sztafety męskiej 4×400 m, wróciliśmy późno do wioski olimpijskiej, a nazajutrz był wylot do Polski. Wioska była zamknięta, wożono nas nawet 500 metrów na treningi na stadion albo siłownię. Można było się stamtąd wydostać tylko autobusem, więc nie zaliczyliśmy żadnych wypadów. No i oczywiście nie było alkoholu na jej terenie.

Żadnych integracji między Polakami?

Polska ekipa w tym roku na igrzyskach trzymała się razem. Jestem „na rynku” 12 lat i obserwuję jak odchodzą z niego kolejni sportowcy. Niektórzy byli już ostatni raz na zawodach. Atmosfera była naprawdę świetna, każdy sobie kibicował.

Bez nastrojów pandemicznych?

Luz, nikt nie myślał o pandemii. Byłem tam jednym z dwóch niezaszczepionych lekkoatletów. Póki mogę, buduję odporność przez dietę, suplementację i aktywność.

Jak karmią sportowców na igrzyskach olimpijskich?

Organizacja w ogromnej stołówce dla 11 tys. osób była na najwyższym poziomie. I do wyboru kuchnia z całego świata: azjatycka, japońska, bez glutenu, nabiału. Jedyne czego nie mieli to polskich kisielków, kwaśnych żelków czy płatków owsianych, które przyjechały w walizkach z Polski. Ja wożę ze sobą saszetki z naturalnymi suplementami, które pomagają mi trzymać formę. A że przed igrzyskami wyjeżdżałem z domu na półtora miesiąca, bo czekała nas jeszcze aklimatyzacja w Zakopanym, więc było tego parę kilo.

Pytam o to żywienie, bo ostatni raz na żywo widziałam cię w fartuchu kucharskim w „Kawie i trawie”.

No tak, zdarzało mi się kroić pietruszkę czy sprawdzać smak potraw w kuchni. Restauracja wegańska w Olsztynie, którą prowadziliśmy z Ulą, okazała się dotkliwą lekcją, do której już nie wrócimy. Po roku funkcjonowania przyszła pandemia i trzeba było ją zamknąć. Olsztyn nie był gotowy na takie miejsce. W Warszawie czy Trójmieście takie knajpy są pełne, ale jeszcze dwa lata temu nasz lokalny rynek dopiero je testował.

Jesteś sportowcem wege?

Na przestrzeni 12 lat próbowałem różnych diet, sprawdzałem jak działają na mój organizm. Przez rok nie jadłem mięsa tylko ryby, albo nie dotykałem glutenu czy nabiału. Ale jadąc na zawody np. do Francji wiedziałem, że będzie trudno o dania bezglutenowe i nie oprę się bagietkom i makaronom. Nauczyłem się obserwować swój organizm, kontrolować wagę. Doszedłem do takiej wprawy, że już ufam sobie, wiem co mi służy i jak wpłynie na formę. Unikam jedynie laktozy, bo kiepsko się trawi. Przy bieganiu, treningach potrzebna jest agresja, którą podbija mięso. Ale wśród sportowców jest coraz więcej wegan, np. Patryk Dobek, który wybiegał olimpijski medal na 800 metrów.

Masz swoje popisowe danie?

Mama nauczyła mnie robić gotowany sernik, ale że to laktoza, więc robię czasem tylko dla gości. Nie piję alkoholu, kawy, herbatę rzadko, nie mam nałogów poza sportem. Jak widzisz, jestem nudny. W domu gotuje głównie Ula, chociaż dzięki doświadczeniu z prowadzeniem restauracji też mam lepszego czuja do smaków w kuchni. Wpadamy w Olsztynie do cukierni wegańskiej na naleśniki, lubimy curry z krewetką w restauracji Sushi-Ko, a ostatnio odkryliśmy restaurację indyjską Tandoor. Nie jesteśmy zwolennikami tłustej kuchni polskiej, ale kiedy moja mama zrobi kotlety mielone z buraczkami, trudno się oprzeć.

A gdzie trenujesz w Olsztynie?

Biegam nad jeziorem Długim i na stadionie w Kortowie, chodzę na siłownię Just Gym.

Ludzie zaczepiają cię na ulicy odkąd zdobyłeś złoto w Tokio?

Tak, jestem zaskoczony jak wielu ludzi oglądało zawody w telewizji. Poruszam się po mieście elektryczną deskorolką, którą jeszcze niewiele osób tu posiada, więc przyciągam uwagę również tym. Ula jeździ za mną rowerem i obserwuje reakcje ludzi – „to on!”. A biegacze przybijają mi piątkę na trasie.

Proszą o jakieś rady?

Zdarza się. Radę mam taką: biegać częściej, a krócej, po powierzchni naturalnej, a nie chodniku, asfalcie. Trzy razy w tygodniu po 20 minut zamiast raz w tygodniu godzinę. Mam kilka osób, które prowadzę treningowo. Największy błąd wszechobecnych trenerów internetowych to „kopiuj, wklej”. Wszystkim dają te same zalecenia. A bieganie to sport indywidualny w 100 procentach, łatwo się przetrenować i zrobić sobie krzywdę.

Ile masz par sportowych butów?

Sporo, ale odświeżam regularnie szafę. Mam kilkanaście par zużytych „kolców” – tych nie wyrzucam, bo to kawałek mojej historii. Czasem trafiają na jakąś aukcję. A buty biegowe zużywają się średnio co cztery miesiące i wyrzucam je.

Media pisały, że to „kolce” z nową technologią pomogły wam wygrać w Tokio.

Media przekręciły tę historię. Wszyscy sprinterzy od paru miesięcy mają kolce w nowej technologii. My podczas przygotowań z różnych względów ich nie mieliśmy, bo np. część z nas nie była zakontraktowana z żadną marką sportową. Ja od 2018 roku jestem ambasadorem New Balance, ale korki które otrzymałem, były za duże i musiałem poczekać na nowe. Sporo czasu trzeba, aby taka nowinka dotarła przez ocean. Trzy tygodnie przed igrzyskami udało się nam wszystkim je skompletować. No i poszła fama, że to za ich sprawą wybiegaliśmy złoto. Prawda jest taka, że wszyscy byliśmy w szczytowej formie. Stopery na treningach szalały, nasze czasy w trakcie przygotowań były zdumiewające. Motywacja olimpijska to fenomen.

Ze złotem olimpijskim w portfolio będzie łatwiej o sponsora?

Tak, teraz rozmowy wyglądają zupełnie inaczej. Mam nadzieję, że podpiszę jakiś sponsorski kontrakt przed igrzyskami w Paryżu, które są za trzy lata. Wsparcie finansowe pozwoliłoby np. częściej korzystać z zabiegów odnowy biologicznej, zadbać lepiej o dietę, sprzęt itp.

Planujesz już walkę na Paryż?

Na wynik biegacza składa się podobno 150 różnych czynników. Wśród nich temperatura, wiatr, forma, przeciwnik, sen, suplementy, dieta itd. Musi przyjść dzień, kiedy to wszystko razem zagra. Rekord Polski to 44 sekundy, mój najlepszy czas to 45,11. Na dystansie 400 metrów, to tylko dwa metry, ale ta bariera bywa nie do pokonania. Jakby sytuacja pozwoliła, to w Tokio bym się z tym rozprawił. Ale mój rekord widocznie musi jeszcze chwilę poczekać.

Wysoką cenę płacisz za tę walkę o rekord?

Jak się wejdzie na pewien sportowy level, to można zobaczyć kawał świata. Ale choć poznajesz wielu ludzi różnych narodowości, są to znajomości powierzchowne, nie możesz liczyć na ich wsparcie. Dla przyjaciół z dawnych lat nie ma czasu, więc z wiekiem się ich traci. Nie wspominając o rodzinie – kiedy nie ma cię tygodniami w domu, trudno jest pielęgnować więzi. Sukcesy i porażki sportowe w wielu przypadkach przeżywa się więc w samotności. Ale ja tak chyba tego nie odczuwam, bo zawsze mam do kogo zadzwonić.

Jakie masz patenty na wyciszenie i relaks?

Na pewno techniki oddechowe – każdy z nas ma je zawsze pod ręką. Poz tym Ula eksperymentuje na mnie z ziołami. Jak jestem pobudzony, dostaję miksturę na wyciszenie.

Prześladuje cię myśl, że z lekkiej atletyki odchodzi się w dość młodym wieku?

Na igrzyskach na dystansie 400 metrów najstarszy zawodnik pochodzący z Botswany miał 35 lat i w finale był siódmy. Pojawił się jeszcze na memoriale w Kortowie 31 sierpnia. Mam więc kilka ładnych lat przed sobą. I zabezpieczenie psychiczne, bo od 40. roku będzie mi przysługiwała emerytura olimpijska. Czyli do emerytury tylko 12 lat!

Medal olimpijski to również nagroda pieniężna – próbujesz sił w inwestycjach?

W październiku ma być gala organizowana przez Ministerstwo Sportu i Polski Komitet Olimpijski z wręczeniem nagród. To podobno kilkadziesiąt tys. zł, które pewnie przeznaczę na działkę pod budowę domu. Nie wyobrażam sobie osiąść gdzieś daleko. Dom z widokiem na las, w pobliżu jeziora – to moje marzenie. „Wyczilować” nad wodą – nie ma nic piękniejszego. Koniecznie będzie w nim wysoki salon z widokiem na zieleń. Mieszkając od dzieciństwa w kamienicy jestem przyzwyczajony do wysokich pomieszczeń. Jeżdżę po świecie, oglądam metropolie, ale Warmia to Warmia. Wszędzie można dotrzeć w 15 minut, no i chwilę poza miastem masz widoki po horyzont.

Lokalny patriota?

Dzieciństwo na Warmii, w pobliżu gotyckiego zamku, który kiedyś był centrum mojego świata, naznaczyło mnie. Potrzebuję przestrzeni, wody, lasów. Po szkole rzucało się plecak i do wieczora szalało w parku, albo na boisku. Starszy brat musiał mnie ściągać siłą, żebym coś zjadł w domu. Latem jeździliśmy z chłopakami rowerami kąpać się do Świętej Lipki, albo nad Widryny. Nie było drzewa w okolicy na które byśmy nie weszli, znałem w mieście każdą dziurę. No i wspinaczka po kamiennych murach otaczających zamek – to największy challange z dzieciństwa. Kolega skakał z nich nawet ze spadochronem wojskowym – skończyło się złamaniem obojczyka. Raz też odpaliliśmy saletry na zamku, zadymiliśmy cały Reszel. Piękne czasy, człowiek miał tylko jeden problem: co robić, żeby nie było nudno.

Ale to nie te doświadczenia zawiodły cię na szczyt kariery sportowej.

Zaczęło się od piłki nożnej. W czwartej klasie podstawówki nauczyciel wuefu Mariusz Jałoszewski, stworzył z naszego rocznika klasę sportową. To było aż 10 godzin wuefu plus treningi piłki nożnej. Na pierwszy trening na stadion Orląt Reszel przyszło chyba ze 40 dzieciaków. Po tygodniu została nas połowa. I tak stworzyliśmy drużynę piłkarską. Trener dbał o to, żebyśmy nie zajmowali się tylko piłką nożną, ale też dużo biegaliśmy. Nienawidziłem wówczas biegać okrążeń w parku, które miały chyba około 300 m. Nadawaliśmy się do każdej dyscypliny, do dzisiaj Mariusz powtarza, że taki rocznik już się nie trafi. Na ogólnopolskich zawodach lekkoatletycznych zawsze wygrywaliśmy.

Miałeś czas na młodzieńczy bunt?

Pewnie nie byłem łatwym dzieckiem. Na mój okres nastoletni przypadły początki komputerów w domach, więc nie dość, że za dnia uprawiałem sport, to jeszcze zarywałem nocki, żeby grać na kompie. Ale taki klasyczny bunt chyba mnie ominął, może dlatego że wyżywałem się poprzez ruch. Do końca podstawówki byłem mocno związany ze sportem. I kończąc szkołę zacząłem myśleć, że fajnie jest grać w drużynie, ale może warto zacząć pracować na własne konto, skoro z każdych lekkoatletycznych zawodów przywożę worek medali. Wtedy jeszcze myślałem, że będę skakał w dal. Strasznie mi się podobała ta konkurencja.

W Reszlu nie mogłeś dalej rozwijać skrzydeł?

Dostałem się do liceum w Kętrzynie, ale pierwszego dnia szkoły nastąpiła zmiana planu. Moje wyniki sportowe przez nauczycieli dotarły do trenerów Bronisławy i Zbigniewa Ludwichowskich z Olsztyna. Stwierdzili, że muszą mnie mieć na miejscu. Oświadczyłem więc mamie, że nie będę piłkarzem, tylko lekkoatletą. Była zaskoczona zwrotem akcji, ale pojechaliśmy odebrać papiery z Kętrzyna. Trafiłem do LO 6 w Olsztynie z internatem i zacząłem życie z dala od rodziców. Pani Bronia powiedziała mi, którym autobusem dojechać na stadion w Kortowie i się zaczęło. Szkoła, a po południu treningi.

To Ludwichowscy zrobili z ciebie sprintera?

Ponieważ upierałem się że będę skakał w dal, pan Zbigniew zrobił mi sprawdziany, po których stwierdził: „skoczka z ciebie nie będzie, ale sprintera to z ciebie zrobię.” Przez prawie osiem lat spędzaliśmy razem nawet 300 dni w roku, towarzyszył mi na każdym treningu i zawodach. Był dla mnie jak drugi ojciec. 31 sierpnia w Kortowie odbył się Memoriał Zbigniewa Ludwichowskiego zwieńczony „sztafetami pokoleń”. Byłem tam aby uczcić jego pamięć i to co dla mnie i innych zrobił. Przygotowywał mnie na 200 metrów i ten dystans zaliczyłem podczas Memoriału. Mój obecny trener Jakub Ogonowski ma wspaniałe czucie, potrafi rozpisać treningi tak, aby forma została osiągnięta w konkretnym momencie. Ale to trener Ludwichowski był tą osobą, która wychowała mnie na sportowca zawodowego.

W internacie dostałeś szkołę życia?

Było nas czterech w pokoju. Początkowo jeździłem na treningi sam, potem reszta chłopaków złapała sportowego bakcyla. Wstawaliśmy o 6 rano żeby bez tłoku zjeść śniadanie na stołówce, a potem wracaliśmy na godzinę do łóżka. O 15.15 po lekcjach jechaliśmy autobusem do Kortowa. Wracaliśmy z treningów kiedy już było ciemno. Jedliśmy kolację i jeszcze znajdowaliśmy siły, aby pograć w ping-ponga, albo zejść do piwnicy na siłownię. Internat, choć rygorystyczny, nauczył mnie systematyczności. Za nieporządek w pokoju dostawało się żółtą kartkę, za kilka żółtych czerwoną i wówczas wyrzucali z internatu. Łóżko miało być zaścielone, ubrania poukładane w szafie, śmieci wyrzucone. Wychowawca otwierał czasem moją szafę i dla przykładu pokazywał ciuchy złożone w kosteczkę. Ta szkoła życia została mi do dziś, muszę być naprawdę zmęczony, żeby rzucić ciuchy bez ładu.

Na studia zabrakło potem czasu?

Próbowałem studiować dietetykę, ale szybko odpuściłem właśnie z braku czasu. Od dwóch lat jestem na liście studentów kierunku zarządzanie w Katowicach, ale ani razu nie pojawiłem się na zajęciach. Jak zaczynam obozy krajowe w październiku, trudno to pogodzić z jakąkolwiek nauką. A nie chodzi mi o to, aby przebimbać studia i dostać papierek. Jak skończę karierę sportową to wezmę się za naukę na serio.

Kierunek zarządzanie, aby otworzyć własny biznes?

Taki jest plan. Chciałbym przy domu mieć strefę regeneracji, pracować z ludźmi pod kątem treningów, odnowy biologicznej, robić masaże, hydromasaże w wanienkach solankowych. Mój tato jest stolarzem, robi drewniane balie na zamówienie, więc oczyma wyobraźni już widzę takie przydomowe SPA. Ula z pomocą ziół, naturoterapii pomaga ludziom, których zawiodła medycyna zachodnia. Chciałbym wykorzystać ten potencjał moich najbliższych po karierze sportowej i stworzyć takie przydomowe centrum odnowy. Wiele się nauczyłem leżąc u fizjoterapeutów, ale na pewno poprę to jakimiś kursami i szkołami. Zanim jednak zrealizuję tę wizję, czeka mnie jeszcze wiele startów. A w międzyczasie szukam działki na Warmii, gdzie będę szczęśliwym emerytem.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Kuba Chmielewski