Portret Mary Rumi - zalotne spojrzenie z pod okularów

Mary Rumi – Zmieniłam imprezę i jadę przez Warmię

Po 20 latach spędzonych na Warmii rozprawia się ze swoim muzycznym światem na własnych zasadach. Na ile silny jazzowy gen, miłość do folku, ale i wyczekiwanie środowiska, będą w stanie skonfrontować się z nadchodzącą płytą „Dziewczyna-Dygresja” wydaną w zaskakującym hip-hopowym wydźwięku? Co, a przede wszystkim do kogo, chce wykrzyczeć tym językiem buntu? Mary Rumi – wokalistka, autorka tekstów, a może po prostu artystka totalna opowiada o bezwarunkowej miłości do Warmii, o dekonstrukcji schematów, wywalczeniu autonomii oraz terapii, która boli i leczy jednocześnie.

Mary Rumi (Maria Rumińska) to artystka i wokalistka z Warmii, córka legendarnego jazzmana Zbigniewa Namysłowskiego. Jej nadchodząca płyta „Dziewczyna-Dygresja” to zaskakujący zwrot w stronę hip-hopu i rapu. Album jest bezkompromisowym, poterapeutycznym rozliczeniem z przeszłością, oczekiwaniami środowiska muzycznego oraz manifestem artystycznej niezależności i miłości do Warmii.

„Tematy głowowe” i rap zamiast salonów jazzowych

MADE IN: „Mary, znowu jedziesz tematy głowowe / one same nie są zdrowe, kolorowe”…

Mary Rumi: … choć nie tylko takimi tematami jadę.

Zacząłem cytatem z utworu „Jadę przez Warmię” obrazującym twoją zaskakującą płytę „Dziewczyna-Dygresja”, która niebawem trafi na rynek.

Ze względu na osobliwość moich cech, ciągle trwa u mnie proces diagnostyki, kołaczą te „tematy głowowe” i nie odchodzą za łatwo. Ten zaczerpnięty cytat trochę nawiązuje też do mojej pierwszej płyty „Depressed lady”, a ściślej do rozmów i wywiadów po jej ukazaniu się. Bo tytuł u wielu osób wywoływał pytanie: co rodzina na to, że płyta ujawnia twoją depresję?

Po pierwsze – dorośli ludzie nie pytają o zgody swoich rodziców, po drugie – depresja nie jest powodem do wstydu. Więc zarówno słowa piosenki jak i cała ta płyta jest wieloletnim spisem moich reakcji na postrzeganie mnie przez innych. 

Dasz się posadzić na kozetkę? Będzie szczerze?

Ja w ogóle gadam szczerze.

Na nowej płycie spodziewałem się więcej jazzu, a jest bardziej hip-hopowo. Co chciałaś wykrzyczeć sięgając po język buntu?

W dodatku to język, do którego – tak czułam – nie za bardzo mam prawo.

Bo?

Mam takie przeczucie, że każdy z nurtów wymaga frycowego. A ja w hip-hopie swojego nie uiściłam. Na tej samej zasadzie maluję obrazy czy robię grafiki – nie dlatego, bo ktoś powiedział, że świetnie mi to wychodzi, tylko z własnej potrzeby. Bez refleksji nad tym, jaka będzie reakcja świata.

Z tym hip-hopem chodzi mi głównie o narrację, on daje mi większą naturalność prowadzenia wątków. W dodatku w ciekawych frazach muzycznych.

Dlatego nie szczypiesz się w język? Niektóre teksty są mocne. Nawet bardzo mocne.

Właśnie o to chodziło, by się wreszcie nie szczypać. 

Wybrzmiewa to jak diagnoza wystawiona społeczeństwu.

Takie jest założenie gatunku: szczery język prawdy. W jazzie mamy jakąś formę, stylistykę i też język, który jest bardziej lub mniej awangardowy, z kolei poezja jest metaforyczna, emocjonalna i kocham z niej czerpać, ale ciągle brakowało mi wypowiedzi z innego rozdania.

Sama poszukuję kobiet, które mają coś do powiedzenia, ale – tak jak mężczyźni – nie przebierają w słowach. Po prostu się nie cenzurują. Nie po to, by kogoś ukłuć, ale żeby wreszcie wypowiedzieć to, co się pomyślało. Nie ważyć: czy wypada, czy nie wypada. Po prostu: ciach i poszło.

I to w hip-hopie znalazłaś swój akt oskarżenia przeciwko stylowi życia, któremu ulegliśmy?

Uważam, że to idealny gatunek do wykrzyczenia tego, a przy okazji dla mnie bardzo przyjemny muzycznie. Mam jazzowe i około folkowe przygotowanie. I co ono mi daje? Charakterystyczne dla jazzu są zarówno ogrywane, precyzyjne skale, co pewne specyficzne traktowanie rytmu, zabawy z pulsem. To samo wyróżnia też muzykę kultur świata. Więc jeśli z rodzinnego domu siedzę w jazzie, od szkoły muzycznej w klasyce, a potem przez lata zajmuję się muzyką etniczną i teatralną, do tego cały czas operuję dużą ilością słów i stylów, to sumą tego jest właśnie to, co zaprezentuję na płycie. I nie znam drugiego nurtu jak hip-hop, środka wyrazu jak rap, który daje tę poetycką, a zarazem bezpośrednią narrację.

czarno biały portret Mary Rumi w okularach. czarno biały portret Mary Rumi w okularach uśmiechnięty portret mary rumi black and white

Akceptacja własnego głosu i poterapeutyczne czyszczenie

Gatunek jest dość brutalny w swojej szczerości, co kobiecie pewnie trudniej przychodzi. Obnażasz i ludzi z ich słabości, i siebie z kompleksów. Choćby głosu bez dużej skali, co jest ponoć efektem budowy anatomicznej gardła.

Co zdiagnozowano zupełnie niedawno, przy okazji ortodoncji.

Wiele lat miałam kompleks na tym tle. Po prostu nie wystarczał mi do moich muzycznych wyobrażeń. Porównując: marzyłam o jednym instrumencie i jego możliwościach, a dostałam zupełnie inny.

Od kiedy się polubiliście z własnym głosem? Jest zdarty, charyzmatyczny, wręcz bojowy.

Ten proces zaczął się gdzieś dziesięć lat temu. Wyjechałam w parę miejsc na świecie, które mają odmienną filozofię muzyczną. Np. do Pakistanu, gdzie do ludzi muzykujących podchodzi się ze szczerością: śpiewasz z serca, to wszyscy dziękują ci za to, że to robisz. Naładowało mi to akumulatory. W Europie oczekuje się jakiegoś efektu cyrku, tego wow, więc wszyscy z jakąś frustracją porównują się, szukając własnych wad, bo czują, że świat się do nich o nie przyczepia. Stąd słyszy się: szukaj swojego miejsca.

W Azji, którą odwiedziłam, nie ma tego, więc mnie trochę podleczyła.

Podleczyło mnie też to metafizyczne podejście do muzyki, że każdy, kto zajmuje się przetwarzaniem świata jakąkolwiek ze sztuk, z definicji jest w połączeniu z absolutem. I nie musisz tego absolutu w sobie nazywać, doszukiwać się go w jakiejś wierze, czy nazwie.

Spotykasz się z komentarzem, że barwę głosu masz podobną do Kayah?

Tak, od podstawówki. Mówili też: Chylińska z temperamentu, Kayah z głosu. I to ona właśnie była jedną z moich pierwszych idolek, może dlatego, że sama była pierwszą, matową, nisko barwną i temperamentną kobietą na scenie. Była dla mnie ważna. Na drugim skrzydle idolką była Diana Krall. Cała reszta to folkowe śpiewaczki z różnych krain.

Do nowej płyty sama stworzyłaś wszystkie teksty. Lżej się pisało po terapii? Łatwiej po niej dostrzec deficyty w społeczeństwie?

Zdecydowanie. Po terapii po prostu więcej rozumiem z tego chaosu w środku. Jeśli po raz pierwszy jako dorosły człowiek doświadczasz takiej rewelacji, że rozpoznajesz we własnym ciele emocje, umiesz je odnaleźć i nazwać, to to jest eureka. Może dlatego wszyscy po terapiach chcą wysłać na nią innych.

Życzę wszystkim, by mogli tego odkrywczego procesu doświadczyć, bo uważam, że terapia to najpiękniejsza podróż naszego życia. Jak można odmawiać sobie tego i nie chcieć mieć więcej spokoju. Mam więc wrażenie, że ta płyta to jest to poterapeutyczne czyszczenie.

Teksty to efekt obserwacji ludzi i tropienia cudzych lęków, które zmieniasz na błyskotliwe rymy. Czujesz się trochę szpiegiem emocjonalnym? 

Nie! To nie wynika z tego, że mam do kogoś o coś pretensje. Po prostu czuję, że nie rozumiem, co się w tym momencie życia dzieje. Więc żeby to pojąć, zaczynam na ten temat rozmawiać. Oczywiście jest to permanentna analiza – wystarczy wejść na social media, dorasta mi córka, więc co chwila dostaję jakieś naręcze nowych zjawisk socjologicznych… Łapię się też na tym, że przegapiłam ileś trendów, które nawet zdążyły stać się już niemodne, a dopiero teraz dostrzegam ich rezultaty wpływu na ludzi. Nie mogę się w tym połapać. Wiem, że oczekuje się od nas, byśmy tym zjawiskom ulegali, nadążali za nimi. Ja nawet mam w sobie tę ochotę, by spróbować nadążać, ale i chcę mieć przy tym swój osobisty kręgosłup, dystans i umiar, bo jest nam wciskana taka dysproporcja, że mam też prawo zareagować na to, na przykład piosenką.

Zdjęcie profilowe Mary Rumi w żółtych okularach i czarno białej narzucie.

Odcięcie dwóch pępowin – Obyczajowość męska w kobiecej sprawie

I ten styl muzyczny pozwala na to bardziej, niż jazz? Hip-hop wymaga bezlitosnej szczerości, jazz – totalnej wolności. W jednym z wywiadów powiedziałaś: „jazz to nie blichtr i salony, a walka, cierpienie, emocje i wrażliwość”.

Oba gatunki to mają. Dla mnie to wspólna rodzina nurtów. Stawiamy jakieś purystyczne granice, są strażnicy stylów, ale tę wolność można osiągnąć w obydwu. Mam tylko wrażenie, że w jazzie trzeba sobie zapracować na prawo do tej wypowiedzi, no i wypada uwzględnić szersze grono odbiorców, które jednak jest przyzwyczajone do pewnej kultury językowej.

Ja nie bardzo upatruję przyjemność w tym, żeby mieszać skandalicznie w jazzie, więc lepiej zmienić nurt. Trochę jak z wyborem: czy zaszaleć na czyjejś imprezie, czy jednak uszanować gospodarza. Ja zmieniłam imprezę. 

Przekleństwa wplatasz w tekst, bo to nasz chleb powszedni?

Wbrew pozorom nie ma ich aż tak dużo, ale robią silne wrażenie.

Myślę, że to też moja osobista cecha. Pochodzę z dobrego domu, z dobrych szkół, z dobrego miasta, ale od najmłodszych lat uprawiam sztukę przekleństw. Traktuję to bardzo kreatywnie, jako wyzwanie językowe i niemal artystyczne. W tym tkwi piękno.

Kocham słowa, mam zajawkę językową, lubię, kiedy mają sens i formę. To chyba najbardziej kreatywny aspekt mnie, dlatego we mnie działa jak kalejdoskop. Język jest the best.

Uznałam, że skoro facetom w muzyce tyle wolno, to i mnie wolno. Jestem również z domu jednak patriarchalnego, z takim klasycznym zacięciem „to wypada, tak nie wypada”, ale nikt nie dokręcał śruby, więc nie musiałam być ultra dziewczęca. Mogłam do pewnego stopnia sama lawirować jaka chcę być. Zawsze spędzałam czas z bratem i jego kolegami, z tatą i jego kolegami. W tych męskich kręgach napatrzyłam się, z czego się śmieją, czemu przyklaskują i co jest spoko. I ja te wszystkie „spoko” precyzyjnie wyselekcjonowałam, tylko okazało się, że kiedy dorosłam, stałam się jakimś ulepkiem dwupłciowo niejasnym…

… rozszyfruj to.

Czyli mam obyczajowość męską, wchodzę z bluzgiem na ustach, luźno się ubieram i wyszłam z kanonu dziewczyny, a zarazem lubię w nim przebywać. I to, co uprawiam w tym rapowaniu, bez dwóch zdań jest męskie. A rzeczy, o których mówię, są bez dwóch zdań kobiece. I dlatego ta płyta to będzie duży challenge

I czuć, że to ty niezależna, a nie suma cudzych oczekiwań. Jesteś wolną Mary, a nie nasiąkniętą tym namaszczeniem legendarnego ojca Zbigniewa Namysłowskiego i całego jazzo-wego środowiska?

To jest coś, czym się bawię od szkół: co mi wolno, a czego nie, kim mam być, a kim nie. I kim się czuję. I to „czuję” było chyba ostatnie w kolejce, i niedawno do mnie dotarło. Wcześniej przeskakiwałam z torowiska na torowisko oczekiwań danych grup. I w dodatku raczej bezskutecznie – a więc miałam idealne warunki do złapania kiedyś frustracji.

Wejście w pseudonim Mary i zostawienie Marii pomogło rozprawić się z pępowiną?

Nawet z dwoma pępowinami: ojcowizną i mężowizną. Obie zostały ucięte. Z ojcowizny jazzowej wpadłam w mężowiznę folkową (mąż Marcin Rumiński, założyciel i frontman zespołu Shannon – red.). Tu lider, i tu lider. Charakterny jeden i drugi. A ja po prawej, bądź lewej stronie, patrząca w górę, z adoracją i w długich, ładnych włosach, jakie wypada mieć kobiecie. Pamiętam, że najwięcej komplementów za udany koncert dostawałam zawsze, kiedy wpatrywałam się z uśmiechem w Marcina, grającego obok na scenie. Nie miałam nic przeciwko temu, ale kiedy córka stała się bardziej samodzielna i czas dobowy zmienił się z bieganiny w kroczenie, zdałam sobie sprawę, że troszkę to nieprawdziwe i że nie dokończyłam pewnego procesu, który rozpoczęłam w szkole. A założyłam wtedy zespół, napisałam piosenki i nagrałam płytę, której jednak nie wydałam. Zrobiła się z tego przerwana lekcja muzyki, więc stwierdziłam, że muszę do tego wrócić.

Co było tym sygnałem?

W 2016 roku Shannon wydał płytę, przy której się, za przeproszeniem, sprułam.

Odbiłam się od ściany i musiałam znaleźć na nowo sensowny cel dla siebie.

Marcin nauczył mnie poruszania się w świecie branży muzycznej. Z domu Namysłowskich, z bratem Jackiem niczego takiego nie wynieśliśmy. Pokończyliśmy te akademie muzyczne kompletnie nie wiedząc jak poradzić sobie w branży. Więc czas w Shannonie to był czas edukacji, nauczyłam się inaczej myśleć o muzyce i dzisiaj uważam, że każdy muzyk powinien przejść taką dwutorowość.

Wspominałaś wręcz, że Shannon to twoje najlepsze studia w życiu.

Moje wyżyny. Nie chciałam tego porzucić, na szczęście nie był potrzebny żaden radykalny ruch, ale dopiero z doświadczeniami Shannona i Hobouda wreszcie mogłam rozwinąć tę moją zatrzymaną nitkę z czasów studiów. Wpierw poszłam jednak naprawiać się na terapii. I w efekcie tego zrodziła się Mary Rumi.

Stajecie czasem w kontrze: Maria vs Mary?

Marią nie czułam się nigdy. To oficjalny dokument i jakaś persona, którą tworzą ludzie, kiedy czują się w obowiązku piedestałować mnie. Mówią wtedy Maria, a ja zawsze czuję dreszcz obcości. Oficjalnie piszę, śpiewam, maluję i wydaję jako Mary, a dokładniej Mary Rumi.

Tajemnicze zdjęcie Mary Rumi w czerni.

Warmia jako życiowy Hobbiton i koncertowe plany

Ta nowa płyta – gdyby umówić się, że jest ona warmińskim krajobrazem, to jak ją opiszesz? Burza nad jeziorem? Skoro w hip-hopowym stylu, to raczej nie sielska łąka.

Jestem trochę w ambarasie, bo z jednej strony wiem, do czego bym to porównała z krajobrazu warmińskiej kultury, czyli użyła baby pruskiej, ale nie chcę, bo nadużywamy jej jako komercyjnego symbolu. Nie wiemy co to za wojownik, która kultura nam go zostawiła, no i wygląda też trochę jak kobieta. Z drugiej strony przypina mi się łatkę najbardziej kontrowersyjnej i feministycznej artystki scenicznej na Warmii. I zastanawiam się, który ja skandal przegapiłam?

No, w wydanym na 2026 rok kalendarzu „Baby Pruskie”, widniejesz na lipcowej stronie, a pod zdjęciem czytamy: „Na scenę weszła po swojemu: w glanach i z kolczykiem w nosie, bez udawania sexy kocicy”.

Zaczynam się z tym zgadzać ale nie dlatego, że tak czuję, tylko, że mnie tak postrzegają. Zatem musi to być jakaś częściowa prawda. Ja nigdy nie miałam wrażenia, że robię jakąkolwiek rewolucję. Wręcz przeciwnie – mam ochotę na szczere skomunikowanie się ze światem. A wygląda to na jakieś rewolucyjne działanie. 

Jest jakiś nurt muzyczny, który na zawsze pozostanie ci obcy?

Tak zupełnie obcy, to już dzisiaj chyba żaden nie może być, bo wszystko się „eklektyzuje”. Zrewidowałam z czasem wiele rzeczy, więc już nie odpowiadam dziecięcym: to tak, tamto nie. Im starsza jestem, tym bardziej zdecydowanie powiem, że nie istnieją nurty, którymi gardzę. Z wiekiem oddaliłam się radykalnie od myślenia, że jeśli ktoś nie rozumie kultury tak jak ja, to jest głupi, a to, czego on słucha i potrzebuje, jest równie głupie i nie powinno istnieć. System troszkę tak mnie wyedukował, niestety.

Uważam, że gatunki muzyczne są jak owady – każdy musi istnieć, by była pełnia.

Np. disco polo już dawno nazwałam współczesną muzyką ludową. Jest objawem cywilizacyjnych zmian, widzę co dobrego robi wielu ludziom, zwłaszcza kiedy pracuję w mniejszych gminach. Nie dziwię się też, że nie przemawia do osób, które funkcjonują inaczej i mają z kulturą szerszy kontakt. Więc każdemu wykształconemu muzykowi polecam czasem zejście z wysokiego taboretu, bo nie ma się co obrażać, że nie wszyscy słuchamy np. jazzu czy muzyki poważnej.

Użyłaś kiedyś wobec swojej muzyczności terminu „dwunożność”. Że twój tata taki też był, bo jedną nogą siedział w jazzie, drugą w folku. Nosisz w sobie po ojcu tę dwunożność, czy stworzyłaś własną?

W tacie, jazzmanie, był też mocny gen małopolski i podhalański, bo stamtąd wywodzi się rodzina Namysłowskich. Uważam, że był monojazzowy, ale miał specyficzne przyprawy, którymi lubił ten jazz ubarwiać, wpuszczać ludową melancholię. Ja ze sobą miałam większy próg niedookreślenia. U mnie nawet ważyły się losy czy pójdę na studia muzyczne, czy może na lingwistykę. Ale szczerze zapłakałam nad perspektywą braku śpiewania i grania, więc poszłam na tę muzykę właśnie dla piosenek.

Czułam też, że jeśli zostanę tylko w jazzie, to stanie się to opresyjne, bo przecież nie dogonię ani ojca, ani brata. Ogólnie w wyścigach dobra nie jestem. Szukałam więc hybrydy w dziewczęcej wersji. I szczerze mówiąc, dopiero w rapie czuję, że to jest totalny zbiór mnie.

Pora porozmawiać o Warmii…

Warmia in my heart (wyśpiewała – red.)

Powiedziałaś o sobie: „Jestem zewsząd, sama wybieram, gdzie przynależę. Warmia to mój hobbiton”. Od kiedy nim jest?

Od pierwszego wejrzenia. Kiedy tu pierwszy raz wjechałam i wzięłam wdech. W grudniu minie 20 lat.

Ale ona nie była twoim świadomym wyborem, spadła ci w posagu razem z Marcinem.

Tak, i oczarowała mnie tym, że tu – w najlepszym tego słowa znaczeniu – czas się zatrzymał. Odniosłam wrażenie, że znalazłam się w miejscu uprzywilejowanym, ale też, że jest ono bardzo niedocenione i nieodkryte. I od początku byłam przekonana, że to jest miejsce, w którym świetnie się będzie odpoczywać po pracy i tworzyć w rytmie innym od dużego miasta, w którym ma się zadyszkę i napięcie.

Tu jest przestrzeń. To jest dokładnie takie miejsce, w którym rodzice chcieliby mieszkać, gdyby tylko mogli. Tyle, że tata zawsze miał przeświadczenie, że musi być w Warszawie, pod ręką innych muzyków.

A tu, na Warmii, jest tak duża swoboda do tworzenia. 

W sieci krąży 15 powodów, dlaczego warto odwiedzić przytoczony przez ciebie hobbiton, ten filmowy świat z „Władcy Pierścieni”. A twój powód, dla którego warto „wziąć” Warmię?

To region inny niż wszystkie, bardzo krzyżowy, pokiereszowany. Wręcz niespotykany miks. Mam wrażenie, że Warmia jest ciągle niezrozumiana i niezgłębiona. Nawet przez nas, tu mieszkających, a co dopiero w kraju… Więc uwielbiam serwować ludziom ten aspekt: poczytaj i popatrz, bo miejsce jest niespotykane. Z jednej strony miejsce-nagroda, z drugiej miejsce-zaplecze, ciągle się przetwarzające i redefiniujące.

No i te nasze dwory, pałace i zamki – jako miłośniczka fantasy polecam, bo są po prostu piękne. Pokazują skalę panowania w różnych okresach.

Warmińskość zaszczepił w Tobie Edward Cyfus?

Oczywiście! Gdyby to nie był on, z postawą bardzo serdeczną i szczerą otwartością, nie czułabym, że mam prawo do moich fascynacji językowych, a co za tym idzie, kulturowych jako człowiek „nie stąd”. 

Jeden telefon do Cyfusa, jedno spotkanie i po prostu wchłonął nas. Tym bardziej, że on też kiedyś muzykował, słuchał mojego taty, przegrywał kasety męża…

Grał na perkusji. O muzyce też były godki?

Bardzo lubił rock i blues, a blues i jazz to jak kuzynostwo. Ja bardzo chciałam poznać ten region, a nie znam lepszego sposobu na edukację, niż przetwarzanie twórcze.

Masz czepiec warmiński? To symbol kobiecych cnót i regionalnej tożsamości.

Nie. Czuję, że jeśli nie zrobię go sobie sama na warsztatach, albo nie dostanę od babki czy matki, a nie dostanę, to nie powinnam go mieć. Bo to zbyt ważny symbol.

Robicie w czerwcu w Olsztynie koncert warmiński. Jakie ma mieć przesłanie?

Chcemy grać i śpiewać o Warmii, pokazywać ją szeroko, mniej lub bardziej przetworzoną, ale szczerze i z miłością. Uważam, że nawet gdyby teraz wszystkie zespoły i artyści, którzy są w regionie, zaczęli jednocześnie na tym polu działać, to i tak byłby to ledwie początek i kropla w morzu potrzeb. A więc z mojej strony ten rozdział jest zawsze otwarty, każdy moment i sposobność do prezentowania Warmii jest potencjałem do wykorzystania, szansą na zrealizowanie kolejnego twórczego konceptu.

A ten będzie zbiorem wszystkich warmińskich projektów, w których dotąd brałam udział, od czasów Hobouda sprzed osiemnastu lat, po dzisiaj. Składy wokalne, kwartet smyczkowy, sekcja jazzowa, akustyczne Krive, ja i goście, np. Janek Młynarski, którego namawiam, by zaśpiewał jeden kawałek po warmińsku. 

Ja obowiązkowo zarapuję „Jadę przez Warmię” z najnowszej płyty, mimo iż będzie przed premierą.

Ciężko cię zdefiniować krótko i prosto. Sama określasz siebie jako ekstrawertyczna introwertyczka – jaki jest koszt noszenia takiej konstrukcji osobowościowej?

Trudniej mną handlować.

Wokalistka Mary Rumi w czarnym garniturze oversize, pozująca w kucki na ciemnym tle.

Najczęściej zadawane pytania:

Kim jest Mary Rumi?

Mary Rumi (właściwie Maria Rumińska) to artystka, kompozytorka i wokalistka od dwudziestu lat związana z Warmią. Pochodzi z wybitnej rodziny muzycznej – jej ojcem był Zbigniew Namysłowski. Przez lata współtworzyła projekty folkowe i etniczne (m.in. zespoły Shannon oraz Hoboud), a obecnie rozwija swoją niezależną, solową karierę.

O czym jest nowa płyta Mary Rumi „Dziewczyna-Dygresja”?

Album „Dziewczyna-Dygresja” to zaskakujący zwrot artystki w stronę muzyki hip-hopowej i rapu. Płyta stanowi bezkompromisowe, poterapeutyczne rozliczenie z osobistymi doświadczeniami, depresją oraz społecznymi i środowiskowymi oczekiwaniami, z jakimi mierzyła się przez lata kariery.

Gdzie przedpremierowo będzie można usłyszeć utwór „Jadę przez Warmię”?

Utwór zostanie wykonany na żywo podczas specjalnego, przekrojowego koncertu warmińskiego, który odbędzie się w czerwcu w Olsztynie. Wydarzenie połączy dotychczasowe projekty regionalne artystki, a na scenie towarzyszyć jej będą zaproszeni goście, m.in. Janek Młynarski.


Rozmawiał: Rafał Radzymiński, obraz: Arek Stankiewicz