Zaczął od genialnej roli „Amadeusza”, brawurowo gra Zbyszka w „Dulskich”, ale historyczny serial „Ludzie i Bogowie”, który w tym roku wyemituje TVP, przyniesie przełom w jego karierze. Związany z Teatrem im. Jaracza Dawid Dziarkowski opowiada, jak stworzył w nim postać egzekutora.

MADE IN: Serial w reż. Bodo Koxa to
historia oddziału likwidacyjnego kontrwywiadu AK. Do jakich źródeł sięgałeś przygotowując się do roli egzekutora Dagera?

Dawid Dziarkowski: Scenariusz 13 odcinków serialu oparty jest na faktach, ale czytając go po raz pierwszy pomyślałem, że scenarzystów poniosło w kwestii mitologizowania postaci i zdarzeń. Potem sięgnąłem do dokumentów, literatury, np. książki „Z wyroku Polski Podziemnej” Juliusza Kuleszy i okazało się, że większość przedstawionych w nim wydarzeń to fakty, a bohaterowie to ponadprzeciętne, złożone osobowości. Dla mnie, żyjącego w czasach pokoju, ich nieustanne balansowanie na granicy życia i śmierci jest niewiarygodne. Budując swoją postać sięgnąłem do dziecięcych opowieści o superbohaterach łączących skrajne cechy. Myślę, że udało nam się stworzyć kawał dobrego kina.

Widziałeś już efekt końcowy?

Widziałem dwa pierwsze odcinki i nie mogłem powstrzymać wzruszenia. Możliwość udziału w tym projekcie klasy premium, to spełnienie moich marzeń. Bodo Kox miał pełną wolność twórczą i spory budżet do dyspozycji. Dawałem z siebie wszystko na planie, ale trudno było pozbyć się lęku, iż reżyser popełnił błąd, powierzając mi tak dużą rolę. Uspokajał mnie, że nie przypadkiem zostałem wybrany.

Ilu było chętnych do tej roli?

Przeszedłem przez wieloetapowy casting, w którym brało udział 700 osób. Przez trzy miesiące przed rozpoczęciem zdjęć wertowałem 600 stron scenariusza, który początkowo mnie przerastał. Przypomniałem sobie wówczas słowa mojego taty marynarza: „żeby pływać na statku, którego nie znasz, trzeba przebrnąć przez jego grubą instrukcję obsługi”. Potraktowałem podobnie ten scenariusz. Musiałem znać go na pamięć i nie chodzi tu tylko o sam tekst, ale chronologię wydarzeń i towarzyszące mojej postaci emocje, pragnienia, problemy i rozterki rozłożone na osi czasu.

Dager pochodzi z Lwowa. Musiałeś ćwiczyć tamtejszy akcent?

Pod okiem konsultanta językowego utrwalałem nawyk używania przedniojęzykowego „ł” charakterystycznego dla lwowiaków. Tu pomogły mi studia z logopedii, które skończyłem po Studium Aktorskim w Olsztynie. Ćwiczyłem też język niemiecki, którym posługiwałem się na planie. Musiałem nauczyć się pracy z kamerą, obcych mi wtedy środków wyrazu. Operator Arkadiusz Tomiak zrobił mi przyspieszony kurs. Przy najbardziej „gorących” scenach, współpracowałem z Tomaszem Krzemienieckim, kaskaderem pochodzącym z Olsztyna.

Przynajmniej odciążył cię fizycznie.

Mimo tego stres i presja, aby dźwignąć wyzwanie i nie tracić czasu innych osób na planie poprzez duble scen, odkładają się w organizmie. Już wcześniej, podczas ról teatralnych, musiałem korzystać z pomocy fizjoterapeutów. Wylądowałem nawet na SOR, bo nie mogłem ruszać szyją. Mimo pracy w świetnej atmosferze, nie ma opcji, aby takie wyzwanie nie obciążało ciała i psychiki. Regularne masaże mam wpisane w grafik.

Przed tobą blaski i cienie popularności towarzyszącej rolom w serialach.

Na planie filmowym w Łodzi, w drodze na konferencję prasową, zaczepił mnie ochroniarz. Poprosił abym przypilnował jego stanowiska, bo musi skoczyć do „Żabki”. Kiedy powiedziałem, że śpieszę się, bo czekają na mnie dziennikarze, obruszył się, że statysta „gwiazdorzy”. Zazwyczaj takie role dostają aktorzy z dużym dorobkiem. Miałem miękkie kolana, kiedy kilkadziesiąt mikrofonów było skierowanych w moją stronę. Mam nadzieję, że nigdy nie stracę pokory w tym zawodzie. Dostałem szansę, która otwiera mi drzwi do świata filmu. Bo choć spotkanie z żywą publicznością w teatrze jest ogromnym przeżyciem, film to okazja, aby wypłynąć na szerokie wody. I nie ma chyba aktora, który o tym nie marzy.

Rozmawiała: Beata Waś

Obraz: Olaf Tryzna i Marcin Kustra TVP SA