ERKO – krótka nazwa, długa historia i wielki potencjał. O firmie z podolsztyńskiego Jonkowa najczęściej dumnie słyszy się, że „to ta, która produkuje części do Boeinga czy Airbusa”. Ten rodzinny biznes świętuje właśnie 40-lecie, i to w nowej siedzibie, która wreszcie dorównała poziomem samej pozycji firmy.

O tym jak budował się światowy poziom marki ERKO opowiadają szefowie firmy z drugiego już pokolenia założycieli

Siedziba firmy Erko w Jonkowie

Nowa siedziba firmy Erko w Jonkowie

MADE IN: Nowa siedziba ERKO była planowana na jubileusz 40-lecia, czy zwyczajnie się z nim zbiegła?

Marcin Pętlak (członek zarządu ERKO): Projekt powstawał 5–6 lat temu i nie było planów, by zrealizować go na 40-lecie naszej firmy. To był raczej wynik realizacji strategii i szukania dobrego momentu na inwestycję, czyli… w środku najgłębszej, drugiej fali pandemii. Stwierdziliśmy, że ten stan zawieszenia nie może trwać wiecznie i wbrew wszystkiemu, mimo wielkiego stresu, w 14 miesięcy zbudowaliśmy nowoczesną siedzibę przy współpracy z firmą Przemysłówka Holding S.A. z Olsztyna. Cieszymy się, że to właśnie oni wygrali przetarg.

Michał Pętlak (członek zarządu ERKO): Jak mówi stare chińskie przysłowie: „gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, a inni stawiają wiatraki”. My postawiliśmy na wiatraki.

Kontynuując historię firmy, od razu planowaliście stworzenie nowej siedziby w Jonkowie, gdzie to się wszystko zaczęło?

Piotr Pętlak (prezes ERKO): Analizowaliśmy wszystkie podolsztyńskie gminy, a finalnie zdecydowała lokalizacja większości pracowników naszej firmy. Inne obszary nie mają aż takiego znaczenia, bo dostawcy wszędzie dowiozą towar, a klientów i tak mamy spoza regionu.

Prawdą jest jednak, że połączenie z Olsztyna do Jonkowa wymaga poprawy i liczymy, że infrastruktura drogowa i kolejowa konsultowana z silnymi podmiejskimi biznesami szybko poprawi ten obszar funkcjonowania. Ale cieszymy się, że gmina Jonkowo zyskała wizerunkowo na naszej inwestycji.

Nowoczesna siedziba firmy jest wabikiem dla ludzi wchodzących na rynek pracy?

Piotr: Mamy nadzieję. Już podczas pierwszego dnia przeprowadzki, kiedy ja z kadrową szliśmy korytarzem z kartonami w rękach, przyszedł zainteresowany pracą student. Jednak wizerunek współczesnej firmy to przede wszystkim stworzenie właściwych warunków pracy. Standardy sprzed kilku dekad już się przedawniły. Nie jest ważny tylko budynek, ale też kultura organizacyjna, atmosfera w pracy i potencjał rozwojowy.

Jak daleko firma rodzinna może pójść w strukturę korporacyjną?

Piotr: Chcemy być hybrydą, która łączy dobre praktyki korporacyjne z zasadami firmy rodzinnej, gdzie wszyscy dbamy wzajemnie o siebie i pracowników.

Jeśli wartości firmy przekazywane są przez wszystkie szczeble, to filozofia firmy rodzinnej i korporacji jest taka sama. Z kolei te rodzinne z pewnością cechuje większa elastyczność.

Zarząd Erko podczas zebrania ze współpracownikami

„Chcemy być hybrydą, która łączy dobre praktyki korporacyjne z zasadami firmy rodzinnej, gdzie wszyscy dbamy wzajemnie o siebie i pracowników.”

Jak w 40 słowach opisać 40 lat firmy Erko

Piotr Pętlak, prezes ERKO o początkach firmy:

 Założył ją Roman Pętlak – tata Michała i mój. Po czterech latach dołączyli jego dwaj bracia z Podkarpacia – Józef i Jan. Więc firmę prowadziło trzech braci w odległości 600 km od siebie z jednym działającym faksem, który obsługiwał przy okazji sąsiedni młyn i szkołę. I mimo wszystko udało się tym naszym ojcom-założycielom ten biznes rozkręcić. Potem kolejno po studiach dołączaliśmy my, a dzisiaj w struktury przedsiębiorstwa zaczynają już wchodzić nasze najstarsze dzieci, a więc trzecie pokolenie(…).

Michał: Warto wspomnieć, że tata, czyli Roman Pętlak, przeniósł się z podkarpackiej wsi na drugi koniec Polski, do Gdańska, zaczynając naukę w Technikum Budowy Okrętów Conradinum, a potem studia na Politechnice Gdańskiej. Pracując w Centrum Techniki Okrętowej brał udział przy produkowaniu trałowców, ale kiedy poznał przyszłą żonę, czyli naszą mamę, przeprowadzili się do Olsztyna. Tu został dyrektorem olsztyńskiego OLPASZU, ale za działalność w Solidarności SB doprowadziła do zwolnienia taty z pracy z sugestią, że w Olsztynie jej już nie dostanie. Za sprzedanego Fiata 126p i rodzinne znaczki pocztowe dziadka zbudował więc warsztat rzemieślniczy pod Olsztynem, w Jonkowie. Zaczął w nim od usług dla rolnictwa, często handlując barterowo: gospodarze przynosili jajka i kury w zamian za proste narzędzia rolnicze. To nie miało szans na przetrwanie, więc uruchomił produkcję wideł i motyk. Pamiętam, że cała rodzina wieczorami wypisywała metki na wyroby.

Kiedy koniunktura podupadła, tata zwrócił się do kolegów z biura konstrukcyjnego stoczni gdańskiej o możliwość współpracy. Na spotkaniu rzucili mu na stół końcówki kablowe, dodając, że nikt nie chce się podjąć produkowania tego drobiazgu. Tata pochylił się nad tematem, pamiętam jak projektował je w naszym małym mieszkaniu na szóstym piętrze wieżowca przy ul. Kołobrzeskiej w Olsztynie. Ale kiedy dostarczył im pierwszą partię, usłyszał, że nie są takiej jakości, jak austriackie. Więc tata wymieszał je na stole i zadał zagadkę: to teraz powiedzcie, które są czyje?

I tak to się zaczęło.

Potem włączył brata Józefa, który był technologiem w WSK w Rzeszowie i Jana, który pracował w Jaśle w melioracji. Jego bracia w kuźni dziadka w Czeluśnicy rozpoczęli od produkcji regałów dla bibliotek wiejskich. Warto też sięgnąć do naszego dziadka Piotra Pętlaka, który był kowalem. Szczycimy się tym, że obróbkę metali mamy w genach. Jego pierwsza kuźnia została wybudowana tuż przed wybuchem wojny w Czeluśnicy i – co warte podkreślenia – służy nam do dzisiaj. Choć trudno w to uwierzyć, to pierwszy etap technologiczny obróbki łopatek turbin lotniczych odbywa się właśnie tam.

Były przełomowe momenty, które z malutkiego rodzinnego zakładu wyniosły was na znaczącą markę w świecie?

Michał: Nie było jakiegoś skoku. To jest codzienna, konsekwentna praca. Mamy spisaną strategię rozwoju firmy, która składa się z 24 projektów i jest naszym kodeksem postępowania. U jego podstaw jest kultura pracy i wizerunek pracodawcy.

Nasz sukces postrzegam więc przez zrównoważony rozwój firmy. Ale na pewno istotny był pierwszy eksport w 2000 roku, poznawanie jego procedur, związane z tym wyjazdy zagraniczne.

Piotr: Wyławiamy z naszych struktur silne strony, które rozwijamy, stąd dzisiaj firma ERKO oparta jest na trzech dywizjach: ELEKTRO – końcówki okablowania oraz narzędzia dla elektrotechniki, AERO – części dla lotnictwa, ROBOTICS – zautomatyzowane i zrobotyzowane maszyny i gniazda procesów produkcyjnych. Tworzymy urządzenia i rozwiązania dla klienta, czyli dobre garnitury szyte na miarę.

A nawiązując jeszcze do tej konsekwencji, o której wspomniał Michał. Dodam tylko, że zanim mogliśmy dostarczać części do samolotów, przez siedem lat uczyliśmy się i wdrażaliśmy restrykcyjne procesy. Aby uzyskać  ostateczne certyfikaty niezbędne w przemyśle aerospace.

Wraz z nową siedzibą stworzyliście centrum Naukowo-Badawcze. Nazwa od razu rodzi skojarzenia, że to łącznik przemysłu z uczelnią. To przyszła kuźnia kadr?

Piotr: Ideałem byłoby, gdyby szkoły i uczelnie mogły tworzyć kierunki pod konkretne zapotrzebowania przedsiębiorczości w regionie. Tak m.in. rozwija się biznesowo Rzeszów, pod którym mamy naszą rodzinną filię we wspomnianej Czeluśnicy.

Bardzo dobrze współpracuje nam się od lat np. z AGH w Krakowie, z którą zrealizowaliśmy wspólnie sześć projektów. Ale warunkiem prof. Tadeusza Knycha było, by ta nasza wspólna praca nie poszła na półkę. Wyniki tych prac realnie wspierają polski biznes. Ze współpracy z nauką czerpiemy dużo entuzjazmu i fanu, więc i sami przy tym łapiemy wiatr w żagle.

Dlatego chcemy zacieśniać współpracę z naszym uniwersytetem. Po ostatnich targach pracy kadra oraz studenci wręcz nie dowierzali, że pod przysłowiowym nosem mają firmę z takim potencjałem.

Poza tym jako marka chcemy też dzielić się naszą wiedzą i wymieniać nią z innymi przedsiębiorstwami w regionie, by wspierać się technologicznie. Marzy nam się, by wyrobić w Polakach zaufanie do prowadzenia biznesu wspólnie.

ERKO- Firma z salą do ćwiczeń, medytacji, czy boksu

Piotr Pętlak:

Pewne przedsiębiorstwo w Europie wprowadziło 4,5-godzinną przerwę w pracy. Przeanalizowali, że to się im finalnie opłaca. My takich analiz jeszcze nie robimy, ale na pewno przyjemnie jest wyjść na zewnątrz do altany otoczonej kwiatami. Można na chwilę oczyścić głowę i wrócić do pracy z innym nastrojem i energią – a więc sumarycznie w ciągu dnia zrobić i więcej, i lepiej. Ludzie to nie wskaźniki i excel, to także emocje, a my wierzymy, że te emocje oddziałują na naszą produktywność. Jeśli pracowników spotka jakaś nieprzyjemna zawodowa sprawa, to dobrze jest te emocje wyładować czy wyciszyć w pracy, a nie zabierać do domu(…)

Budynek zaprojektowali architekci Grzegorz i Kasia z pracowni Proartis, a wnętrza naszej siedziby dopracowaliśmy wspólnie z psychologiem integracji sensorycznej Anią Parakiewicz oraz architektami Ania&Agnieszka. Cieszymy się, że wszyscy są z Olsztyna.

Jako zarząd poświęciliśmy mnóstwo czasu, by stworzyć naszym pracownikom wymarzone miejsce pracy.

Michał: Mamy więc nadzieję, że ten kreatywny pokój będzie mocno eksploatowany.

Usłyszałem od was, że świętujecie porażki, bo one was dużo nauczyły.

Piotr: To stwierdzenie zasłyszałem podczas moich studiów w ICAN w Warszawie. Wierzymy, że nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Ważne jest, by się uczyć i nie powtarzać błędów. Każdy z nas się stara, ale czasami – mimo zaangażowania – jest klapa. I wiemy jak czuje się pracownik, któremu nie wyszedł jakiś projekt, więc jaki miałoby sens jeszcze wytykanie mu tego. Warto więc tę energię skierować do przodu, a nie wstecz.

Ale chyba są jakieś konsekwencje złych decyzji?

Piotr: Błędy są organizacji, a nie człowieka. Po prostu ktoś nie został dobrze przeszkolony z pewnych procesów. Więc jeśli jest porażka na jakimś etapie, to cenna jest ta wiedza, którą przy tej okazji zdobyliśmy i wspólnie przeanalizowaliśmy. To nie jest tak, że jesteśmy jako firma krystalicznie idealni, wszystko jest perfekcyjne i mamy nosy do góry.

Błędy pokazują co jest jeszcze do zrobienia, by być lepszym. Jeśli je rozpracujemy rzetelnie na etapie każdego działu, to właśnie świętujemy sukces.  Sporo się nauczyliśmy i jako firma ERKO dążymy do doskonałości.

Kto jest autorem nazwy ERKO?

Piotr: Roman Pętlak. Pamiętam dzień, jak tata w bloku przy ul. Kołobrzeskiej siedział z porozkładanymi kartkami z różnymi nazwami przyszłej firmy. Wzorcem była austriacka firma Stocko zaopatrująca polskie stocznie, więc chciał, by akustycznie kojarzyła się z nią. Dużo firm w naszej branży zaczyna się na literę „E”, bo działają w sektorze elektrycznym. Tata chciał umieścić jeszcze „R”, tego swojego Romana.

Maszyny w hali produkcyjnej w Erko

Trzy dywizje firmy:  ELEKTRO – końcówki okablowania oraz narzędzia dla elektrotechniki, AERO – części dla lotnictwa, ROBOTICS – zautomatyzowane i zrobotyzowane maszyny i gniazda procesów produkcyjnych. Tworzymy urządzenia i rozwiązania dla klienta, czyli dobre garnitury szyte na miarę(…).”

Rozmawiał: Rafał Radzymiński, obraz: Renton Media

  • ERKO
  • Jonkowo, ul. Lipowa 24
  • wwww.erko.pl 
  • fb/ErkoPL