Dramiński – technologia z Warmii, która idzie w świat

Wpisują się w zjawisko „tajemniczych mistrzów” i stali się promotorem określenia „Warmińska Dolina Krzemowa”. O pełnej pasji ścieżce na szczyt światowej elektroniki rozmawiamy z Andrzejem Wiktorowiczem, prezesem spółki akcyjnej Dramiński, jedynej polskiej firmy produkującej ultrasonografy, nagrodzonej przez marszałka województwa warmińsko-mazurskiego laurem „Najlepszym z Najlepszych” w kategorii „Innowacje i Rozwój” oraz wyróżnionej certyfikatem Produkt Warmia Mazury.

Czym zajmuje się firma Dramiński z Olsztyna?

Dramiński to polska firma z Olsztyna, która tworzy ultrasonografy znane na całym świecie. Kierowana przez Andrzeja Wiktorowicza, stała się symbolem „Warmińskiej Doliny Krzemowej”, łącząc zaawansowaną technologię z lokalnym charakterem Warmii.

Andrzej Wiktorowicz, z firmy Dramiński w swoim biurze koła Olsztyna

Technologia z Warmii – początki firmy Dramiński

MADE IN: Siedzibę światowej firmy zdecydowaliście się wybudować w środku lasu, na warmińskiej wsi.
Andrzej Wiktorowicz: Bo uważamy, że Olsztyn i jego okolice to najlepsze miejsce do życia. Kochamy ten teren. A jeżdżąc po świecie, od zawsze fascynują mnie technologiczne firmy, które wpisują się w określenie „tajemniczy mistrzowie”. W miasteczkach, a nawet w wioskach, siedziby mają biznesy, które w swojej branży są czołówką światową, a niekiedy nawet mieszkańcy nie mają o nich większego pojęcia.Pracujemy więc w pięknym otoczeniu lasu. Można zażywać tej natury choćby wychodząc przed budynek na rozmowę telefoniczną, bo jeszcze do niedawna w budynku nie mieliśmy zasięgu, więc było to nagminne.

Niezły motyw jak na światowego formatu firmę zajmującą się innowacyjną technologią
Tak, musieliśmy zamontować specjalne urządzenia wzmacniające sygnał telefonii komórkowej wewnątrz budynku firmy.Ale tak naprawdę w pierwszej kolejności chodziło nam o ciszę, spokój i piękne widoki za oknem,  niezależnie od pogody i pory roku.

Do Sząbruka zapraszacie liderów światowych firm. Jak komentują to miejsce?
Komplementują. Przyjeżdża np. pani prezes z Intela, prezesi z Asusa czy Texas Instruments. Ostatnio byli przedstawiciele firmy, która specjalnie dla nas opracowała w Luksemburgu zakładane na głowę gogle laserowe, dające niesamowitej jakości obraz USG. Produkt sprzedajemy na całym świecie i robi furorę. Lekarz nie musi już patrzeć na obraz w ekranie, bo wszystko widzi przed oczami w przeziernych okularach.

Jaką macie pozycję w świecie jako marka?
Andrzej Wiktorowicz: Są trzy znaczące firmy w Europie, a wśród nich my, jedyni w Polsce, którzy produkują ultrasonografy i jednocześnie sondy do nich. Mało tego, te dwie pozostałe połączyły się, a jakiś czas temu chciały nas kupić.

Droga na szczyt – jak powstawały polskie ultrasonografy

Trochę sportowe pytanie: trudniej wejść na ten szczyt, czy potem się na nim utrzymać?
I jedno, i drugie jest trudne. Wchodziliśmy na ten szczyt prawie 30 lat. Niech zobrazuje to pewna historia z początków. Otóż wymyśliliśmy z moim współpracownikiem – kolegą, z którym znamy się z czasów podstawówki, USG, jeszcze z telewizyjnym kineskopem. Produkt włożyliśmy w plastikową obudowę i wysłaliśmy w paczce do dystrybutora w Korei Południowej. W transporcie wszystko się rozpadło i był to początek… najlepszej współpracy. Otóż firma zaufała nam i powiedziała: poprawcie i wyślijcie jeszcze raz. To podejście dało nam ogromną energię do pracy oraz przekonanie, by nigdy nie przestać wierzyć we współpracę. Ta szansa nauczyła nas robić sprzęt niezwykle wytrzymały i jakościowo najlepszy. A współpraca trwa do dzisiaj, dlatego w Korei Południowej większość ultrasonografów ma logo naszej firmy. A przecież mogłoby się potoczyć inaczej po tak pechowym początku…
Mnie to też nauczyło, by nigdy nikogo nie skreślać za pierwszym razem, bo trzeba dać szansę, nawet nie jedną, a dwie i trzy. Sam np. w podstawówce brałem udział w olimpiadach, bo niezły byłem, a na konkursach tak się czasem zestresowałem, że nic nie wygrałem.

Ludzie z pasją – zespół, który tworzy Warmińską Dolinę Krzemową

Andrzej Wiktorowicz, z firmy Dramiński produkującej ultrasonografy w swoim biurze koła Olsztyna

A propos wspomnianego kolegi z podstawówki – to ten, który pracuje z tobą do dzisiaj?
Andrzej Wiktorowicz: Tak, z nim najpierw chodziliśmy na zajęcia w Klubie Radioamatora w Olsztynie przy ul. Żołnierskiej. Składaliśmy też komputery, które zaczęły się wtedy pojawiać na rynku – pierwsze Atari i Commodore, choć my akurat byliśmy „atarowcami”. Mam tu nawet w ramce (pokazuje – red.) oprawiony na pamiątkę nasz pierwszy komercyjny projekt, czyli cartridge do komputera. Pamiętam, że mój tato długo zbierał pieniądze, by kupić mi w Peweksie Atari. I kiedy zaczęliśmy się bawić na nim oprogramowaniem, okazało się, że ono bardzo długo wgrywa się, nawet 20 minut. Więc ze wspomnianym kolegą zrobiliśmy cartridge, przez który przepuszczało się ten długi program czy grę i wczytanie trwało już najwyżej minutę. Zrobiliśmy furorę. Do mnie, do mieszkania przy ul. Dworcowej, ustawiały się kolejki. Zarabialiśmy niezłą kasę, którą jako uczniowie technikum nie bardzo mieliśmy na co wydawać, bo ileż można mieć sprzętów audio czy kalkulatorów naukowych, jakich nauczyciele od matematyki na oczy nie widzieli. Dlatego pod koniec szkoły kupiłem w Peweksie Fiata 126p, którym przyjeżdżałem na lekcje. Dyrektor jeździł takim samym, tylko 20-letnim pordzewiałym, więc któregoś razu zapytał mnie, skąd mam ten samochód, a ja: „jak to skąd? Z Peweksu, panie dyrektorze”. Z perspektywy czasu, nie za bardzo zdawałem sobie wtedy sprawę, co mówię.

Wtedy też dotarło do ciebie, że elektronika to przyszłość?
Tak, następował jej szalony rozwój. Mój tato pracował w Telekomunikacji Polskiej i często bywałem u niego jeszcze jako dzieciak, więc przesiąkałem tą elektroniką, telefonami, centralami… W domu też ciągle coś dłubał w elektronice: i radio umiał naprawić, i spawarkę skonstruować. Ja już na początku podstawówki montowałem proste zestawy elektroniczne, a w połowie szkoły zrobiłem radio w plastikowym pudełku… od igły gramofonowej. Kiedy przyniosłem je na zajęcia techniczne, nauczyciel ściągnął na przerwie całą kadrę, by obwieścić sensację: zobaczcie co Wiktorowicz zrobił!

Jak zeszły się twoje drogi z firmą?
Andrzej Wiktorowicz: Po Technikum Elektronicznym w Olsztynie zacząłem studia na Wydziale Elektroniki i Telekomunikacji w Bydgoszczy. I przez koleżankę z Olsztyna poznałem tu dziewczynę, której tata robił urządzenia dla weterynarii – to Janusz Dramiński, założyciel naszej firmy i mój teść. Bo ta dziewczyna, czyli jego córka, została potem moją żoną.Ale zanim to nastąpiło, wspólnie z innym kolegą ze studiów, z którym interesowaliśmy się ultradźwiękami wykorzystywanymi w USG, zaproponowaliśmy Januszowi Dramińskiemu, że możemy zaprojektować urządzenie do diagnozowania zwierząt za pomocą USG. Po roku stworzyliśmy działający prototyp i już na studiach zaczęliśmy pracować w jego firmie.

Kto was nauczył prowadzić biznes w światowej skali? I ty, i założyciel jesteście ścisłymi umysłami, a nie typowymi biznesmenami.
Nikt nic nas nie uczył. Do dzisiaj działamy intuicyjnie, na wyczucie. Nawet córka ostatnio podesłała mi książkę o Netfliksie „Gdy regułą jest brak reguł”, bo paradoksalnie szybciej rozwijają się firmy, gdzie nie ma sztywnych zasad. A umówmy się – po przemianach gospodarczych w Polsce, większość działała na tzw. czuja.
Kiedyś pojechałem na spotkanie z Jackiem Walkiewiczem, mówcą motywacyjnym. Na pytanie zadane w kuluarach, jak prowadzić skutecznie biznes, odpowiedział mi: pan wie najlepiej, skoro go prowadzi na takim poziomie w 150 krajach.

Z tego intuicyjnego klucza budujecie też zespół? W holu na dole mijaliśmy Włocha, który tu pracuje.
Ja nie patrzę, kto co ma w CV, tylko chcę dostrzec w człowieku czy ma pasję do tego, co chce robić. Ja tak działałem, tak też działają moi koledzy, których tu pościągałem z dawnych szkół czy ze studiów. Najważniejsze jest hobby, bo wtedy nie jest się niewolnikiem wykonywanej pracy. Oczywiście wykształcenie jest ważne, bo mi technikum elektroniczne i studia na elektronice wiele dały, ale jeśli człowiek jest w coś tak zagłębiony, że świata poza tym nie widzi, a potem przekłada to na pracę, to w zasadzie nie myśli o biznesie, bo ten finansowy sukces finalnie sam przychodzi.

Dlatego potrafisz przekonać ludzi, by sprowadzili się na wieś pod Olsztyn z różnych zakątków kraju?
Ściągnąłem ich i z Warszawy, i z Bydgoszczy ze studiów, i z Wrocławia czy Krakowa, gdzie pracowali już jako wykładowcy.

Słyszałem, że przed wybudowaniem tej pięknej siedziby gnieździliście się w domkach jednorodzinnych na olsztyńskich Dajtkach.
Andrzej Wiktorowicz: Tak, a kiedy firma się rozrastała, dokupowaliśmy kolejne domy. Jakieś szczęście nam chyba towarzyszyło, bo to też nie jest normalne, że mając jeden dom, udaje ci się dokupić kolejne trzy po sąsiedzku. Jednak sam już denerwowałem się sytuacjami, kiedy przyjeżdżały do nas poważne delegacje ze światowych firm, np. szefostwo z Hitachi. Byłem u nich w szklanym wieżowcu w Tokio, a kiedy czteroosobową delegację przyjęliśmy w domu, powiedzieli: „no dobrze, fajnie mieszkacie, ale gdzie macie firmę?”.
Ja mówię, że zaraz pójdziemy: do piwnicy, na jedno piętro, drugie…Miałem przyjaciela, który mi przytykał przez lata: „Andrzej, wasza firma to „Kanciapa International”, więc naprawdę musicie zbudować siedzibę, bo to wstyd”.
Tak mnie te słowa zmobilizowały, że kiedy teść przekazał mi stery prezesa, nowa siedziba stała się moim punktem honoru.

Globalne kontakty i inspiracje technologiczne

 

Jeździsz po światowych firmach, zwłaszcza do Doliny Krzemowej w Kalifornii – czy te wszystkie high-techy działają na ciebie motywująco czy wręcz wprowadzają w stan zadumy: dokąd pędzi świat?
Bardzo nas nakręcają. Opowiem jedną z historii. Ponad 20 lat temu zawiązaliśmy współpracę z kalifornijską firmą Interson, nomen omen założoną przez Polaka z Krakowa. Wyszukali nas przez internet i zaproponowali sondy do naszych USG. Pojechaliśmy do nich, przyjaźnimy się do dzisiaj i współpracujemy przy produkcji USG. A jej właściciel, jeśli chodzi o technologię, jest pokroju Billa Gatesa, zresztą z którym grają razem w brydża.
I on mnie tak wkręcił w ten klimat wysokiej technologii Kalifornii, że bywam tam regularnie. Otworzył nam kontakty na wiele firm. O! Np. popatrz na to zdjęcie z ostatniego wyjazdu (zdejmuje z biurka – red.). To jest budynek Hewleta i Packarda, w którym w 1938 roku powstała wizja Doliny Krzemowej.

I to zainspirowało ciebie do promocji „Warmińskiej Doliny Krzemowej”?
To ciekawe, bo ja to hasło wymyśliłem z kolegą już w szkole średniej, kiedy nie miałem jeszcze większego wyobrażenia o tej kalifornijskiej dolinie. Z biegiem lat poznałem się z wieloma tutejszymi firmami, które w oparciu o elektronikę tworzą niesamowite rzeczy. Mamy wspólne towarzystwo, więc rozmarzyłem się: jakby tu powstała Warmińska Dolina Krzemowa…

Ale moje doświadczenie pokazuje, że jak się o czymś intensywnie myśli, to często się to zadzieje. Przecież jest taka teoria, sprawdzona i w praktyce, że jak chcesz zrealizować marzenia, to je najpierw zapisz, albo wypowiedz na głos wśród bliskich. Na razie jednak rozwijamy firmę, bo gonią nas Chińczycy. Mają niesamowite pomysły i jeśli poprawią jakość produktów, staną się poważną konkurencją.

Jak podchodzisz do tej konfrontacji z potęgą Chin?
Jakbym miał się tym przejmować, to dawno bym zwariował i się poddał. Dlatego trzeba robić swoje.
Firm, które produkują na świecie ultrasonografy, jest kilkadziesiąt. Ale tych, które produkują małe przenośne urządzenia wysokiej jakości, by można było używać je w karetce czy zdiagnozować rannego na polu walki, jest kilka. Do tego trzeba naprawdę ogromnej wiedzy i doświadczenia, bo w tej miniaturyzacji wiele rzeczy wewnątrz urządzenia zakłóca się. My nad pewnymi rozwiązaniami pracujemy 30 lat i to jest nasza tajemnica.

Lubisz zabierać swoich pracowników do światowych firm. Motywujesz ich w tej sposób?
Aspekty są dwa: zawsze mamy jakieś merytoryczne spotkania, inżynierskie testy, analizy nowych rozwiązań i twórcze dyskusje na żywo. A przy okazji odwiedzamy inne firmy, z którymi uda się umówić. Tak np. dotarliśmy ostatnio do Intela czy NVIDIA Corporation. W wielu przypadkach dostajemy od nich do testów rozwiązania, które dopiero wejdą na rynek za jakiś czas – oczywiście z zachowaniem poufności. Tak działają wielkie firmy technologiczne – mają swoich testerów. My zyskujemy to, że kiedy te rozwiązania wejdą do masowej produkcji, mamy już pod nie gotowe projekty.

Z takich wyjazdów zrodziła się twoja znajomość ze Stevem Woźniakiem, który z Jobsem stworzył Apple’a?
Dokładnie. Kiedyś, będąc w Dolinie Krzemowej, dostałem do niego maila. Napisałem…

… no ciekawe, co się pisze w pierwszym mailu do współtwórcy Apple’a.
Że zbudowaliśmy prototyp przełomowego w skali światowej urządzenia do wykrywania raka piersi u kobiet. Początkowo odpisał mi lakonicznie, że gratuluje pomysłu, ale że on już nie zaangażuje się w doradztwo w żadnym projekcie. Ale, co ciekawe, zaproponował spotkanie na lunchu przy okazji naszego pobytu w USA.
Więc kiedy leciałem do Kalifornii, zobaczyliśmy się na kolacji w Cupertino, siedzibie Apple. Dostrzegłem w nim wielką chęć odbywania spotkań z ludźmi, którzy go czymś potrafią zafascynować. On uwielbia latać na spotkania i wygłaszać motywujące wykłady, opowiadając o sobie i historii Apple’a. A interesuje się, mam wrażenie, wszystkim. No i pokazał nam salon gier w podziemiach swojego domu w Los Gatos.

Czymś cię zaskoczył jako człowiek?
Ma takie sympatyczne natręctwo, a może bardziej styl komputerowca. Otóż jak się z nim rozmawia i padają jakieś liczby, to w mig przekłada je na system dwójkowy. Kiedy opowiadałem, że nasz ultrasonograf ma 64 kanały, to od razu wtrącał: to dwa do potęgi szóstej. A kiedy mówiliśmy, że po spotkaniu wracamy do pokoju w hotelu i padło, że mamy pokój 121, zaskoczył nas: dwa do siódmej minus siedem.

Kiedyś podjechaliśmy razem do Los Altos pod ten słynny garaż, w którym z Jobsem zmontowali pierwszych 50 komputerów Apple (znów pokazuje zdjęcie – red.). Miało tam powstać jakieś mikro muzeum. Tak mnie to tchnęło, że postanowiliśmy nie sprzedawać tego pierwszego naszego domku na Dajtkach, a zrobiliśmy w nim własne muzeum – zgromadziliśmy wszystkie urządzenia, które produkujemy od niemal 40 lat.

Innowacje, wyzwania i przyszłe projekty Dramiński

Wspomniałeś o przełomowym mammografie ultradźwiękowym, który w innowacyjny sposób ma wykrywać raka piersi. Pracujecie nad nim 13 lat, dwa prototypy są już po testach w szpitalach. Dlaczego nie ma go jeszcze w produkcji?
Andrzej Wiktorowicz: Wszystko rozbija się o pieniądze na wdrożenie do produkcji – około 80 mln zł. Owszem, wielkie koncerny zainwestowały dużo większe budżety w rozwiązania, dlatego teraz muszą one dać im dochód, by odpracować te środki. Więc jeśli nasz nowatorski projekt odstawiłby na bok ich dotychczasowe badania i urządzenia, firmy stracą na tym o wiele więcej. Ale jeżdżę w tej sprawie po świecie, odbywam wiele spotkań w Szwecji, Szwajcarii, Niemczech czy Japonii i myślę, że jakieś perspektywy pojawią się niebawem.Ciężko jest zaryzykować w inwestycję w prototypowy sprzęt medyczny, bo jego wdrażanie trwa długie lata. A mamy wśród specjalistów i entuzjastów naszego pionierskiego rozwiązania, i czasami sceptyków, bo nie dowierzają, że można nie inwazyjnie stosować urządzenie i opierać na nim diagnozę. A w samym olsztyńskim szpitalu MSWiA przebadaliśmy już 200 pacjentek w ramach badań potwierdzających skuteczność urządzenia.

To prawda, że na inspirujące wyjazdy służbowe wyjeżdżacie w głuszę?
W końcu mój ulubiony temat. (śmiech) Jakiś czas temu nabyliśmy nieruchomość na Wzgórzach Dylewskich pod nasze centrum badawczo-rozwojowe. Dlaczego akurat tam? Kiedy przeszło 20 lat temu pani Irena Eris zbudowała tam swój hotel SPA, postanowiliśmy wspólnie stworzyć ultrasonograf do badania skóry. Testowali go w swoich laboratoriach, ale wdrażając sprzęt, siłą rzeczy przyjeżdżaliśmy do hotelu na Wzgórzach. Urzekła mnie ta piękna okolica i krajobraz „polskiej Toskanii”, więc właśnie tam zamarzyła nam się odskocznia.
W przeciwieństwie do firmy, tam jesteśmy tylko z grupą inżynierów. Drzewa, śpiew ptaków i my… Robimy burze mózgów kreując przeróżne projekty. Kiedy tam jedziemy i widzę na horyzoncie te pagórki, to natychmiast zupełnie inaczej się czuję – że przy okazji tej odskoczni, będę mógł spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i solidnie pracować.

Robicie przerywniki na spacery?
O, to nasz rytuał. Jak tylko wstajemy, idziemy na godzinę w las, a dopiero potem zasiadamy do rozmów.

Jakie są twoje odskocznie od pracy?
Przeszło 20 lat temu lekarze postraszyli mnie, że jak nie zacznę się porządnie i codziennie ruszać, to może być kiepsko z moimi kośćmi. A ja, spośród wszystkich dyscyplin sportowych, zawsze najbardziej lubiłem szachy. Ale ich słowa tak wziąłem do siebie, że 10–15 kilometrowe wyprawy do lasu zacząłem robić codziennie!
Poza tym do regeneracji potrzebne mi są dwie rzeczy: spotkania z ciekawymi i twórczymi ludźmi oraz zmiana otoczenia. Bo prawdziwy odpoczynek nie polega tylko na leżeniu i nic nie robieniu, ale właśnie na zmianie otoczenia.

Siedząc w twoim gabinecie i widując na wydarzeniach, czuć, że lubisz otaczać się kulturą i sztuką. To twój kontrapunkt do tej technologii przyszłości? W holu fortepian, obrazy, muzyka poważna…
Staramy się wspierać inicjatywy i instytucje muzyczne, bo też „robimy w dźwiękach”, a konkretnie w ultradźwiękach. (śmiech) Przez lata byliśmy jednym ze sponsorów olsztyńskiej filharmonii, ostatnio Sceny Muzycznej Mirka Mastalerza czy planetarium.
Człowiek zwariowałby żyjąc samą pracą. Ja już w technikum działałem w kółku teatralnym Alicji Salczyńskiej, mieliśmy zajęcia z Emilianem Kamińskim. Braliśmy też udział w promocji ważnego wówczas filmu „Ostatni dzwonek”. Pamiętam jak reżyserka Magda Łazarkiewicz zaprosiła nas nawet do swojego domu w Warszawie.
Więc co z tą kulturą? Działać muszą dwie półkule: i ta ścisła, i ta humanistyczna. Inaczej nie ma równowagi. Jak się wychodzi z koncertu czy z ciekawej wystawy, to inaczej się myśli. Mam wrażenie, że jedna półkula karmi drugą. Dlatego na ścisłych kierunkach renomowanych uczelni są przedmioty humanistyczne oparte o sztukę.

Nawet wielu pianistów w zakończonym konkursie chopinowskim przyznało, że są pasjonatami matematyki.
Andrzej Wiktorowicz: Przecież cały Chopin to czysta matematyka! Jestem zafascynowany jego muzyką, zresztą tak jak i Japończycy z firm technologicznych. Mogę jej słuchać bez przerwy. Jest w niej coś nieprawdopodobnego. Tak samo w obrazach. Leszek Możdżer powiedział mi kiedyś, będąc u nas w firmie, że jak patrzy na prace Alfonsa Kułakowskiego, które wiszą tu w gabinecie, to odpoczywa. Mówił: mają moc i harmonizują przestrzeń.
Obcowanie ze sztuką poszerza horyzonty oraz myślenie o tej właściwej działce, którą się człowiek na co dzień zajmuje. Masz wtedy wyczyszczony umysł i szerokie pole do popisu do wymyślania nowych rzeczy. To niesamowite.


Czym zajmuje się firma Dramiński z Olsztyna?

Dramiński to polska firma technologiczna z Warmii, specjalizująca się w projektowaniu i produkcji ultrasonografów oraz sond USG, wykorzystywanych na całym świecie.

Kim jest Andrzej Wiktorowicz?

Andrzej Wiktorowicz to prezes firmy Dramiński, inżynier i twórca wielu innowacyjnych rozwiązań w dziedzinie ultrasonografii. Od lat rozwija technologię medyczną z Warmii, zdobywając uznanie globalnych partnerów.

Jakie innowacje rozwija firma Dramiński?

Zespół pracuje nad ultrasonografami nowej generacji, miniaturyzacją urządzeń oraz pionierskim mammografem ultradźwiękowym, który ma umożliwić bezinwazyjne wykrywanie raka piersi.

Co wyróżnia technologie Dramiński na tle światowych producentów?

Firma łączy trzy dekady doświadczeń z własnym zapleczem badawczo-rozwojowym, tworząc kompaktowe i wytrzymałe ultrasonografy, cenione w medycynie, ratownictwie i weterynarii na całym świecie.


Rozmawiał: Rafał Radzymiński, obraz: Jarek Poliwko

Zrealizowano przy współpracy z Samorządem Województwa Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

#genWarmiiiMazur