Powiedzmy, że za symbol lata na Warmii i Mazurach obierzemy Giżycko albo Mikołajki – modelowy przykład miast-kurortów. Lubimy je odwiedzać, całkiem spoko jest „być stąd”. W sezonie zjeżdżają drogie fury, youtuberzy, celebryci, harcerze, żeglarze, poszukiwacze przygód. Co wakacje miasta trzeszczą w szwach, sprawdzając, ile wytrzyma infrastruktura i zaniepokojeni tubylcy. Stąd słynne hasło „Kochaj Mazury. Nie śmieć, nie rycz, nie sraj”, z zakładki do książek kolportowanych przez giżycką księgarnię, nie jest tylko wulgarną zaczepką, a apelem o kodeks na lato. Już tegoroczne.
Iluzja idealnego urlopu, czyli manipulowanie „pokrętłem ciszy”
Przyjezdni są tu „na chwilę” i naturalnie chcą z tej chwili czerpać całymi garściami. Idealny wypoczynek według wielu powinien więc być elastyczny: oferować ciszę, kiedy jest potrzebna, ale kiedy już się nią najemy, to jakby pstryczkiem w głośniku chcemy przełączyć się na tryb zabawy. I wydaje się nam, że tym oto pokrętłem można swobodnie manipulować.
Uciekamy z miast przed przebodźcowaniem, ale już po rozpakowaniu walizek odpalamy imprezę. Rycząca krowa na wsi zaczyna nas drażnić bardziej od pędzących quadów. A przecież to też element genu Warmii i Mazur. Tak jak cisza, która może stać się gatunkiem zagrożonym. Czy cisza stała się gatunkiem zagrożonym?
Mur między mieszkańcami a turystami budowany jest z pozornie drobnych tarć. Spoiwem dla owego muru jest także poczucie bezkarności. O ile mieszkaniec jest świadomy konsekwencji, bo jest stałą częścią społeczności, to turystom, zachęconym chwilowością wizyty, łatwiej jest przesunąć tę granicę. „Przecież mamy urlop”, „przecież płacimy” – naginamy ramy moralności prostymi argumentami. Gorsze dla powszechnej opinii jest jeszcze to, że wystarczy kilka takich epizodów naruszenia zastanego ładu, a łatkę „hołoty” przypisujemy wszystkim przyjezdnym, co jest mocno krzywdzące.
Więc jeśli nie chcemy dokładać cegieł do tego muru, zacznijmy od prostych rzeczy: nie wymagajmy usłużności od natury Warmii i Mazur. Ona jest tu od tysięcy lat, a skoro nas czymś zwabiła, to znaczy, że jesteśmy na nią wrażliwi, więc nie wystawiajmy jej słonego rachunku za naszą wizytę.

Co w takim razie możemy zabrać ze sobą na Warmię i Mazury?
Po pierwsze: UMIARKOWANIE
W użyciu subwoofera szczególnie. We własnym mieście doskonale wiemy, kto zapuka do drzwi, gdy po godz. 22 przesadzimy z muzyką. Czy dlatego przyjechaliśmy do wyciszonej natury z pomysłem organizacji prywatnego outdoorowego festiwalu muzycznego we wtorkową noc? Wieś nie jest scenografią pod socjale, a cisza luksusem z aplikacji do medytacji, lecz warunkiem koniecznym dla odpoczynku. I dla gospodarzy, i turystycznej rodzinki z domku obok, i zwierząt, dla których sezon turystyczny może być prawdziwą walką o przetrwanie. Noc rozrywana rykiem motorówek lub muzyką z ich głośników nie przyniesie snu nikomu.
Po drugie: EMPATIĘ
Lubimy te swojskie specjały do delektowania się przy śniadaniu: serki, konfitury, miody, wędliny z manufaktur. Otóż one tu właśnie są produkowane, np. z mleka, które jest od krowy z obory. A obora ma swój zapach, więc wprowadziwszy się obok niej w poszukiwaniu sielskości, nie można potem narzekać. Bo swojska wieś, to nie ładna pocztówka. Więc nie dostaniemy ani sielskości, ani serka fotografowanego potem na Instagrama, jeśli będziemy kłaść się Rejtanem przed ciągnikiem wyjeżdżającym w pole. To nie jest tak, że rolnicy złośliwie upalają kombajny po nocach – raczej „łapią” okienka pogodowe przed zapowiadanym załamaniem pogody. Więc dla higieny umysłu powinniśmy nauczyć się czerpać z obu źródeł: z miejskiego zgiełku i wiejskiej surowości.
Po trzecie: SZACUNEK DO NATURY
W dzikość uciekamy, żeby odpocząć nie tylko od betonu, ale też systematyzacji miejskiej przestrzeni. Dzikość jednak pozostaje dzika tylko wtedy, gdy naruszamy ją w możliwie najbardziej zrównoważony sposób. Uciekając przed metropolią tętniącą w weekend dyskotekami, nie stwarzajmy popytu na powstanie identycznych przy plaży. Miejsca wybierane świadomie pod turystykę pozwalają na koegzystencję obu ekosystemów i zachowanie autentyczności dzikich terenów, by nie stały się czymś ulotnym. Żeby mieć nadal gdzie uciekać, część miejsc musi pozostać nietknięta, inaczej nie będą niczym innym jak kolejnym utraconym rajem na mapie świata, o którym pozostają jedynie nostalgiczne opowieści.

Spotkanie dwóch światów: „Wpadnę na trochę” kontra „Ja tu żyję”
I teraz najważniejsze – to nie jest opowieść o tym, że turyści są źli, mieszkańcy dobrzy, a natura przyjmie wszystko. To spotkanie kilku perspektyw – tej „wpadnę tu na trochę” z czyimś „ja tu żyję”. Czasami warto spojrzeć z lokalnej perspektywy: mieszkańcy żyją tu okrągły rok, mają swoją rutynę, pracują w gospodarstwach, produkują te serki, jeżdżą do urzędów i sklepów. Im z funduszy sołeckich bardziej się przyda dofinansowanie do pługa, by zimą dowieźć dzieci do szkoły, niż drewniana tablica z dumnym napisem „tu żyje się slow life”.
Najłatwiej powiedzieć: przyjezdni są tacy, miejscowi są tacy. Tylko że prawda jest wredniejsza: każdy z nas potrafi być jednym i drugim, zależnie od tego, gdzie akurat parkuje. Warmia i Mazury są dla wszystkich. Wystarczy je kochać, nie ryczeć, nie srać – cytując raz jeszcze zakładkę – by móc zostać jedną, szczęśliwą, szanującą się rodziną. A jeżeli to brzmi zbyt ambitnie, to chociaż nie zerkajmy na siebie bykiem.
Najczęściej zadawane pytania:
Głównym powodem jest nienasycenie turystów hałaśliwą rozrywką. Osoby szukające ucieczki od miejskiego zgiełku po dotarciu na miejsce organizują głośne imprezy plenerowe, używają subwooferów w nocy oraz zakłócają spokój rykiem motorówek, co niszczy naturalny ekosystem i uniemożliwia odpoczynek mieszkańcom oraz dzikim zwierzętom.
Kluczem jest empatia i zrozumienie, że wieś to miejsce pracy rolników, a nie sztuczna pocztówka na Instagrama. Należy zaakceptować naturalne zapachy gospodarstw oraz fakt, że podczas żniw maszyny rolnicze pracują w nocy, aby zdążyć przed załamaniem pogody.
Książka Erlinga Kagge’a, której okładka ilustruje niniejszy artykuł, analizuje powody, dla których współczesny człowiek utracił cenną umiejętność przebywania w absolutnej ciszy, oraz podpowiada konkretne sposoby, jak tę zdolność skutecznie odzyskać.
|
Tekst zrealizowany we współpracy z Samorządem Województwa Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. #genWarmiiiMazur |
![]() |
Tekst: Marta Gierfolweden, Obraz: Tadeusz Morysiński, strona tytułowa zilustrowana jest okładką książki „Cisza” Erlinga Kagge’a, która jest o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać.




