Jazda po bandzie. czy chodzi im tylko o mocne doznania? To zbytnie uproszczenie. Jak twierdzą miłośnicy sportów ekstremalnych, to raczej kwestia endorfin. Poczucia szczęścia i wolności. Doskonalenia się i satysfakcji z własnych możliwości, przełamania strachu. A przede wszystkim zapomnienie o troskach dnia codziennego. Bo z perspektywy podwodnych głębin czy podniebnych przestworzy, wszystko, co ziemskie, traci na znaczeniu. Kiedy człowiek jest sam na sam z żywiołem, liczy się tylko TA chwila.

Tekst: Karolina Bergman

styl_zycia
Wolność na dwóch kółkach
Adam Dowgird / przedsiębiorca, organizator imprez sportowych
Obraz: Maciej Drążczyk

Kiedy w latach 90. zaczynał przygodę z kolarstwem grawitacyjnym, myślał, że jest sam. Nie było jeszcze internetu, branżowej prasy, sklepy rowerowe świeciły pustkami.

Aż do dnia, kiedy na jednej z górek w lesie miejskim spotkał drugiego zapaleńca na dwóch kółkach – Łukasza.
Od tamtej pory połączyli siły w zdobywaniu trudnego terenu na „góralach”. I choć minęło ponad 20 lat, rowerowa pasja Adama Dowgirda nie słabnie. Zmienia się tylko sprzęt, na którym jeździ i umiejętności. – Kiedyś kręciły mnie spektakularne wyczyny jak skok rowerem z dachu garażu czy szybki zjazd z bardzo stromej góry. Dziś bardziej interesuje mnie umiejętność płynnego przejechania po trudnym terenie. Rower daje możliwości, które ogranicza jedynie wyobraźnia. To pasja, z której się nie wyrasta.

Na studiach ekonomicznych w Warszawie rower był nieodłącznym towarzyszem. Żadnych piwnic czy korytarzy. Zajmował centralne miejsce w pokoju. Z rowerem stał się stałym bywalcem polskich szlaków. Ale i w Olsztynie nie narzeka na brak tras. Już pod koniec lat 90. na terenie Motocrossu powstał pierwszy tor z hopkami – przeszkodami wybijającymi rower w górę. Z innymi pasjonatami kolarstwa ekstremalnego zorganizował także bikepark na terenie Lasu Miejskiego. Jako pierwszy rowerzysta grawitacyjny reprezentował region w zawodach rangi Mistrzostw Polski w dwóch dyscyplinach: downhill (zjazd) i 4x (four cross). Zajął się też organizacją zawodów. W 2004 roku, razem z Maciejem Kucborą (wielokrotny Mistrz Polski 4x i Downhill) i Mateuszem Kubiakiem (dziennikarz i selekcjoner kadry Polski) stworzyli pierwszy ogólnopolski cykl imprez kolarstwa grawitacyjnego.

– To nie jest sport dla odmóżdżonych gości, którzy szukają guza – tłumaczy Adam. – Dyscypliny rowerowe rozwinęły się przez ostatnie lata dzięki ogromnej pasji samych rowerzystów i dostępności dobrego sprzętu. Jak każdy sport, kolarstwo grawitacyjne uczy konsekwencji, samodoskonalenia i zdrowego rozsądku.
Adam ma trzy rowery: dwa miejskie i jeden uniwersalny, do downhillowych wyczynów, czyli zjazdów po trudnym terenie. Jednym z pierwszych słów, którego nauczyli się jego trzyletni synowie-bliźniaki to”¦ „hopki”. – Rodzinę zaraziłem rowerową pasją. Dzieci jeżdżą już świetnie na rowerkach biegowych, a nawet próbują na nich skakać. Wspólna jazda po tzw. pumptracku – zamkniętym torze z bezpiecznymi przeszkodami – rozwija ich koordynację ruchową, jest świetną zabawą. Wiem, jak ważna jest w życiu pasja, która pomaga czerpać zadowolenie z życia, uczy zdrowej rywalizacji. Adrenalina to wyświechtane słowo, bardziej chodzi tu o poczucie wolności. Dla mnie oznacza to, że wszystko, co chcę osiągnąć, zależy tylko od mojej chęci i determinacji.

styl_zycia
Rozpuszczam problemy
Magdalena Bartoszewicz / kierownik Sekcji Produkcji TVP Olsztyn
Obraz: Magdalena Bartoszewicz

Męża Igora poznała w szkole nurkowania. Odkąd został jej instruktorem, są nierozłączną parą w wodzie i na lądzie. Nawet sakramentalne „tak” powiedzieli przed księdzem-płetwonurkiem pod taflą jeziora Narty. Każda wolna chwila kończy się dla nich tak samo: pakują sprzęt i ruszają w kierunku wody. W ten sposób Magda gubi stres i napięcie związane z codziennymi sprawami i pracą w olsztyńskim TVP.
– Nie zapomnę pierwszego zejścia pod wodę – wspomina.
– Po raz pierwszy usłyszałam bicie swojego serca. Tak jakby cały świat zamilkł i zostałam na nim sama. Maksymalne odprężenie i pozbycie się wszelkich zbędnych myśli. Wiedziałam, że to jest to, czego szukałam dla swojego ciała i duszy.

Skoro nurkowanie, to i podróże. W wodach Sudanu stanęła oko w oko ze stadem rekinów młotów, w Meksyku pływała w cenotach, korytarzach jaskiń zalanych wodą o przejrzystości sięgającej ponad 100 metrów. W Morzu Czerwonym uchwyciła na fotkach pływające wokół niej kilkadziesiąt delfinów. – W takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę, jak piękny jest podwodny świat, gdzie człowiek jest tylko gościem, nie zawsze dobrze widzianym. Dlatego należy się maksymalnie dopasować do tamtejszych zwyczajów i oczekiwań. Pamiętam, że biorąc udział w karmieniu rekinów podczas wyprawy w północnym Sudanie, nie mogliśmy wykonywać zbyt energicznych ruchów. Przylepieni do rafy, przyglądaliśmy się prawdziwej uczcie. Rekiny z apetytem wyrywały z chwytaków ryby. Nie ruszałam się prawie w ogóle, by rekin nie pomylił mnie z rybą.

Najwięcej strachu najadła się na wodach Egiptu. Do łodzi podpłynął mały rekin, a Igor wyskoczył bez ekwipunku zrobić mu zdjęcie. Z drugiej strony podpłynął kolejny rekin, rozjuszony rybami, którymi szczuli go z pobliskiej łodzi niemieccy turyści. – Całe moje życie i nasz ślub, który miał niebawem nastąpić, przeleciał mi przed oczami jak film – wspomina. – Rekin uderzył pyskiem w Igora, który w przypływie adrenaliny wskoczył na łódź jak foka. Długo nie mogliśmy ochłonąć. Ale potem, w tym samym miejscu, zeszliśmy pod wodę. Bo nurkowanie to walka z samym sobą, strachem i słabościami. Po takich wydarzeniach albo się go przełamie, albo pozostanie na lądzie na zawsze.

Między pracą i obowiązkami mamy Magda pokonuje kolejne stopnie nurkowych wtajemniczeń. Ostatnio zdobyła uprawnienia Rescue Diver – nurka ratownika. – Udowadniam sobie, na co mnie stać – tłumaczy. – To taki krok w przód, ćwiczenie wiary w siebie, które przydaje się w codziennym życiu. Uczy odwagi, ale i pokory, wyzwala marzenia o kolejnych podwodnych spotkaniach. Chciałabym popływać z rekinem wielorybim, zaliczyć wyprawę na Filipiny i malezyjski Sipadan. Kiedy dopada mnie stres, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że schodzę pod wodę. A mój problem rozpuszcza się sam.

styl_zycia
Zajawka na deskę
Lidia Piechota / blogerka, dziennikarka telewizyjna
Obraz: Paweł Karczewski

Parę lat temu pojechała do Ostródy z ekipą telewizyjną przygotowywać program o inwestycjach unijnych. I jak zobaczyła wyciąg nart wodnych na jeziorze Drwęckim
i wakeboardzistów w akcji, poczuła zew przygody. Odłożyła mikrofon na bok, wskoczyła w pożyczony kostium z pianki, chwyciła deskę i wylądowała na wodzie. Co prawda przez zakwasy nie mogła się potem swobodnie ubrać, ale wakeboard otworzył ją na nowe doznania i wyzwolił taką dawkę endorfin, że od tej pory stał się antidotum na wszelkie smutki i problemy.
– Gdybym mogła sobie pozwolić na to, aby poświęcić cały swój czas na pływanie, może byłabym zawodowcem – mówi Lidia, dziennikarka i blogerka. – Od razu złapałam bakcyla i byłam strasznie zachłanna na nowe umiejętności. Koledzy nazwali mnie Zachar, na dowód tego, że mam pazur, jestem odważna i nie boję się sięgać po coraz trudniejsze elementy tego sportu.

W wodzie czuje się jak ryba – wyrosła w rodzinie kajakarzy. Wakeboard to jednak sport sezonowy, więc zimowe przestoje rekompensuje sobie deskorolką i snowboardem. Kiedy dwa lata temu zaszła w ciążę, wszystkie deski musiała odstawić. Ale tylko do końca połogu. Kiedy synek Zachariasz skończył sześć tygodni, z pianką i deską śmigała nad jezioro razem z maluchem, który pod opieką przyjaciół czekał na brzegu. Dzisiaj Zachariasz ma dwa lata i nie boi się ani wody, ani kołysania na desce supboardowej obok mamy, ani szybkiej jazdy motorówką. Szum wody i warkot silnika działają na niego usypiająco. – Wychowuję go tak, jak mnie wychowano – z miłością do aktywnego rodzinnego wypoczynku, ale z respektowaniem zasad bezpieczeństwa. Synek tak się wkręcił w moją pasję, że podczas remontu w domu, próbował nawet skakać na zdemontowanej… desce klozetowej.
Kiedyś, podczas wolnego dnia od deski, dostała telefon z redakcji. Niedaleko wyciągu w Ostródzie trzeba było zrobić wywiad z politykiem rządu. Trzymała mikrofon ubrana w mokrą piankę.

Odkąd została mamą, ma nowe pomysły na życie zawodowe. Chce organizować imprezy dla aktywnych rodzin, marzy jej się program o sportowych pasjach prowadzony razem z synkiem. – Chciałabym połączyć pasję z zarabianiem pieniędzy. Kocham wakeboard i potrzebuję go, żeby być szczęśliwa. Nie chodzi o lansowanie się z super sprzętem i w fajnych, sportowych ciuchach, ale o autentyczną radość. Widziałam ludzi, którzy pływali na sztachetach od płotu, więc nakłady finansowe na sportowe hobby to pojęcie względne. Grunt to znaleźć swoje źródło endorfin, a kasa też się znajdzie.
– Nie mogę się doczekać, kiedy Zac podrośnie. Im szybciej odkryje swoją pasję, tym lepiej zniesie trudy tego świata.

styl_zycia
Wolny jak ptak
Michał Szanter / przedsiębiorca branży reklamowej
Obraz: archiwum Michał Szanter

W dzieciństwie był „lotniskową przybłędą”. Mieszkał 300 metrów od aeroklubu na Dajtkach i jak tylko rodzice spuścili go z oka, lądował na jego terenie. Pomagał myć samoloty, znał tu każdy kąt. Na siódme urodziny tacie Michała udało się załatwić przelot samolotem nad Olsztynem.
– To było jak pierwszy zastrzyk heroiny – tłumaczy Michał Szanter, przedsiębiorca i instruktor spadochronowy. – Nałóg latania i związanej z nim euforii trzyma mnie do dziś.

W czasie kursu pilota szybowcowego skoczył po raz pierwszy ze spadochronem. Tak mu się spodobało, że powtórzył to jeszcze kilkanaście razy. I czternasty skok okazał się pechowy – złamał nogę. Na kilka lat zapomniał o spadochronie. Dzisiaj ma na koncie 631 skoków. Nie licząc tych, które zapomniał wpisać do swojego pożółkłego kajetu, który trzyma na olsztyńskim lotnisku. Aeroklub na Dajtkach to jego drugi dom. Kierował nim przez pięć lat, dzisiaj zajeżdża tam na kawę, kiedy tylko jest w pobliżu. Często z dziewięcioletnim synem, który w lotniskowym barze bierze frytki na jego nazwisko. A raczej na ksywę Butthead, którą Michał otrzymał od kolegów z lotniska jeszcze w latach 90. To imię serialowego prześmiewcy znanego z telewizyjnego kanału MTV. – W czym przypominam Buttheada? Może mam w sobie luz, który pomaga mi przełamać strach związany ze skakaniem – tłumaczy. – Cykor jest za każdym razem, kiedy stoi się na krawędzi samolotu, ale to akurat dobrze. Dzięki niemu jesteśmy czujni, pilnujemy szczegółów związanych z bezpieczeństwem.

W powietrzu już można pozwolić sobie na rozluźnienie i rozkoszować się tym uczuciem. Jak je opisać? Trudno wyrazić słowami euforię, która towarzyszy przy prędkości 200-250 km na godzinę. To tak, jakby chcieć opisać zapach. Trzeba po prostu powąchać.

Żonę też poznał na lotnisku. Robiła kurs pilotów szybowcowych. Chociaż szybko jej przeszło, nie próbuje ograniczać mężowi pasji.
– Wie, że gdybym nie skakał, przestałbym być sobą. Im wyżej jesteś, tym problemy są mniejsze, jak wszystko, co na ziemi. Łatwiej potem złapać dystans do codziennych problemów, do pracy.

Kiedy Michał nie zajmuje się skakaniem, spędza z synem czas w modelarni zorganizowanej w stodole rodziców.
To też pasja z dzieciństwa. Jego wujek był szefem Centralnej Składnicy Harcerskiej, więc modeli samolotów do sklejania nigdy nie brakowało. Dlatego od dzieciństwa wiedział, jakie jest jego przeznaczenie.
– Jak mnie kursanci pytają o trudności podczas skoku, żartuję, że najważniejsze to trafić w Ziemię, bo to taka mała kulka. Zazwyczaj jednak po początkowym szoku związanym z adrenaliną, ludzie wciągają się. Bo już rozumieją, co znaczy „być wolnym jak ptak”.