POŚWIĘCILI IM KAWAŁ ŻYCIA, ENERGII ORAZ PIENIĘDZY. PODNIEŚLI Z RUINY I DALI DRUGIE ŻYCIE ZABYTKOWYM DWOROM, PAŁACOM, FOLWARKOM DAWNYCH PRUS. KIM SĄ ICH WSPÓŁCZEŚNI WŁAŚCICIELE? I DLACZEGO, MIMO CIĘŻKIEJ FIZYCZNEJ PRACY, NA CO DZIEŃ PEŁNO W NICH ENTUZJAZMU I ZAPAŁU? SAMI TWIERDZĄ, ŻE TO ZASŁUGA ENERGII DRZEMIĄCEJ W PODNIESIONYCH Z UPADKU MIEJSCACH ORAZ EFEKT WSPARCIA… DAWNYCH WŁAŚCICIELI. I CHOĆ NIE DA SIĘ TEGO RACJONALNIE WYTŁUMACZYĆ, JEDNO JEST PEWNE – RATOWANIE HISTORII DAJE NIEZIEMSKĄ SIŁĘ ORAZ SATYSFAKCJĘ.

ARE_8979

Ruina w koronie

Piotr Ciszek / Pałac Nakomiady

Pod pałac w Nakomiadach zajeżdżam tuż przed zmrokiem. Na spotkanie wybiegają dwa gończe psy szwajcarskie, z przypałacowego parku słychać pohukiwanie sowy. Sceneria trochę jak z filmu grozy… Piotr zamyka wrota na klucz i prowadzi do pałacowej kuchni na kawę. Nie boi się rabunku, ale kilka razy zastał już niezapowiedzianych turystów, buszujących z aparatami fotograficznymi po pałacowych pokojach. Odrestaurowane z pietyzmem wnętrza XVII-wiecznego zabytku przyciągają tu miłośników historii ze wszystkich stron świata. Pałac, jego park i barokowe ogrody to oaza dla tych, którzy szukają spokoju. Takiego, który w 1998 roku przyciągnął tu Joannę i Piotra Ciszków, wiodących intensywne życie w stolicy.

– Około trzydziestki zdałem sobie sprawę, że nie chcę już życia „picowanego” – mówi Piotr Ciszek, programista pochodzący z Warszawy. – Ruszyłem na Warmię i Mazury w poszukiwaniu miejsca z duszą. Wychowałem się w starej kamienicy otoczonej parkiem i chyba podświadomie szukałem jej namiastki. Po obejrzeniu kilkudziesięciu gospodarstw trafiłem do Nakomiad. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Sprzedałem mieszkanie i dwa ukochane motocykle, kupiłem ruinę, w której oczami wyobraźni widziałem ogromny potencjał.

Pałac w stylu holenderskiego baroku, powstały na miejscu średniowiecznej warowni, przez wieki zmieniał właścicieli. Od XVIII wieku do lat 30. XX wieku należał do rodziny von Redecker. Po wojnie zorganizowano tu biura i mieszkania PGR. A po jego upadku wycięto podłogi, wyrąbano drzwi i zawiasy, rozebrano część dachu i zatopiono piwnice… Nowi właściciele rozpoczęli kilkunastoletni remont pałacu i folwarku pod okiem konserwatorów. Cztery lata temu byli gotowi przyjąć pierwszych gości. Logo pensjonatu to korona wygrawerowana na odnalezionym kamieniu węgielnym. Najlepszy symbol stylu, w jakim odrestaurowali wnętrza i otoczenie.

– Z oryginalnego wyposażenia pozostał jedynie dębowy stół, przechowany przez miejscowego księdza – tłumaczy właściciel. – Przez lata zbieraliśmy meble, sprzęty, szukaliśmy historycznych inspiracji. Wymarzyliśmy sobie kaflowe piece. Nie było chętnych, aby stworzyć je według historycznych wzorów, więc otworzyliśmy własną manufakturę na terenie folwarku. Nasze kafle zdobią nie tylko wnętrza pałacu, ale rozchodzą się w tej chwili po całej Europie.
Potomkowie rodziny von Redecker wielokrotnie przyjeżdżali do pałacu, by odwiedzić nowych właścicieli.
– Opowiadali, że żyło się tu skromnie, ale z klasą – tłumaczy Piotr. – Ogrzanie i utrzymanie 2000-metrowego budynku oraz okolicy było i jest dużym wyzwaniem. Ale czujemy wsparcie przez te wszystkie lata wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Jest z nami dobry duch tej rodziny.
À propos duchów – nie omieszkam pominąć tematu. – Jest pokój, w którym, według relacji gości, powtarza się niewytłumaczalna sytuacja – zdradza Piotr. – Ale zostawmy to dla tych, którzy chcą sprawdzić to na własnej skórze. Ja bałem się zostać tu sam tylko pierwszej nocy. Skrzypiące deski nie robią już na mnie wrażenia, wiem, że to pracuje drewno. Zimą rzadko mamy gości, to życie samotnicze, z dala od tłumu. Ale za nic nie zamieniłbym go na dawny gwar stolicy. I to nie jest tak, że wymarzyłem sobie pałac i żyję tu jak książę. To raczej miejsce wybrało mnie do pewnego rodzaju misji – ocalenia i popularyzowania jego wielowiekowej historii.

ARE_9381

Parowa maszyna czasu

Jacek Oksiński / Folwark Karczemka

To był przypadek. Sześć lat temu płynął z żoną Kanałem Ostródzko-Elbląskim. Na odcinku Jeziora Piniewo wśród drzew wyłonił się dom z czerwonej cegły z resztkami drewnianej werandy i skrzypiącym wiatrowskazem na dachu. „Ciekawy budynek” – rzucił na głos. „To stary młyn na sprzedaż” – odpowiedział przewodnik. Kilka tygodni później był już właścicielem XIX-wiecznego folwarku. – To był odruch serca – tłumaczy pochodzący z Warszawy Jacek, z zawodu technik dentystyczny. – Nie miałem w planach zakupu domu, a ten zdewastowany folwark wziąłem niemal w ciemno. Opuszczony, przez 20 lat popadał w ruinę, a właścicielowi bardzo się spieszyło, aby go sprzedać. Los wepchnął mi go w ręce.

Przez pierwsze miesiące nowi właściciele zbierali dokumentację terenu należącego niegdyś do zamożnego majątku w Budwitach. Kupowali reprinty książek stolarskich z Prus, które miały pomóc w przeprowadzeniu remontu młyna, a także willi w stylu włoskim, rybaczówki, domku ogrodnika, gorzelni, wędzarni, szkutni, wozowni. Bo po wycięciu olbrzymich chaszczy na czterohektarowym cyplu okazało się, że budynków jest więcej, niż przewidywała umowa kupna.

– Krok po kroku odkrywaliśmy bogatą historię tętniącego niegdyś życiem miejsca – opowiada właściciel. – Zbieraliśmy fragmenty stolarki i cegły rozrzucone po terenie, układaliśmy je w całość. Na polu znaleźliśmy tablicę znamionową z maszyny parowej napędzającej młyn, jednej z pierwszych w Prusach. Majątek odpłacił nam tym cennym znaleziskiem za wysiłek, który włożyliśmy w jego uratowanie.
Maszyna napędzała również tartak przygotowujący drewno pod budowę cesarskiego pawilonu w pobliskich Prakwicach. Jego pracownicy jedli posiłki w młynie zamienionym na karczmę – stąd dzisiejsza nazwa folwarku. Prawdopodobnie posiłek spożywał tu sam cesarz Wilhelm II, który przyjechał na polowanie. Właściciele nawiązują do tego wydarzenia w swojej restauracji, słynącej już w Polsce z dań kuchni europejskiej, podawanych również na zabytkowej zastawie Rosenthal.

– Nie zatrudnialiśmy tu stylistów, cały projekt folwarku, jego wyposażenie, to nasza inwencja poparta materiałami historycznymi, starymi rycinami, książkami z ówczesnego Oberlandu – tłumaczy właściciel. – Stworzyliśmy miejsce, które pozwala odbyć podróż sto lat wstecz.

Jacek kiedyś chciał zostać architektem. I chociaż zawodowo związał się z medycyną, razem z żoną od lat wspiera zabytki i sztukę, kupując obrazy, antyki, starą porcelanę. – Prawdziwy mecenat to nie sponsorowanie jednorazowych wydarzeń, ale przedłużanie życia wyjątkowego dzieła czy zabytku – twierdzi. – Wyremontowanie folwarku to nasz mały wkład w historię tego niezwykłego regionu. Pracujemy jeszcze w stolicy, ale każdą wolną chwilę spędzamy w folwarku. To nasze miejsce na ziemi, ucieleśnienie marzeń, połączenie pasji. Szukamy drobiazgów z ówczesnej epoki, które wpiszą się w klimat dawnego folwarku, ratujemy wiekowe jabłonie w ogrodzie, sadzimy stare odmiany róż. Czasem przyjeżdżamy tu w piątek w nocy, po całym tygodniu pracy, a skoro świt budzimy się wypoczęci i pełni zapału. Pokochaliśmy to miejsce i jego historię. A ono nam się odpłaca taką energią, że goście z całego świata ściągają tu sami, a wyjeżdżając, rezerwują kolejny pobyt.

 

ARE_9186

Chopin i suszone jabłka

Barbara Trzeciak / Dwór w Jełmuniu

Olbrzymią bibliotekę wypełniają albumy przedwojennych dworów i historie rodzin ziemiańskich. Książki przenoszące w tamten świat pomagały jej oderwać się od szarej, komunistycznej rzeczywistości. Po pracy uciekała w ich pasjonujące dzieje i tradycję. Kupowała antyki i bibeloty, najczęściej od rodzin, które pozbywały się pamiątek, i dawała im nowe życie. W czasach przemian własnościowych w ręce wpadła jej gazeta z ogłoszeniami nieruchomości. Zrujnowany, XIX-wieczny dwór ze zdziczałym parkiem pod Sorkwitami niemal prosił o pomoc.

– Spodobało mi się, że jest nieduży – tłumaczy Barbara Trzeciak, doktor socjologii. – Bo nie sztuka kupić dwór i wstawić meble z desy, ale odtworzyć w nim prawdziwy klimat, no i utrzymać. Po zakupie przez trzynaście lat dojeżdżałam na weekendy z pracy w Gdańsku, doglądałam remontu. Dwa lata temu zostawiłam pracę na tamtejszej uczelni i zamieszkałam we dworze. Poświęciłam się rekonstruowaniu jego wnętrz, otoczenia, odtwarzaniu dawnego klimatu – od sposobu parzenia kawy po haftowane tkaniny. I zgłębiałam historię mieszkającego tu niegdyś rodu von Woisky, rozrzuconego po świecie. Na tyle fascynującą, że zainspirowała mnie do pisania książki.

Salon na parterze, ogrzewany olbrzymim kaflowym piecem, pianino, secesyjne bibeloty. To miejsce spotkań gospodyni i jej gości, którzy przyjeżdżają tu poczuć atmosferę starego dworu. Na ścianie  oprawiona w ramkę srebrna moneta – Fryderyk Wilhelm Borussia Rex, 1804 rok – która wypadła spod framugi drzwi wejściowych podczas remontu. To „akt urodzenia” dworu, jego pruskiej proweniencji. Zapach pierników według przedwojennej receptury, suszonych jabłek, lipowej herbaty i muzyka Chopina pobudzają wyobraźnię… Zwłaszcza kiedy pani Barbara wspomina pierwszą wizytę w nowej posiadłości.

– Przyjechałam do dworu zaraz po podpisaniu umowy kupna. Był piękny, majowy dzień 2000 roku, cicho i spokojnie, nie drżał nawet listek – obrazuje. – I nagle usłyszałam dziwne trzeszczenie od strony budynku. „Dawni gospodarze cię witają” – rzuciła koleżanka. A ja odwróciłam się w stronę rodowego cmentarzyka na Wzgórzu Lipowym, na którym spoczywają, ukłoniłam się, przedstawiłam i poprosiłam o opiekę. Odpowiedziało mi podobne trzeszczenie. Kiedy jakiś czas później przez wioskę przeszła wichura wyrywająca drzewa i dachy, u mnie nie spadła nawet dachówka… Cały czas doświadczam ich wsparcia. Jedną z pierwszych inwestycji było połączenie dawnych i nowych właścicieli – od dworu do cmentarzyka zasadziłam lipową aleję.

90-letnia wnuczka ostatnich właścicieli – rodziny Zühlke – co roku przyjeżdża do dworu w Jełmuniu. I godzinami opowiada o dawnym życiu, wspaniałym dzieciństwie, jakie tu spędziła.

– Zżyłyśmy się, losy tej rodziny stały mi się bliskie – mówi właścicielka. – Mimo ogromu pracy fizycznej, nie ubywa mi tu sił witalnych. To więcej niż pasja, cieszy każdy drobiazg, który uda się uratować. Przebijaliśmy się przez pięć warstw farby, aby odkryć pierwotny kolor ścian. A kopiąc w ogrodzie, trafiłam na fundamenty karczmy, budynków folwarcznych i krok po kroku odkrywałam przedwojenną historię wsi Allmoyen, przykrytą ziemią i popegeerowskimi pozostałościami. Goście często mówią, że czują się tu jak w domu. Zwykłe śniadanie potrafi trwać ponad godzinę, zamiast telewizji są książki albo rozmowy przy muzyce i kominku, ożywają wspomnienia. Udało mi się stworzyć miejsce podporządkowane prawom natury, historii, gdzie więzi ludzkie są najważniejsze. I gdzie wzorem dawnych mieszkańców celebruje się każdą chwilę.

ARE_9293

Etat pałacowego

Jan Kozłowski / Dwór Dawidy

Podczas podróży motocyklowych po bezdrożach Afryki przez lata nasiąkał atmosferą niezwykłych miejsc, często opuszczonych, skazanych na zapomnienie. I zaczął szukać takiego, które go zainspiruje, aby zostać na dłużej. Kiedy trafił na ogłoszenie o sprzedaży dworu pod Pasłękiem, należącego niegdyś do arystokratycznego, pruskiego rodu Dohnów, migiem pojawił się na Warmii.
– Państwo Matuszewicz, którzy w latach 70. kupili i uratowali dwór przed całkowitą ruiną, przywitali mnie chłodno. Usłyszałem, że jest już sprzedany – wspomina Jan, przedsiębiorca pochodzący z Warszawy. – Rozżalony włóczyłem się po okolicznym parku, odkryłem pobliski rezerwat Lenki, podziwiałem bryłę budynku z mansardowym dachem. Czułem, że to niezwykłe miejsce i nie powinienem odpuszczać. Kupiec, który mnie uprzedził, okazał się mało zdecydowany, więc pomału przekonywałem właścicieli, że mam dobry pomysł na to miejsce. W 2009 roku zgodzili się oddać go w moje ręce i rozpocząłem rewaloryzację budynku oraz parku. Miejscowi zaczęli mnie nazywać „pałacowym”.

XVIII-wieczny dwór myśliwski w stylu baroku holenderskiego wymagał m.in. wymiany więźby dachowej, drewnianej konstrukcji, stolarki okiennej i wszystkich instalacji.
– Początkowo dojeżdżałem tu w weekendy z Warszawy, gdzie prowadziłem firmę dystrybucyjną – mówi Jan. – Ładowałem akumulatory i wracałem do stolicy. Po jakimś czasie przeniosłem się na stałe, żeby… mieć je zawsze naładowane. Podczas pięcioletniego remontu najgorzej wspominam nieuczciwych i kiepskich fachowców. Poza tym tworzenie wizji dworu i odkrywanie jego dawnych elementów przy wsparciu konserwatora było czystą przyjemnością.

Właściciel nie przywrócił mu funkcji myśliwskiej i barokowego wyposażenia. Na miejscu dawnej wędzarni powstała łaźnia parowa. Surowy klimat dworu uzupełnił pamiątkami ze swoich podróży. Zamiast kafelków w łazience położył ascetyczny stiuk marokański – tadlakt. Nie brakuje też kilimów, ręcznie robionych luster, lamp i mebli.

– Nie chciałem tworzyć tu baroku, bardziej chodziło mi o spójną prostotę – tłumaczy właściciel. – Bryła budynku, jego wnętrze z otwartymi kominkami, elementami stolarki oraz otoczenie są wystarczająco piękne i nie potrzebują przepychu z epoki.

W zdziczałym czterohektarowym parku dworskim zachowało się 12 pomników przyrody: lipy, dęby, buki i 200-letnia czereśnia.

– Przydało mi się doświadczenie z prowadzenia własnej firmy. Tworząc takie miejsce, łączy się kilka zawodów: majstra, zaopatrzeniowca, palacza, pokojówki, ogrodnika, księgowego i marketingowca. No i kucharza, bo regionalne produkty aż się proszą o zaserwowanie gościom.

W ubiegłym roku, zanim zdążył gdziekolwiek się zareklamować, przywitał pierwszych gości. – Takie miejsca w jakiś tajemniczy sposób przyciągają pasjonatów historii z różnych stron świata. Jeden z gości, Anglik interesujący się parapsychologią, powtarzał, że czuje tu obecność duchów dzieci. Odetchnąłem z ulgą, bo to przecież musi być dobra energia. Ale wiem, że to nie miejsce dla każdego. To przystań dla tych, którzy zamiast nowoczesnego SPA i drinków z palemką, wolą kontakt z historią zaklętą w wiekowych murach i drzewach.

 

Tekst: Beata Waś

Obraz: Arek Stankiewicz