POD OLSZTYŃSKIM NIEBEM, NA POTĘŻNYM KACU, Z KOTEM BUŁHAKOWA BŁĄKAMY SIĘ PO MITYCZNYM ZATORZU – CZYLI MARIUSZ SIENIEWICZ OPOWIADA O NOMINOWANEJ DO NIKE POWIEŚCI „CZWARTE NIEBO”.

MADE IN: Spogląda pan czasem na chmury wiszące nad olsztyńskim Zatorzem?

Mariusz Sieniewicz: Zawsze. Niebo to niezbędny dopalacz mojej egzystencji. Daje człowiekowi oddech, buduje wertykalną perspektywę. Miejsc, w których niebo jest spłaszczone czy wycięte z pejzażu, staram się unikać. Uruchamiają we mnie lęki klaustrofobiczne, jakbym utkwił w głębokiej studni i tracił oddech. Dlatego niebo pod każdą postacią i w każdej ilości biorę!

Bigos – tak określił pan kompozycję powieści „Czwarte niebo”, wydanej w 2003 roku. To ciężkostrawna potrawa…

I mam się teraz tłumaczyć? (śmiech) Przecież pisząc, wchodzi się – jak chciał Gombrowicz – w sferę snu, w jego podszepty, rozkosze, ale i udręki. Tak, „Czwarte niebo” jest bigosem, gmatwaniną różnych, choć dopełniających się smaków. Być może wiązało się to z „napięciem” emocjonalnym, jakie mi wówczas towarzyszyło, z poczuciem wykluczenia, z pierwszymi oznakami społecznych patologii, pojedynczej, jak i pokoleniowej alienacji. Wszak opisywałem burzliwy czas drugiej połowy lat 90., gdy dopadł nas krwiożerczy kapitalizm i wbił swoje szpony w nasze serca i tyłki.

Kinga Dunin napisała o panu: „Sieniewicz to rzadki przykład polskiego pisarza, który wykracza poza utarte szlaki myślenia, jednocześnie nie tracąc kontaktu z najbardziej palącymi problemami współczesności”. Stąd niebologia Zygmunta Drzeźniaka?

Niebologia jest chyba wewnętrzną metafizyką głównego bohatera, formą obronnego eskapizmu, ucieczki od konkretnego, bolesnego świata. Niebologia to dla niego antidotum na to, co się dzieje w świecie zewnętrznym.

Pierwotnie powieść nosiła tytuł „Chmurokorytarz Zygmunta”. Co spowodowało zmianę?

(śmiech) Różnego rodzaju ruchy tektoniczne na rynku wydawniczym. Razem z wydawcą stwierdziliśmy, że „Chmurokorytarz Zygmunta” to dziwoląg językowo-zębowy, zgrzytający, chropowaty, trudny do wymówienia i zapamiętania. A chmurokorytarz czy też czwarte niebo to nasza introwertyczna, nieopisana strona. Nadliczbowe, wewnętrzne niebo, które każdy powinien w sobie nosić, jeśli chce się nazywać człowiekiem.

Ostatecznie Zygmunt przeszedł z okładki do motta. „Wszystkim Zygmuntom między oczy” – czyli komu?

Wszystkim desperatom, frustratom, nihilistom i ludziom, którzy wybierają bardziej hamletowskie pozy. To motto miało wyrażać przekorę: uderzmy się między oczy tym nowym światem. Niech on nas trochę pokiereszuje, niech nami potrząśnie. To też przestroga, by się nim nie zachłystywać, bo można się udławić. Niestety, wielu się zachłysnęło i po 12 latach od premiery „Czwartego nieba” widzę, że zaczynamy się z tego budzić jak na potężnym kacu.

Motto stało się tytułem adaptacji teatralnej pana powieści we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Jak ogląda się własne postaci postawione na scenie?

Z dojmującym poczuciem schizofrenii: bliskości i obcości jednocześnie. Wszystkie zmysły i emocje wyrywają się do tego świata, chcą w nim się zanurzyć. Ale z drugiej strony czuje się, że to zupełnie inny język i świat, który całkowicie się usamodzielnił i mówi już po swojemu. Oglądam więc te postaci jako swoje-nie-swoje.

Podczas lektury powieści czuć, że to „ukochane dziecko autora”, który „wydarł ją sobie z trzewi” – powiedział reżyser spektaklu Marek Fiedor. To osobista książka?

Jestem chyba Tantalem, bo większość moich książek powstaje z trzewi. Tylko kiedy coś mnie boli i uwiera, sięgam po pisanie, próbuję to wyrazić. Ale rzeczywiście, ta książka jest najbardziej osobista. Dokonuje spowiedzi mojego pokolenia, które ni stąd, ni zowąd znalazło się na społecznym i egzystencjalnym marginesie. I któremu jednocześnie towarzyszyło poczucie, że jest zbędne. Że wobec salonów i apartamentów nowego świata, które raptownie zaczęły się otwierać, stoi w przedpokoju. Ta emocjonalność wynikała z frustracji – podobno cechy charakterystycznej roczników siedemdziesiątych. Choć podejrzewam, że każde pokolenie ma swoje fobie i uważa, że jest pokiereszowane, pokrzywdzone i rozjechane przez walec najróżniejszych przemian.

O Olsztynie z „Czwartego nieba” pisano: prowincjonalny, kiszący się we własnym sosie niepowodzeń, bezrobocia, beznadziei. Pan się jednak nie wyprowadza.

Wielokrotnie o tym mówiłem i powtórzę zaklęcie lokalnego patrioty, choć już bez takiego przekonania jak kiedyś: wyprowadzka to pewna forma dezercji. Najprościej jest spakować manatki i uciec. Jednak istnieją tego rodzaju bagaże, których nie można ze sobą zabrać, istnieją walizki, które zawsze będą leżeć w szafie. One zostają i jednocześnie zostaje z nimi jakaś część nas.

Katafalk, starzec pogrążony w śpiączce, zawieszone między realnością i snem, ze śladami dawnego piękna i gorliwości budowniczych socjalizmu – to o Zatorzu. Ten świat tam nadal jest?

Jest, ale go coraz mniej. Nowe wkracza z impetem. Jestem dość sceptycznie nastawiony do inwazji wszelkiej nowości, zapędy modernizacyjne na Zatorzu zabijają jego odrębność. Mnie bardziej kręci to, co wiąże się z atrofią, amorficznością, rozkładem, co jest zapisem przemijania, a nie wydmuszkową, posuniętą do granic mdłości sztucznością. Zatorze jest zanurzone w przenikających się czasach. To palimpsest, w którym można się dodrapać różnych, często nieistniejących już języków. Ale o Zatorzu trzeba się wypowiadać ostrożnie, bo co trzeci mieszkaniec Olsztyna twierdzi, że był zatorzakiem. Odczułem to po premierze „Czwartego nieba”, kiedy zgłaszali się do mnie czytelnicy z uwagami, że Zatorze wcale tak nie wygląda. Każdy ma swoją wewnętrzną mapę Zatorza i na swój sposób mitologizuje to miejsce.

Wraz z upływem fabuły zaciera się granica między narratorem a bohaterem, ironia i dystans ustępują rozpaczy. Czytelnik myśli: „Zygmunt to ja!”?

I bardzo dobrze, wszyscy jesteśmy Zygmuntami. Autorowi zawsze zależy, żeby czytelnik utożsamił się z bohaterem. Na tym zasadza się między innymi atrakcyjność literatury. Nawet, jeśli jest to utożsamienie negatywne, nawet gdy nie lubimy bohatera, to on jednocześnie musi nas przyciągać. Musi zaistnieć pewien rodzaj chemii. Oczywiście, ani autor, ani jego bohater nie mogą uprawiać wazeliny wobec czytającego, bo nie ma nic gorszego niż – mówiąc dosadnie – czytelnicza kurwa. Trzeba zachować pewną autonomiczność. Uwodzić czytelnika z godnością wyniosłej, arystokratycznej kurtyzany.

Idąc powieściowymi ulicami, ma się wrażenie, że za chwilę z któregoś z zaułków wychynie kot Behemot. Skąd duch Bułhakowa nad Zatorzem?

Toksycznym doświadczeniem przemian stała się dla mnie dominacja jednych ludzi nad drugimi w imię kapitalizmu, władzy symbolicznej, narodowych czy religijnych fetyszy. Odkrywałem to jako siatkę bardzo niebezpiecznych opresji. Ten nowy świat, który nastaje, a którego personifikacją w książce jest Bela-Belowski i jego świta – rzeczywiście wyjęci jak z „Mistrza i Małgorzaty” – ma w sobie coś demonicznego, zasysającego, mrocznego. Uczestnicząc w nim, podpisujemy cyrograf. Stąd ten diaboliczny pierwiastek. Czasami, żeby wytłumaczyć nasz świat „tu i teraz”, musimy zawezwać ma pomoc silniejsze moce. Behemota widziałem niedawno na Jagiellońskiej. Też był na kacu, czekał – jak Godot – na tramwaj.

W surrealistycznym stylu powieści jest też chyba dużo z Gombrowicza.

To dla mnie pisarz założycielski. Uczyłem się literatury przez Gombrowicza, rozumiem literaturę przez Gombrowicza, to był zawsze mój wzór i nauczyciel w sposobie patrzenia na rzeczywistość, dystans, ironiczność względem samego siebie, ciągłe nakłuwanie balona zarówno siebie, jak i świata. I wyczulenie się na to, że stwarzamy się w interakcji z ludźmi.

Nie lubię płaskiego, czystego realizmu. Sztuka nie jest od tego, by naśladować rzeczywistość, ale wchodzić z nią w dialog, a najlepiej, jeśli próbuje ją jakoś rozświetlić, rozewrzeć, podważyć, postawić w pewnym akcie oskarżenia, bo tylko wtedy możemy się czegoś nowego o sobie dowiedzieć. Odskocznie surrealistyczne pozwalają zajrzeć głębiej, otwierając się na różne przestrzenie, tak jak tytułowe „Czwarte niebo”, co pozornie nie jest dostrzegalne w tym płaskim, zewnętrznym świecie.

Niepokojącą postać Północnego zagrała w spektaklu Kinga Preis, co wzmocniło niejednoznaczność tego tworu. Kim on jest dla pana?

Na pewno alter ego Zygmunta Drzeźniaka i projekcją jego wszystkich lęków. Nie chciałbym stosować żadnych Whartonowskich pętli i mówić, że każdy ma swojego Północnego (śmiech), ale skrywamy w sobie część takiej nieujawnianej osobowości. I projektujemy sobie w jakimś zakątku naszej tożsamości nas samych, takich niewyartykułowanych poprzez zewnętrzną formę. Ona w nas kipi, jest najbardziej prawdziwa, choć nie znajdujemy języka do jej opisu.

Mariusz Sieniewicz – prozaik i felietonista, pochodzący z olsztyńskiego Zatorza, z którego uparcie się nie wyprowadza – przynajmniej wewnętrznie. Laureat Nagrody Literackiej Warmii i Mazur, kilkukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej NIKE oraz Paszportu Polityki. Jeden z pomysłodawców Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Demoludy”, współtwórca pisma literackiego „Portret” (1995-2009). W przyszłym roku ukaże się jego nowa książka o roboczym tytule „Plankton”.

Rozmawiała: Katarzyna Sosnowska-Rama

Obraz: Michał Bartoszewicz

PARTNER CYKLU „BEZ TYTUŁU”

Pisarzy gościmy w Restauracji Lumaca, miejscu dla gości potrafiących pogodzić pochłanianie widoków, wysmakowanego designu i potraw, które można jeść oczami. Przystań żeglarska nad Jeziorem Ukiel w Olsztynie, ul. Sielska 38A. FB/Restauracja Lumaca