Słuch absolutny nie wystarczy. Choć muzyka jest pokarmem dla duszy, wymaga twardych umiejętności. Jakich talentów trzeba, aby powstały dźwięki chwytające za serce? Koncerty i nagrania poprzedza żmudny proces twórczy lutników, stroicieli, twórców instrumentów, kompozytorów. Bliżej im do artystów czy geniuszy nauk ścisłych? 

Uczta dla zmysłów

Wyjątkowy fortepian Steinway model D, na zlecenie Leszka Możdżera został dostrojony do częstotliwości 432 Hz. Pianista sugerował się nauką Pitagorasa, wybitnego greckiego matematyka, który stworzył podstawy wyznaczania wysokości dźwięków. Wybrał pitagorejską częstotliwość dla swojego instrumentu, aby brzmienie zgrywało się z naturą – śpiewem ptaków, szumem wody i drzew. Jego fortepian pokonuje rocznie dziesiątki tys. kilometrów klimatyzowanym samochodem dostawczym firmy Pianoforte Concert Management z Jerzwałdu. Jej współpraca z Leszkiem Możdżerem trwa już prawie 20 lat.

– To brzmienie jest cichsze od tradycyjnego stroju fortepianów – 440 Hz, ale także bardziej klarowne, łagodniejsze i przyjemniejsze dla ucha – tłumaczy Mirosław Mastalerz, stroiciel i fortepianmistrz z firmy Pianoforte Concert Management. – Zmiany w obrębie 2–3 Hz można zrealizować na każdym fortepianie, ale do modelu Leszka trzeba było wykonać specjalny projekt, zamontować inne struny. Brzmienie tego instrumentu to uczta dla zmysłów.

Branżę muzyczną Mirosław poznał podczas służby wojskowej w latach 80., gdzie udzielał się w orkiestrze. Po powrocie do „cywila” dwa lata uczył muzyki, a w 1989 roku założył firmę stroicielską. Doświadczenie zdobywał u fortepianmistrzów starszego pokolenia w kraju i za granicą.

– Zaczynałem skromnie, od jednego fortepianu marki Yamaha, na który wydałem 10 tys. zł. Wypożyczałem go początkowo średnio raz w miesiącu i co zarobiłem, to inwestowałem – wspomina.

Dzisiaj ma kilkanaście fortepianów, w tym Steinway „z duszą” wart ponad 100 tys euro, i obsługuje ponad 300 koncertów rocznie. Ma na koncie współpracę m.in. z Waldemarem Malickim, Januszem Olejniczakiem, Adamem Makowiczem, Stanisławem Soyką, Grzegorzem Turnauem. Z jego usług podczas koncertów w Polsce korzystała Diana Krall, Lauryn Hill, Tom Waits czy Nick Cave. Fortepiany pojawiają się na prestiżowych wydarzeniach i w nietypowych salach – kościołach, ratuszach, luksusowych hotelach. A nawet na pokładzie Łódki Bols, która cumowała w gdańskiej marinie. Wciągnęli na nią instrument za pomocą bomu, a nóżki włożyli w wydrążone kostki z gumy, aby zapewnić mu stabilność na fali.

– Moim głównym atutem są kontakty z pianistami. Muzycy przyzwyczajają się do mnie i do fortepianów, które stroję. W każdym elemencie ich konstrukcji zostawiam kawałek swojego serca i talentu – tłumaczy.

Strojenie specjalnym kluczem i kamertonem, czyli m.in. regulacja mechanizmu młoteczkowego, korekta intonacji, trwa zazwyczaj około dwóch godzin.

– Do tego fachu trzeba słuchu, cierpliwości, precyzji, ale i zmysłu technicznego – tłumaczy fortepianmistrz. – Sprawność manualną ćwiczę choćby malując w wolnym czasie obrazy. A krzepę – ładując fortepiany, które ważą nawet pół tony.

Wiosła z historią

Bywa, że siedziba firmy „Ivan Guitars” otwarta jest w nocy. Bo akurat zespół odbywający w Olsztynie tournée potrzebuje pilnego serwisu gitary. I choć mają na stanie kilkadziesiąt instrumentów czekających w kolejce na naprawę, nie odmawiają pilnych zleceń. Marka sięgająca historią lat 60. ub. wieku, to jedyne w regionie kompleksowe miejsce z serwisem, wypożyczalnią oraz manufakturą gitar elektrycznych i przetworników gitarowych. Posiadają też własne studio nagraniowe. 

– Mój tato, zawodowy muzyk, poznał w latach 60. Karla Erika Hagströma, szwedzkiego producenta gitar m.in. dla Elvisa Presleya – wspomina Maciej Iwan, muzyk i lutnik, właściciel Ivan Guitars. – Po wizycie w jego fabryce zaczął konstruować „wiosła” na własny użytek. W latach 80. otworzył zakład lutniczy produkujący gitary i osprzęt. A ja, bawiąc się w jego pracowni, chłonąłem rzemiosło. W wieku 16 lat grałem już na pierwszej własnoręcznie zrobionej gitarze. W latach 90. przyszedł kryzys i zakład zawiesił działalność. 

Zanim Maciej reaktywował rodzinną schedę, minęło wiele lat. Zaliczył praktykę u jubilera, żył z grafiki i aranżacji wnętrz, grał w olszyńskich grupach muzycznych. 10 lat temu wrócił do korzeni i zaprosił do współpracy szwagra i siostrzeńca. Z ich usług i produktów korzystają muzycy z różnych stron Polski i zagranicy. 

– Serwisujemy około 300 instrumentów rocznie, trafiają się lutnie, harfy, instrumenty ludowe. Robiliśmy nawet renowację średniowiecznego dwugryfowego teorbana. Z naszych usług korzysta zespół Hunter, Insidius, Enej, Babsztyl, Krzta, Gorycz i kolekcjonerzy gitar, jak Piotr Bałtroczyk – wylicza Maciej. 

W międzyczasie tworzą dizajnerskie, często spersonalizowane elektryczne gitary, np. z grafiką z motywem czaszki lub własną sygnaturą klienta. Na zamówienie twórców muzyki heavymetalowej, instrumenty przeważnie powstają z drzewa lipowego lub mahoniu, a dla reszty przedstawicieli muzycznego świata – głównie z olchy i jesionu. Wyposażają je we własnej roboty mostki oraz cenione na rynku przetworniki gitarowe odpowiedzialne za odbieranie dźwięków strun. – Nasze gitary i osprzęt to tak zwana customowa produkcja łącząca wiedzę z chemii, obróbki drewna i metalu, sztuk wizualnych, no i muzyki – wymienia Maciej. – Dbamy o ponad 30-letnią rodzinną markę, więc każdy produkt testujemy w naszym studio i wypuszczamy na rynek tylko te, których dźwiękiem sami jesteśmy zachwyceni. Gitary wypożyczają od nas zespoły na sesje nagraniowe w najlepszych studiach. Słychać je na płytach Łydki Grubasa, Huntera, deathmetalowego Insidiusa czy Hate. A że ilość klientów przerasta naszą przestrzeń, przenosimy się w nowym roku do własnej pracowni połączonej ze studio nagraniowym na Likusach. I tam dopiero w pełni rozwiniemy skrzydła. A raczej „wiosła”.

Intymne bity

Ich przepustką do muzycznego świata była maszyna perkusyjna Perc – pierwszy produkt sygnowany marką Polyend. Piotr opracował jego koncepcję bazując na wiedzy wyniesionej ze studiów informatycznych, zainteresowaniach muzycznych i doświadczeniu w rodzinnej fabryce maszyn do produkcji… sera. Cyfrowa maszyna perkusyjna trafiła w rynkową niszę. Po pierwszej prezentacji na targach muzycznych we Frankfurcie w 2015 roku, o małej firmie z Olsztyna zrobiło się głośno na forach i w branżowej prasie. Posypały się zamówienia od muzyków i producenckich sław ze wszystkich stron świata.

– Kiedy dostałem maila z zamówieniem od Richarda Jamesa (Aphex Twin), ulubionego twórcy muzyki elektronicznej, myślałem, że koledzy zrobili mi żart – wspomina Piotr Raczyński, założyciel firmy Polyend. – Potem przyszło zamówienie od Trenta Reznora z amerykańskiego zespołu Nine Inch Nails, zdobywcy Oscara za muzykę do filmu „The social network”. W wywiadach podkreślał, że Perc pozwala mu na intymne warunki pracy w studio, gdzie programuje bity na perkusję. Słuchając ich nowej płyty poczułem, że mamy realny wpływ na rozwój twórczości profesjonalistów.

Perc trafił także do zespołu Chemical Brothers, Radiohead, Coldplay, a potem do Hildur Guðnadóttir, islandzkiej kompozytorki muzyki filmowej, m.in. do serialu „Czarnobyl”. Bity uzyskane z pomocą olsztyńskiego urządzenia słychać w kinowym hicie „Joker”, do którego skomponowała ścieżkę dźwiękową.

– Popularność Perca pozwoliła nam rozwinąć skrzydła, w ciągu czterech lat wyprodukowaliśmy kolejne nowatorskie urządzenia – tłumaczy Piotr.

Uniwersalny konwerter Poly, sekwencer do komponowana utworów Seq czy Medusa – syntetyzator analogowo-cyfrowy, który stał się sprzedażowym hitem. 14-osobowy zespół firmy złożony m.in. z programistów, elektroników, specjalistów od dizajnu, ma na warsztacie kolejny produkt. Tracker, który pojawi się w 2020 roku, to urządzenie na którym będzie można stworzyć cały album. Choć nad podobną koncepcją pracuje wiele firm, pasjonatom z Polyend udało się znaleźć przełomowe rozwiązania.

– Jego nazwa pochodzi od typu programu komputerowego, na którym zaczynałem w młodości swoją przygodę z komponowaniem muzyki – tłumaczy szef Polyend. – Nasza firma działa globalnie, ale nie zależy nam na sławie, celujemy w konkretną niszę, do której chcemy dostarczać najlepsze produkty na świecie. Tworzymy dwa-trzy instrumenty w roku, które trafiają do producentów muzyki, znanych youtuberów czy takich grup jak Sigur Rós z Islandii. Jej muzycy, którzy tworzą z pomocą naszych urządzeń Perc i Seq, zaprosili nas na spotkanie przy okazji koncertu na Open’er Festival. Uznanie takich twórców to dla mnie największa motywacja. Nie zastąpi go żadna statuetka czy zaproszenie na biznesową galę, na które po prostu szkoda nam czasu.

Pamięć strun i drewna

Maciej pracował w drewnie od wczesnej młodości. Gdy jego ojciec kupił starą warmińską chałupę, wciągnął się w wir prac: naprawy stolarki, przeróbki mebli, budowa bram i płotów. Będąc studentem klasy kontrabasu bydgoskiej Akademii Muzycznej, otrzymał od znajomego zdezelowany kontrabas. Zaniósł go do lutnika, a świat instrumentów, który zastał w pracowni, oczarował go. Za zgodą mistrza Zenobiusza terminował w niej przez dwa lata. Kolejne dwa u mistrza Andrzeja. Tak poznał rzadki fach. Po powrocie do Olsztyna podjął pracę muzyka w olsztyńskiej filharmonii, pedagoga w Państwowej Szkole Muzycznej, a także założył firmę naprawy i konserwacji instrumentów. Dzisiaj jego olsztyńska pracownia to prawdziwe królestwo instrumentów smyczkowych: skrzypce różnych rozmiarów – nawet wielkości ołówka, wiolonczele, kontrabasy. Zwoje strun, pęki końskiego włosia do smyczków, zestaw strugów, ostrych jak brzytwa noży i dłut. We wrześniu, kiedy rozpoczyna się sezon artystyczny i szkolny, w korytarzu domowej pracowni stoi kolejka klientów. Chcą wypożyczyć instrument, albo potrzebują pilnej naprawy.

– Moją pierwszą większą pracą było wskrzeszenie wiolonczeli koncertmistrza olsztyńskiej orkiestry, która rozpadła się na kawałki w wypadku samochodowym – wspomina Maciej Niedźwiedź, kontrabasista, pedagog, lutnik. – Po dwóch miesiącach ich mozolnego scalania, odzyskała swój głos.

Na jego warsztat najczęściej trafiają instrumenty uczniów i muzyków z regionu, czasem koncertujących w filharmonii solistów. Jednym z nich był przywieziony z Singapuru 150-letni kontrabas wart 100 tys. dolarów. Na skutek skrajnej zmiany wilgotności, struny dosłownie „położyły się” na gryfie. W ciągu nocy zrobił im nowy, wyższy podstawek, aby rano dało się grać bez trzasków.

– Najstarszy instrument jaki trzymałem w rękach to niemal 400-letnie skrzypce Magginiego – podkreśla. – Ich wiek czuć w dłoniach – są niezwykle lekkie, niemal jak wydmuszka. Muzyka – instrumentalistę najbardziej cieszy kontakt z mistrzowskim, starym instrumentem. To namacalna postać więzi z kulturą, historią człowieka.

Drewno z której robi duszę, czyli mały kołeczek w środku skrzypiec, ma również niemal 200 lat. Maciej pozyskuje je z klawiszy starych fortepianów od zaprzyjaźnionego olsztyńskiego stroiciela. Precyzyjnie umiejscowiona dusza decyduje o łatwości wydobywanego z instrumentu dźwięku oraz jego barwie. Podstawek pod struny, wykonany z dobrego drewna, również wpływa na koloryt dźwięku i decyduje o ergonomii gry. 

– Naprawa instrumentów wymaga precyzji. Każdy źle przylegający milimetr drewna przełoży się na dźwięk, który wyłapie wrażliwe ucho muzyka. Ważna jest także znajomość technologii drewna – do produkcji skrzypiec używa się gęsto usłojonego świerku na wierzchnią płytę i jaworu na pozostałe części instrumentu – tłumaczy lutnik.

Maciej w swoim warsztacie ma nie tylko wiekowe drewno, ale także m.in. struny wykonane z owczych jelit. Używano ich jeszcze w latach 60. ub. stulecia. Wciąż są wykorzystywane przez pasjonatów muzyki barokowej, przeżywającej dziś swój renesans. Do sklejana instrumentów używa naturalnego kleju z kości i skór zwierząt. To stosowany od wieków, jedyny klej odwracalny. Po kontakcie z wodą rozpuszcza się, co pozwala rozłożyć stary instrument na części.

– Lubię stare instrumenty, ale pamiętajmy, że nie każdy staroć jest antykiem – tłumaczy Maciej. – To przede wszystkim „know how” mistrza lutnika decyduje o jakości instrumentu. Codziennie wiele godzin gram i uczę na kontrabasie. Zmęczenie fizyczne i psychiczne znika, gdy smyczek zamieniam na dłuto.

Muzyczne oko

Słuchając muzyki, oczami wyobraźni widzi jej zapis graficzny: dźwięki rozpisane na głosy, instrumenty, pauzy, rytm. Wiedza teoretyczna, którą Marcin poznał w szkole i na studiach muzycznych, otworzyła mu drogę nie tylko do kariery scenicznej. Ma na koncie prawie 30 publikacji i podręczników literatury muzycznej z której korzystają pedagodzy i artyści w całej Europie. Wśród nich choćby „Bolero na kwintet perkusyjny”, „Zbiór etiud na werbel”, „Przeboje na flet prosty” czy utwór na 18-osobową orkiestrę kameralną. Teraz pracuje nad „Szkołą gry na boom wackers” – niszowy w Polsce instrument.

– Talent muzyczny to złożone zagadnienie – tłumaczy Marcin Lemiszewski, pochodzący z Dywit perkusista, ksylofonista, pedagog, autor literatury muzycznej. – Dobry głos czy poczucie rytmu nie są potrzebne, aby zostać na przykład pianistą. Tu przydają się za to zdolności matematyczne, granie rękoma dwóch różnych dźwięków wymaga koordynacji półkul mózgowych. Jedno jest pewne: muzyka wpływa na lepszą koncentrację, podnosi efektywność nauki w każdej dziedzinie.

Rozpisanie partytury przypomina układankę z puzzli. Dźwięki, które przychodzą nieoczekiwanie np. podczas jazdy samochodem, Marcin zapisuje w notatnikach, telefonie, a potem skleja w całość.

– Aranżując dzieła mistrzów, dodaję własne elementy – tłumaczy muzyk związany m.in. z Filharmonią Narodową w Warszawie, polsko-niemiecką Szkołą Spotkań i Dialogu WBS. – A że nastrój się zmienia – partytura ewoluuje wraz z nim. Ale w historii muzyki tylko geniusz Mozart nie robił poprawek na swoich partyturach. Aby połączyć elementy, trzeba mieć nie tylko sprawne ucho, ale i matematyczną wyobraźnię.

Zapis muzyki to głównie nuty, które odzwierciadlają pojedyncze dźwięki, ich wartość rytmiczną, a po umieszczeniu ich na pięciolinii, wysokość i czas trwania. Dużą rolę w „widzeniu” muzyki odgrywa również notacja muzyczna – system dodatkowych znaków graficznych odzwierciadlających konstrukcję dzieła.

– Historia graficznego zapisu muzyki zaczęła się od liter, cyfr, symboli – tłumaczy Marcin. – Współcześni kompozytorzy używają własnych kodów graficznych. Wykorzystują przeróżne diagramy, schematy, sieci, a nawet graficzne obrazy, które stają się dziełami sztuki wizualnej prezentowanymi na wystawach.

Tekst: Beata Waś

Obraz: Piotr Dowejko, Marek Kępiński, Mirosław Duda