Są przygotowani na najgorsze: konflikt militarny, klęskę żywiołową, epidemię. Zapasy żywności i umiejętność życia na łonie natury pomogą im przetrwać dłużej niż przeciętnemu mieszczuchowi. Kim są preppersi i czego możemy się od nich uczyć? 

Zbiórka w garażu. Wśród zgromadzonych tu paramilitarnych i turystycznych sprzętów i gadżetów rzuca mi się w oczy podłużne pudło z napisem „Głodny nie przetrwasz”. Strzelba? Wędka? Zestaw do grilla? – próbuję zgadnąć. 

– Coś lepszego – uśmiecha się Piotr. Wyciąga z pudła dwie duże puszki z napisem „Samopodgrzewające się danie: gulasz wołowy z kaszą”. – Sprawdzone, pychota. Bierzcie na czarną godzinę – wręcza nam survivalove potrawy.

Do domu Claudii i Piotra Czuryłło w podolsztyńskiej wsi Naglady regularnie przyjeżdżają dziennikarze z różnych stron świata. Występowali już w BBC, telewizji amerykańskiej, francuskiej, niemieckiej. Nie wspominając o dziesiątkach wywiadów w światowej prasie. W czerwcu przyjedzie tu na kilkudniowe szkolenie grupa astronautów z NASA, aby pod okiem psychologa zbadać swoje umiejętności przetrwania w ekstremalnych warunkach. Piotr – założyciel fundacji Polish Preppers Network i jeden z pierwszych preppersów w Europie, z entuzjazmem dzieli się swoją wiedzą i umiejętnościami. A najchętniej zaprasza do pobliskiego lasu. To tam można najszybciej zweryfikować jak naprawdę jesteśmy przygotowani do życia. Nie tego wygodnickiego w mieście, gdzie z kranów leci ciepła woda, a pod domem czeka zatankowane auto. Ale do funkcjonowania poza strefą komfortu, w momencie zagrożenia. Pomyślcie, że w mediach pada wiadomość o wkroczeniu zielonych ludzików lub epidemii groźnej choroby. Jaki będzie wasz pierwszy ruch?

– Badania pokazują, że 90 proc. ludzi poddaje się od razu i biernie czeka na rychły koniec – tłumaczy Piotr. – Rezygnacja to najczęstszy powód śmierci w sytuacjach kryzysowych. A strach? Nie jest niczym złym, wszyscy się czegoś boimy. Pozwala się zmobilizować, szukać rozwiązań. Ale nie chodzi nam o to, aby siać panikę i żyć w oczekiwaniu na nieszczęście, tylko być świadomym zagrożeń. Wyznajemy zasadę: bądź lepiej przygotowany, a poczujesz się bezpieczniej. Wykop studnię, zanim poczujesz pragnienie. 

Ale żeby zrozumieć lepiej o co chodzi w prepperingu (od ang. to prepare – przygotowywać się), idziemy do lasu. Spryskani „kleszczochronem” w płynie, własnej roboty. Po drodze pierwsza lekcja: Piotr zatrzymuje się przy świeżych śladach łap na piasku. – Wiecie jak odróżnić ślady wilka od śladów psa? – rysuje patykiem linie między odciskami pazurów. – Jeśli uda się je poprowadzić symetrycznie – znaczy pies – tłumaczy. – Edukacja przyrodnicza jest dzisiaj na zerowym poziomie. Ludzie nie odróżniają sarny od klępy, odeszli od korzystania z dobrodziejstwa ziół, boją się lasu. A przecież to on przez wieki dawał ludziom pożywienie i schronienie. 

Dlatego sam od lat zgłębia tajemnice przyrody. W literaturze, podróżach po świecie, podczas spotkań z ludźmi, których tak jak jego fascynuje tzw. ludowa mądrość różnych kultur. 

– Większość roślin w lesie ma niezwykłe właściwości – opowiada. – Wiosną upuszczamy sok z brzozy, skarbiec mikroelementów, który przechowujemy w baniakach. Robimy syrop z pędów sosny – lekarstwo na wiele chorób i zbieramy tatarak, który rośnie na bagnach. Albo taka leszczyna (chwyta gałązkę przy leśnej drodze). Orzechy można jeść nawet niedojrzałe. Albo je rozgnieść, obgotować i wycisnąć olej. Utarte z miodem są domowym sposobem na kaszel. Proste i sprężyste pędy były od zawsze najlepsze do robienia wędek. Można z nich wykonać stelaż do namiotu i z brezentowej płachty zrobić igloo – wymienia. 

Dochodzimy do wzniesienia z szałasem i miejscem na ognisko. Dookoła rozciąga się wąwóz w którym łączą się strumyki z czterech stron świata. Widok zapiera dech. 

– Umiesz rozpalić ognisko? – Piotr rzuca w moją stronę. Sięgam po notatnik żeby wyrwać parę kartek na rozpałkę.

– Nie ma takiej potrzeby. Wystarczy kawałek brzozowej kory – podnosi z ziemi cienki pergamin. Nie tylko świetnie się pali, ale zawiera też betulinę o właściwościach bakteriobójczych. Wyciąga z plecaka „ucieczkowego” długi nóż i krzesiwo magnezowe – po kilku sekundach ognisko gotowe. 

– Myślę, że z umiejętnościami i wiedzą, które posiadam byłbym w stanie przeżyć w lesie wszystkie cztery pory roku – rokuje. – Zakopałem też w kilku miejscach zapasy i sprzęt, który pomoże przeżyć mojej rodzinie. Kiedyś nasze babki robiły zapasy na zimę, teraz przetwory stają się luksusem, bo nikt nie ma na nie czasu. Przecież jest sklep w pobliżu. Tylko co będzie jeśli któregoś dnia zastaniemy drzwi zamknięte?

Dom Czuryłłów to prawdziwa twierdza. Zapasy wystarczą aby nie wychodzić stąd przynajmniej przez trzy miesiące. Żywność liofilizowana, worki ze zbożami, baniaki z wodą, a w chłodziarkach zapasy mięsa zwierząt leśnych upolowanych przez Piotra. – Jeśli zabraknie prądu, rozdam je sąsiadom – uprzedza pytanie. – Wspieramy się na osiedlu, tworzymy zgraną społeczność, zaraziłem sąsiadów preppersowską filozofią. Marnotrastwo, nadprodukcja żywności i innych towarów to zmora naszych czasów. W naszym domu nie ma mowy o wyrzucaniu czegokolwiek. Jeśli kończy się okres przydatności do spożycia np. zbóż, karmimy nimi ptaki, zwierzęta. A jak dzieci nie chcą jeść owsianki, straszę je filmami o głodującej Afryce.

Piotr kupił niedawno przyczepę chłodniczą. Wkopie ją w ziemię obok domu i na co dzień będzie służyła jako spiżarnia, a w razie czego – schron. W garażu pełnym specjalistycznego survivalowego sprzętu czekają cztery spakowane plecaki dla wszystkich członków rodziny. A w nich m.in. sprzęt do rozpalania ognia, nieprzemakalne ubrania, noże, baterie, koce termiczne, plandeka, skan dokumentów. W plecaku Claudii, żony Piotra, dodatkowo zestaw do… makijażu. 

– Ot, taka drobna, kobieca fanaberia – uśmiecha się Claudia. – Oprócz meczety musi być szminka. Nie jesteśmy dziwakami wyczekującymi apokalipsy, tylko normalną rodziną, która stara się żyć jak najbliżej natury i być jak najmniej zależna od świata zewnętrznego. Nasza 12-letnia Natasza świetnie posługuje się łukiem i kompasem, sama dałaby sobie radę w lesie. Synek też nauczył się strzelać z łuku zanim zaczął porządnie chodzić. 

Piotr na co dzień prowadzi w różnych częściach świata warsztaty „Przetrwanie” z symulacjami sytuacji awaryjnych. A w międzyczasie przygotowuje projekt „Arka” – rodzaj skansenu w Nagladach, w których całe rodziny będą mogły zasmakować survivalowego klimatu i zbliżyć do natury. Będzie tu m.in. pijalnia ziół, warsztaty kuchni roślinnej. 

– Pozostając sam na sam z przyrodą można lepiej poznać siebie, zdobyć wiedzę i umiejętności niezbędne by przetrwać. Ale przede wszystkim dostrzec jej potencjał. Bo w razie jakiegokolwiek kataklizmu i tak się do niej zwrócimy – zapewnia.

Ruch preppersów zaczął rozwijać się w USA podczas zimnej wojny. W tej chwili jest w nim ponad 80 tys. osób na świecie. 

– Kiedy rozpoczął się konflikt na Ukrainie, statystyki na naszej stronie w internecie gwałtownie poszły w górę. Konflikt militarny to nasza największa obawa w dzisiejszym świecie – tłumaczy Piotr. – Co możemy zrobić? Nie mamy wpływu na sytuację geopolityczną, ale zacznijmy zmieniać świat od siebie, drobnych, codziennych wyborów. Kierując się szacunkiem dla środowiska i drugiego człowieka. A może uda nam się przetrwać jeszcze jakiś czas na jedynej planecie jaką mamy.

www.preppersi.pl

Tekst: Beata Waś, obraz: Kuba Chmielewski