GOŚCIMY ZygmuntA MalanowiczA*

Zadebiutował w filmie Polańskiego, w dodatku pierwszym polskim kandydacie do Oscara, a mimo to dzieło budzi w nim mieszane uczucia. W wychowanym w Olsztynie aktorem Zygmuntem Malanowiczem* wracamy do Giżycka powspominać „Nóż w wodzie”.

MADE IN: Był pan w Giżycku po 1961 roku, kiedy kręciliście tam z Polańskim „Nóż w wodzie”?

Zygmunt Malanowicz: Nie… Ponad pół wieku.

Po tak długiej przerwie obejrzał pan w hangarze filmowy jacht Christine, na którym zadebiutował pan w filmie. Opisze pan to uczucie?

Nie potrafię tego określić, co czułem oglądając ten jacht w takim stanie, w jakim on jest (mocno zniszczony – red.)… Trudno się rozdrabniać na jakieś uczucia i silić na cokolwiek, bo ja po prostu tego nie mam. Miałem tylko to wrażenie, że potwornie dużo czasu minęło.

Jak się na niego patrzy, to się wierzyć nie chce, że się na nim pływało, że cała ekipa chodziła po pokładzie, jak po pokoju, bo tak się do tego kołysania przyzwyczailiśmy. Jednym palcem się o wantę przytrzymywało i przepuszczało kolegę, który szedł z naprzeciwka. Jak na chodniku w mieście.

Więc żadne tam ciarki, o które pan pewnie pyta. Jedyne co czułem, to miniony czas.

Ale w dalszej karierze aktorskiej siedziała w panu jakoś mocniej ta rola? W końcu to był pana start w karierę, a film nominowano do Oscara.

Nie wiem czy ja mam aż taki sentyment do tej roli. Raczej mam sentyment do tamtego okresu, do tamtego sposobu pracy, spotkań z ludźmi, którzy dla mnie byli nowymi, bo przecież ja wtedy kończyłem szkołę filmową. To było pierwsze zetknięcie z profesjonalistami. Oczywiście spotykałem się z nimi w szkole, bo w zasadzie wszyscy się znaliśmy, ale kiedy doszło do realizacji, to całkiem inaczej się to przyjmowało, bo to przecież zupełnie nowy proces. Mam więc takie raczej wspomnienie.

Potem nigdy nie myślałem o tej roli, nawet gdy już film został skończony, po premierze… Zresztą na której nawet nie byłem.

Dlaczego?

Nie mogłem, bo musiałem zacząć ostatni rok studiów, czyli dyplom.

Miał pan kiedykolwiek żal do reżysera Romana Polańskiego, że zdecydował się podmienić w filmie pański głos własnym?

Żadnego. I w zasadzie niewiele mnie to obchodziło. Przede wszystkim mój głos w ogóle do tej postaci nie pasował. Zawsze miałem głos niski. Mój tembr głosu był o wiele niższy, niż Romana, a on chciał pokazać w filmie szczeniaka, trochę takiego zawadiakę, więc starał się to zrobić swoim głosem. To coś normalnego w filmie.

Z reżyserem trzymaliście później kontakt?

Świeżo po filmie tak. Później, z biegiem lat, kontakt urwał się. Ostatnio widziałem się z Romanem na rozdaniu Europejskich Nagród Filmowych, siedem czy osiem lat temu. Wręczała je Europejska Akademia Filmowa, której zresztą jestem członkiem. Kiedy grywałem w Paryżu, a zdarzało się, że nawet co roku, Roman nie był zainteresowany kontaktem. Zresztą on ma do teatru inne podejście. Raczej film jest jego życiem i pasją.

W jego filmach wychodzi cały mroczny Polański.

Trudno powiedzieć czy to styl, czy po prostu osobliwy rodzaj myślenia o filmie. On inaczej postrzega film, niż wielu innych reżyserów.

Określeń: „co to jest film?”, mamy setki i wszystkie są różne. Gdybym sam miał dokładnie określić, co to jest film, to nie wiem, czym ten film jest. To trudne do nazwania. Mi się wydaje, że najtrafniej film pojmują ludzie tacy jak Polański, Fellini, Bunuel, Wiedzieli o czym chcą mówić. A film to jest zwykle opowieść o człowieku, dlatego tak dobrzy reżyserzy wiedzą, że próbne zdjęcia na których wybiera się aktorów, to kompletna bzdura, bo nic nie mówią czy aktor potrafi zagrać, czy nie potrafi. Tu nie o to chodzi. Tu chodzi o twarz człowieka.

Pan jak trafił do filmu Polańskiego?

Myśmy się znali ze szkoły w Łodzi. Bardzo długo szukał postaci i w końcu zaproponował mi próbne zdjęcia, ale one nie wyglądały tak, jak dzisiejsze castingi. To była próba sceny wybranej ze scenariusza. Zrobiliśmy dwa duble, zresztą ja poprosiłem o dubla, bo po pierwszej próbie Romek pytał, co ja o tym myślę, a ja mu powiedziałem, że może jeszcze jeden dubel zrobimy. I kiedy go nakręciliśmy, powiedział: „do zobaczenia na planie”. Nie żadne „zadzwonimy do pana”. Bo jak reżyser nie wie czego chce, to wtedy słyszy się od niego: „zadzwonimy do pana”.

Ale do grającej w filmie Jolanty Umeckiej już chyba takiej ręki nie miał. Krążą legendy o tym, że ta rola doprowadziła ją do kresu wytrzymałości psychicznej i że podobno wymazała ten epizod z życia. 

Ona była amatorką, którą Roman pozyskał do filmu, spotykając na basenie Legii. Tak wyobrażał sobie postać do jego filmu. Ale ona zetknęła się z zupełnie innym rodzajem pracy i wymaganiami reżysera, więc może mieć po tym jakiś niesmak.

Mi się wydaje, że Roman popełnił błąd, bo z taką zupełnie czystą amatorką, mającą trudności z koncentracją, która jest najważniejsza w aktorstwie, należało inaczej rozmawiać. A tam się zaczęła nie reżyseria, a tresura. Nikt tego nie wytrzymuje i ona nie była tego w stanie wytrzymać. I nie ma się czemu dziwić, że w końcu przestała cokolwiek rozumieć, bo to była mordercza presja nad psychiką facetki, która znalazła się raptem w środowisku, takim kotle przedziwnej pracy, z którym się nigdy wcześniej nie zetknęła.

Mogło być ryzyko, że nie wytrzyma tego i zrezygnuje?

Musiałaby być wyjątkowo skandaliczna historia, by doszło do tego. Tak zerwać filmu nie da się, trzeba ciągnąć tę golgotę do końca.

Pan też chyba całkiem dobrze potem filmu nie wspominał, bo mimo jego sukcesu, atmosfera polityczna wokół niego była zła. Za zagranie w nim, panu też podcinano skrzydła.

Było ostro i nieprzyjemnie. Z perspektywy czasu film raczej nie pomógł mi, bo reżyserzy nie chcieli mnie angażować, skoro sam Gomułka publicznie wypowiadał się o tym filmie krytycznie.

Kiedy był pan ostatnio w Olsztynie?

Pięć, sześć lat temu. Mam tu siostrę.

Do kiedy pan tu mieszkał?

Od razu po maturze, zrobionej zresztą w drugim LO, wyjechałem do Łodzi na studia aktorskie.

Mówimy o roku 1957. Dzisiaj to inny Olsztyn.

Dla mnie zawsze było to bardzo ładne miasto. Mam ogromny sentyment do niego, bo spędziłem tu całe dzieciństwo i bardzo wczesną młodość.

Rozumiem, że pływać nauczył się pan na jeziorze?

Oczywiście. Ale Bóg jeden wie, na którym… Choć wydaje mi się, że to raczej był staw. Miałem dziesięć, może jedenaście lat. Pamiętam, że na wagary jeździło się na Wadąg, na ryby.

Z polskiego był pan niezły?

Tak, z polskiego niezły, za to z matematyki i chemii fatalny. Z fizyki zresztą również.

Skąd impuls do szkoły filmowej?

Byłem w amatorskim zespole w domu kultury, gdzie czasami reżyserią z amatorskimi aktorami, tak to nazwijmy, zajmowali się aktorzy Teatru Jaracza. Kiedyś wystawiano „Niemców” Kruczkowskiego i wyłowiono mnie stamtąd. Ile ja mogłem mieć lat? Może 16? W dziewiątej klasie chyba byłem. Zagrałem w teatrze zawodowym żydowskiego dwunastolatka Chaimka. Bardzo mi się to podobało. Teatr sam w sobie mi się spodobał, że można coś ludziom powiedzieć od siebie. Ale nie miałem jeszcze takiej wiedzy, by móc to wszystko analizować. Raczej przyjmowałem teatr poprzez wrażenia tego, co widziałem, a nie poprzez zgłębianie wiedzy o nim.

Przed „Nożem w wodzie” i po „Nożu…”, w którym film zaczyna pan jako autostopowicz, miał pan okazję jeździć na stopa?

Przed filmem nie, ale po, owszem, zdarzało się.

I mówił pan, kim pan jest i jakiego ważnego autostopowicza wiezie szofer?

Nigdy.

Nie rozpoznawali pana?

Wie pan, ci, którzy zatrzymywali się na stopa, to albo filmu nie widzieli, albo się tym nie interesowali.

Rozmawiał: (na schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w Olsztynie, w poniedziałek 3 lipca o godz. 13.20, przy temperaturze 16°C) Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

* Zygmunt Malanowicz, aktor teatralny i filmowy, urodzony na Wileńszczyźnie 79 lat temu. Po wojnie, wraz z falą repatriantów, przyjechał z rodziną do Iławy, a następnie do Olsztyna, w którym mieszkał do matury. Ukończył łódzką filmówkę. W wieku 23 lat zadebiutował w „Nożu w wodzie” Romana Polańskiego. Film odniósł za granicą duże sukcesy (był pierwszym polskim kandydatem do Oscara), ale w Polsce odtrącony przez władze, ponieważ promował zachodni styl życia. Stąd Malanowicz przez kilka kolejnych lat nie dostawał znaczących ról i skupił się na teatrze. Do dużej roli w filmie ściągnął go Andrzej Wajda w „Polowaniu na muchy”. Na początku lipca aktor po raz pierwszy od kręcenia „Noża w wodzie” odwiedził Giżycko, stojący w hangarze filmowy jacht oraz zaliczył rejs po miejscach, w których robiono zdjęcia do kultowego dzieła.