KINOWA PREMIERA CZERWONEGO KAPITANA W BRATYSŁAWIE BYŁA NAJLEPSZYM OTWARCIEM W HISTORII SŁOWACKIEJ KINEMATOGRAFII. MIĘDZYNARODOWA KOPRODUKCJA WEJDZIE DO POLSKICH KIN 22 LIPCA. O PRACY NA PLANIE FILMU MÓWI KACPER FERTACZ, POCHODZĄCY Z OLSZTYNA OPERATOR FILMOWY.

MADE IN: W jakim języku rozmawialiście na planie filmowym?
Kacper Fertacz: To był językowy misz-masz. Z reżyserem Michalem Kollárem ze Słowacji głównie po angielsku. Ponieważ to koprodukcja finansowana przez Słowację, Polskę i Czechy, ekipa była mieszana. Polskę reprezentował Maciej Stuhr – odtwórca głównej roli detektywa Krauza – polska koproducentka Agnieszka Kurzydło oraz ja. Dostałem scenariusz, a potem reżyser zaprosił mnie do Pragi na spotkanie. Od kilku lat przymierzał się do tego filmu i w zasadzie miał rozrysowaną na papierze każdą scenę, wiedział dokładnie, jaki chce stworzyć klimat, był niezwykle przygotowany.

To miałeś ułatwione zadanie.
Miałem mało do powiedzenia w kwestii koncepcyjnej, ale to nie znaczy, że mniej pracy na planie. Akcja według scenariusza dzieje się głównie podczas upalnego lata, a kiedy kręciliśmy – cały czas lało. Mnóstwo scen robiliśmy w środku nocy, która udawała dzień. Lampy zastępowały słońce i momentami trzeba było walczyć, żeby się nie przewróciły na wietrze. Scena pościgu na stacji kolejowej trwa 4-5 minut, a realizowaliśmy ją przez osiem dni w różnych miejscach. Albo scena, kiedy główny bohater wsiada do windy. Winda przyjechała na plan filmowy w Ołomuńcu, ostatecznie została przewieziona i Maciek Stuhr wsiadł do niej w Bratysławie, a wysiadł w Pradze… Aby nakręcić 45 sekund, objechaliśmy kilka miast.

Polska przewija się w fabule filmu?
W fabule nie, ale część zdjęć powstała w Krakowie. Myślę, że film będzie dobrze przyjęty w Polsce, przez pewne historyczne podobieństwa. To ekranizacja bestsellerowej kryminalnej powieści słowackiego autora, dziejącej się w latach 90., po upadku komunizmu. Kinowa premiera w marcu tego roku w Bratysławie okazała się najlepszym otwarciem w historii słowackiej kinematografii.

Film jest tak dynamicznie zmontowany jak „Hardkor Disko”, za który dostałeś Złotego Lwa na festiwalu w Gdyni?
Zadaniem operatora jest przełożenie fabuły na język obrazu. I choć sposób montowania i pracy kamery rządzi się pewnymi modami, w „Czerwonym kapitanie” umyślnie zastosowaliśmy rozwiązania z klasycznych thrillerów z lat 90., aby przybliżyć bardziej tamten klimat.

Nagroda otworzyła międzynarodowe możliwości?
Szczerze? Po premierze „Hardkor Disko” pojawiły się nowe propozycje, ale kiedy odebrałem nagrodę w Gdyni, mój telefon zamilkł. Wydaje mi się, że inni twórcy myślą, że skoro zgarniasz statuetkę, to jesteś bardzo zajętym człowiekiem. Przyznawanie nagród to, jak wiadomo, subiektywna kwestia, ciężko porównać ze sobą dwa zupełnie różne filmy i wybrać ten lepszy, ale oczywiście taka nagroda, zwłaszcza dla debiutanta, jest na pewno bardzo pomocna. To swoiste zaproszenie do profesjonalnego świata filmu.

Pracujesz jednocześnie na kilku planach. Trudno się przestawiać na różne gatunki filmowe?
Plan „Czerwonego kapitana” pokrywał się częściowo z pracą przy filmie „Ostatnia rodzina” o Zdzisławie Beksińskim i jego bliskich, który wejdzie do kin we wrześniu tego roku. To obraz bardziej kameralny, daje pole do popisu aktorom, od ich gry w zasadzie najbardziej zależy sukces filmu. Kręciliśmy go w hali zdjęciowej, w której odtworzono warszawskie mieszkania Beksińskich. Znam się od lat z reżyserem Janem P. Matuszyńskim i jeszcze zanim pojawiły się pieniądze na film, myśleliśmy wspólnie nad jego koncepcją. Praca więc była dla mnie zdecydowanie bardziej kreatywna niż w przypadku „Czerwonego kapitana”, byłem zaangażowany w projekt od samego początku.

Pracę z aktorami i kamerą masz zapewne w genach.
W dzieciństwie często bywałem za kulisami Teatru im. S. Jaracza, w którym pracuje moja mama [Joanna Fertacz – red.], ale bardziej od aktorów interesowały mnie wtedy dekoracje, rekwizyty, a w filmach – efekty specjalne. Do egzaminów w szkole filmowej przygotowywałem się razem z moim kolegą Michałem Rytlem, zdolnym operatorem z Olsztyna w pracowni fotograficznej Ewy i Mieczysława Wieliczko w Pałacu Młodzieży. I dostaliśmy się na wymarzoną uczelnię bez problemu.
Rozmawiała: Beata Waś

Obraz: DESIRE FILMS i SOKOL KOLLAR