Po wywalczeniu z drużyną mistrza świata, dostał kilka dni na odpoczynek, który zaserwował sobie w rodzinnym Olsztynie. gdzie indziej moglibyśmy zaprosić go na wywiad, jak nie do sali sportowej, gdzie przyszedł na swój pierwszy w życiu trening siatkarski. Oto gigant polskiej reprezentacji – Marcin Możdżonek. Facet, który szokuje dwa razy: najpierw olbrzymią posturą, a potem jeszcze większą skromnością.

Z iPhone”™a naszej fotografki puszczam z youtube piosenkę „W stepie szerokim”. Po 19 sekundach zagaduję Marcina Możdżonka:
Made in: Jakiś komentarz?
Marcin Możdżonek (po kolejnych ośmiu sekundach):
Oficjalny, czy nieoficjalny?

W internecie ta pieśń wszędzie pojawia się jako nieoficjalny hymn siatkarzy.
Jeśli podoba się kibicom, to dlaczego nie uznawać tego za oficjalny hymn kibiców, czy nawet reprezentacji. Mają do tego pełne prawo. Mnie osobiście kojarzy się to tylko to z jednym, z „Panem Wołodyjowskim”.

Spotykamy się na sali gdzie zaczynałeś siatkarskie treningi. Przyjeżdżasz tu jako mistrz świata. Czujesz inne bicie serca?
Tutaj odbył się mój pierwszy trening siatkarski w życiu, więc zgadza się, mocniej zabiło. Masa dobrych wspomnień.

Pamiętasz ten pierwszy trening?
Doskonale. Nie potrafiłem się w ogóle odnaleźć. Nie wiedziałem jak ugryźć siatkówkę, na czym to polega. Wszystko wydawało mi się tak skomplikowane, że pół treningu przesiedziałem na ławce i przyglądałem się kolegom.

Do siatkówki trafiłeś poprzez koszykówkę.
Grałem w nią namiętnie. Wcześniej była piłka ręczna, no i oczywiście kopałem w piłkę na podwórku. Czyli typowe dzieciństwo chłopaka z blokowiska.

Kiedy przyszedłeś na pierwszy trening siatkarski, ile już miałeś wzrostu?
Tu było w połowie ósmej klasy… (chwilę się zastanawia) metr dziewięćdziesiąt parę.

W kogo tak wyrosłeś?
Mama ma 175 centymentrów, ojciec prawie 190. Nie są to może gigantyczne wzrosty, ale gdzieś te geny rodzinne są. Siostra też jest wysoka – 186 cm. Od najstarszych członków rodziny wiem, że kiedyś, w poprzednich pokoleniach, też byli wysocy. I pewnie w którymś pokoleniu to powraca.

Od kiedy przestało ci przeszkadzać, że jesteś tak wielki?
Bardzo szybko zaakceptowałem wzrost, który daje jednak więcej plusów, niż minusów. Za niskie framugi, za krótkie łóżka w hotelach, czy kupowanie ubrań, to są tylko małe niedogodności. Chyba tyko raz, jak wszedłem do sklepu z ubraniami, sprzedawczyni już w progu powiedziała: tego pana nie obsługujemy. Teraz dużo się w tym temacie zmieniło. Magia internetu czyni cuda. Tam w zasadzie kupuję większość ubrań.

Kiedy poczułeś, że dałeś się w tę siatkę złapać?
Pamiętam ten moment. Trenowałem raptem kilka miesięcy, pojechaliśmy na mistrzostwa Polski młodzików, gdzie zajęliśmy chyba piąte miejsce. Wtedy nastąpił przełom. Byli obecni trenerzy reprezentacji juniorów, którzy wybierali zawodników do szkoły mistrzostwa sportowego. Bardzo się mną zainteresowali. Oczywiście nie moimi wybitnymi umiejętnościami siatkarskimi, ale warunkami fizycznymi. Pojechałem na testy do Spały. Przeszedłem je pomyślnie i już wiedziałem, że to będzie na pewno to.

Jesteś ścisłą czołówką najlepiej blokujących. Masz gigantyczny zasięg w wyskoku. A w nim głowę ponad siatką. Dostałeś kiedyś piłką w twarz skacząc do bloku?
Średnio raz na dwa tygodnie.

Takie petardy?
To są mocne uderzenia, ale jeszcze nie było takiego, które by zamroczyło. W czoło to jeszcze nic takiego. Gorzej w nos. Wtedy są kłopoty. Można na chwilę zachwiać się i koledzy dla zabawy odliczają niczym sekundant na ringu.

Słyszałeś dowcip, kto był najlepszym blokującym na wrześniowych mistrzostwach świata?
Tak, Solorz (śmiech). Ale było sporo lepszych dowcipów. Mi spodobał się ten z Putinem, który powiedział, że on żadnej reprezentacji nie wysyłał do Polski, a takie stroje można kupić w każdym sklepie sportowym.

Przez trzy lata byłeś kapitanem reprezentacji. To prawda, że do dzisiaj masz taki autorytet, że tak jak powiesz, tak ma być?
Autorytetem na pewno mnie darzą, ale nigdy nie rozkazywałem, bo nie musiałem.

Na szczęście większość kolegów wie po co są w reprezentacji. Byli na tyle profesjonalni, że nie musiałem zwracać uwagi na nic.
A autorytet został, bo sporo zrobiłem dla reprezentacji jako mediator z Polskim Związkiem Siatkówki, bo momentami były trudne chwile. Wziąłem wtedy wszystko na swoje barki. Na pewno byli mi za to wdzięczni.

Ostatnich trzech trenerów kadry to światowa czołówka, a tu na krótko przed mistrzostwami kumpel z parkietu zaczyna was trenować i odnosicie największy sukces. Wielu drapie się po głowie do dzisiaj, jak to się stało.
Byliśmy drużyną. Trenerowi udało się wpleść indywidualności w tryby tej machiny siatkarskiej i tej jeszcze trudniejszej machiny, jaką jest reprezentacja. Potrafił też poświęcić kilku zawodników dla dobra atmosfery w kadrze. Wielu trenerów często tak robi, a już ci najlepsi zawsze, że pozbywają się najlepszego na rzecz gorszego, by drużyna mogła odetchnąć.

Poza tym wiedzieliśmy, że musieliśmy mu dużo pomóc, bo początkowo popełniał sporo błędów szkoleniowych.
A co będzie dalej? Też się zastanawiamy, bo Antiga rozpoczął pracę trenerską z wysokiego C.

Ciśnienie kibiców będzie wysokie.
To ciśnienie jest, było i będzie. Ostatnie lata siatkówki to sinusoida. Wygrywaliśmy, by ponieść porażkę. Wiemy, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ, przyzwyczailiśmy się do tego. Dzisiaj nas kochają, ale po pierwszych przegranych meczach to się zmieni. Ale nie mamy o to do nikogo pretensji, bo tak to jest w świecie sportu.

Zawsze zastanawiałem się, jak buzuje psychika siatkarza, który staje do serwu przy przewadze w tie breaku.
To jest automatyzm. Najlepszych od średniaków dzieli to, że w takich momentach ten pierwszy potrafi się skupić wyłącznie na tym, co ma w tej chwili wykonać. W głowie jest tylko jedno: jak podrzucić, jak uderzyć i w które miejsce posłać. Im bardziej by mnie to przerażało, tym większe prawdopodobieństwo błędu.

Prowadzisz zajęcia z dzieciakami. Myślisz czasem o zostaniu trenerem?
Staram się w kilku miastach zarazić dzieci pasją do sportu poprzez siatkówkę. Nie mogę im tego odmówić.
Ja sam nie chciałem, będąc dzieckiem, by ktoś mi takiego czegoś odmawiał, a takie sytuacje się zdarzały. Myślałem o pracy trenerskiej, ale ona kosztuje jeszcze więcej wyrzeczeń, czasu i nerwów, niż bycie zawodnikiem.
Chyba więc trenerem na wysokim poziomie nie zostanę.

W 2009 zdobyliście z reprezentacją mistrzostwo Europy w Turcji. Finałowy skład to była piątka zawodników, która grała w AZS Olsztyn. Z Olsztynem z kolei nigdy nie dotarliście do mistrza Polski. Czegoś zabrakło?
Na papierze mieliśmy skład do walki o ten tytuł. Ale właśnie czegoś zabrakło. Drużyna to skomplikowany mechanizm. Sam skład nie wystarczy. Potrzeba jeszcze cementu jako czynnika łączącego. Zabrakło kilku rzeczy, które widzi się teraz w najlepszych klubach, od organizacji po czynnik ludzki.

Wspomniałeś, że chciałbyś wrócić grać w Olsztynie.
Bardzo, to jest moje marzenie. Chciałbym tu wrócić nie na siatkarską emeryturę, ale wrócić i grać z tą drużyną o najwyższe cele. Jest to do zrobienia.

Masz swoje ulubione miejsca w Olsztynie?
Cały Olsztyn jest ulubiony. Kocham to miasto. Tu się urodziłem i tutaj chcę żyć. Jeżdżę po całym świecie i wiem, że to jest moje miejsce. W innym nie chcę mieszkać.
Lubię spędzać wolny czas na łonie natury.

Podobno kupiłeś działkę pod Olsztynem.
Ooo! Dobry wywiad macie! Owszem, być może powstanie tam kiedyś dom.

Twoją pasją jest… łowiectwo.
Tak, jestem myśliwym.

Kim jesteś w hierarchii koła łowieckiego?
Młody szczaw (śmiech). Jestem myśliwym dopiero od roku, więc przygoda łowiecka dopiero przede mną. Jest to pasja niesamowita.

A gdzie kupiłeś taki wielki uniform myśliwski?
Tu ukłon w stronę moich kolegów myśliwych. Jeden z nich ma znajomości w firmach, które produkują odzież myśliwską. Zrobili mi na zamówienie.

Masz teraz w domu wyeksponowane miejsce z trofeami siatkarskimi, a obok z myśliwskimi?
Taką ścianę planuję zrobić, ale na nią przyjdzie czas.
Jako młody myśliwy nie jest mi dane strzelać do okazałych trofeów. Trzeba zdobywać kolejne uprawnienia, by do tego dojść.

Przy tym rytmie życia wygospodarowujesz jeszcze czas na pasję łowiecką?
Staram się. Kiedy tylko mogę, wychodzę do lasu, do kniei. Lubię tak spędzać czas. Uspokaja mnie to, wycisza i odstresowuje. Idę nawet dzisiaj wieczorem. Na noc. Najbardziej uwielbiam nocne wyjścia. W nocy, chodząc po lesie, człowiek poznaje też siebie.

Co poznajesz w sobie?
Przysłuchująca się rozmowie fotografka Joanna Barchetto: – Jak szybko można biegać.

Marcin Możdżonek: Sprawdza się swoją wytrzymałość. Fizyczną mam, więc może bardziej psychiczną.

To prawda, że jeśli chodzi o krzepę, to jesteś wiodącym zawodnikiem w kadrze?
Najsilniejszym na pewno nie jestem. Najsilniejszy jest Grzegorz Bociek, tak ze trzy, cztery razy bardziej ode mnie (śmiech). Ale lubię treningi siłowe.

Pochwal się, ile bierzesz na klatę?
Nie mogę wyciskać na ławeczce, bo mam kłopot w barkiem, ale mam to samo ćwiczenie na dużej piłce z hantlami. Wyciskanie takimi po 50 kg w seriach nie robi jakiegoś większego wrażenia.

Myślałeś o zgoleniu brody?
(głosem parodiującym starca z nagonki z kultowego „Misia”): A ja ogolić się nie pozwolę! Noszę zarost od przed wojny!
Na serio – przyzwyczaiłem się do niej. Poza tym jestem trochę leniwy, by golić się codziennie.

Zaczepiają cię na ulicy i o co pytają?
O parametry techniczne: wzrost i rozmiar buta. Mało ambitne. Ale dzisiaj byłem u dzieci w szkole i jedno z nich zapytało mnie: „Też pan był na tych mistrzostwach?”. Mówię, że tak. A ono dalej: „I dla Polski pan grał?”.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński
Obraz: Joanna Barchetto
Dziękujemy za pomoc w sesji dyrekcji i nauczycielom WF Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 4 w Olsztynie