GOŚCIMY Grzegorza HalamĘ*

 

Skoro sam mówi, że publika kabaretowa nie analizuje konstrukcji dowcipu,
to my spróbujemy przeanalizować konstrukcję psychologiczną
kabareciarza Grzegorza Halamy*.

MADE IN: Najpierw pogrozimy palcem, panie Józku, znany hodowco drobiu. Otóż mamy ostatnio inwazję kurników na Warmii i Mazurach.

Grzegorz Halama: Hahahaha… „Ja wiedziałem, że tak będzie” (zacytował tytuł swojej słynnej piosenki – red.). To działa z opóźnieniem: najpierw pionierzy są niezrozumiani, przecierają szlaki, a później pojawiają się naśladowcy. No i poszło w Polskę. (śmiech)

A na jakim gruncie hoduje się ten specyficzny poziom absurdu, jak historie Pana Józka?

Nie znalazłem złotej zasady, dlaczego jedna absurdalna rzecz śmieszy, a druga nie. Głupota powiedziana sama z siebie, nie wystarczy, bo zwykle śmieszy ten absurdalny humor, który ma ziarenko prawdy, czyli jest mocno zakorzeniony w rzeczywistości. Bywa, że humor absurdalny wytrąca nas z mechanicznego myślenia o rzeczywistości, coś się w nim pomija, coś tak wykręca, że dwa plus dwa równa się pięć. Na widowni śmiech wywołuje ten moment, w którym wyrywa się widza z utartych szlaków, a mózg z mechanicznego szablonu myślenia.

A ten poziom absurdu jest efektem tego, że – jak kiedyś przyznałeś – miałeś syndrom niezrozumiałego dziecka?

Może bardziej syndrom zdolnego dziecka, u którego jednak te zdolności nie były specjalnie rozwijane. W takim Świdwinie, moim rodzinnym mieście, rodzice jakoś specjalnie nie rozczulali się nad rozwojem. Dzieciństwo spędzałem albo idąc do lasu, albo w bibliotekach. A jeśli jako 12–13-latek czytasz poważną literaturę, to ona też kształtuje ten poziom absurdu, bo dobra literatura przecież tę nutkę absurdu zawiera.

Jak to się stało, że wrażliwy, blisko poezji chłopak, zapisał się na zapasy?

A to trzeba byłoby zapytać starszego brata, który mnie na to namówił. (śmiech) Faktem jest, że kiedy obejrzałem „Wejście Smoka”, wstrząsnęło mną całe to zjawisko, jakim są sztuki walki. Miałem na strychu zakątek w którym trenowałem, a potem brat zachęcił, by przyłączyć się do treningów zapaśniczych.

A nie na karate, jak u Bruce’a Lee?

Ja później trenowałem i karate, i judo, i kyokushin, i aikido, ale nie pociągnąłem tego dalej, bo zaczęła mnie pochłaniać sfera artystyczna.

Miałeś dryg do sztuk walki?

Zdecydowanie. Nunczako machałem godzinami, szpagat robiłem, salta, fiflaki, wymyki. Codziennie miałem 2–3 godziny treningu. Byłem chudziutki, sprawny, wysportowany. Bardzo lubiłem to poczucie sprawności fizycznej. Trochę mi go jeszcze zostało, ale nie pokrywa się to już z umiejętnościami.

Sztuki walki zawsze leżały blisko duchowej strony człowieka.

Ten miks zainteresowania literaturą i poczucie sprawności fizycznej zaowocował m.in. tym, że zacząłem się kierować w stronę duchowości. Pamiętam artykuły o karate w „Żołnierzu Polskim”, jeden był o medytacji. Pobieżny, ale dał jej zaczątek. Potem przyszła parapsychologia. Nawet zacząłem uczęszczać do łódzkiego studium psychotronicznego, ale niestety, stamtąd zabrano mnie do wojska. (śmiech)

Od dzieciństwa rzeczywistość była dla mnie dziwna i niepokojąca. Nurtowało mnie: jak to jest, że ludzie żyją, jaki powinienem być w życiu i czy to ważne? Plus do tego lekkie niespasowanie z grupami rówieśniczymi, bo ciągle siedziałem w bibliotece.

No i mamy ten syndrom niezrozumiałego dziecka.

Oczywiście grałem i w piłkę, i jeździłem na rowerze, jednak poczucie duchowego niepokoju tkwiło we mnie od dawna. To wyszło po części od fascynacji kulturą japońską. Tak docierałem do mistrzów zen, do buddyzmu, interesowałem się ogólnie pojętą parapsychologią, medycyną alternatywną, kierowało mnie do poszukiwań, zdarzyło mi się być na obozie reberthingu.

Potem bliskość związana z Bogiem, z postacią Jezusa. Pojawiała się literatura związana z medytacją, kulturą wschodnią: „Wolność od znanego” Krishnamurtiego, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, w podstawówce na loterii wygrałem „Podróż na wschód” Hermanna Hessego, gdy mieszkałem w Krakowie, mając 22–23 lata, trafiłem na „Enneagram” Helen Palmer, w której pierwszy raz przeczytałem o Georgiju Gurdżijewie. Uważał on, że zbyt mało jest w życiu czasu na pracę nad sobą na pół gwizdka i starał się bardzo szybko selekcjonować osoby, które nie mają wystarczającej determinacji w pracy nad sobą. To mi się podobało.

Jadąc kiedyś na występ słuchałem wykładu amerykańskiej liderki Odnowy w Duchu Świętym o wybaczaniu. Doznałem wówczas bożej miłości i tak ogromnej oczyszczającej energii, że ma to wpływ na mnie do dzisiaj. Nie istnieje nic, co jest bardziej warte naszego zachodu, jak doznanie miłości i kierowanie się nią w życiu. Bo życie bez miłości jest jakąś formą zaburzenia.

No i nagle cała ta skomplikowana literatura chrześcijańska stała się oczywista i klarowna. Pismo święte, które kiedyś było dla mnie enigmatyczne, starodawnie brzmiące, nawet niespójne, czytałem jak bajkę dla dzieci.

Przyznajesz, że medytacja i wiara pomaga w budowaniu relacji z widownią. Im więcej ma się w sobie miłości do ludzi, tym większa akceptacja na scenie.

Jednym z elementów miłości jest wybaczanie. Więc jeśli we mnie jest miłość, to potrafię wybaczyć nawet najbardziej przeszkadzającej osobie na widowni. Więcej – wszystko co się wydarza na widowni, przyjmuję na „tak”. I to się czuje.

Kabaret jest postrzeganiem mocno bezrefleksyjnym. Widz nie analizuje tekstu ani literacko, ani aktorsko, ani konstrukcji dowcipu. A tam przekazywana jest masa informacji na poziomie nieświadomym. Genialnym przykładem jest ta strzelba Czechowa, że jeśli w pierwszym akcie wisi nad kominkiem, to w trzecim musi wystrzelić. Tej dbałości, czystości konstrukcji dowcipu, nauczyłem się m.in. od Rafała Kmity. Gdy znajduję w tekstach jakąś flintę, która potem nie wystrzeliła, to ten tekst czyszczę.

Rozmawiał na schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w Olsztynie
(w poniedziałek 26 czerwca o godz. 9.40 przy temperaturze 14°C):
Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

* Grzegorz Halama – od dwóch dekad znany głównie jako kabareciarz, choć w dorobku ma wiele ról teatralnych i filmowych (świetna rola w „Polskim gównie”). Wykreował parodystyczną postać Pana Józka, mało inteligentnego hodowcy drobiu – przez 10 lat w radiowej Trójce emitowano „Wywiady z Panem Józkiem”. Z parodią przedarł się też do muzyki. Słynną piosenką hip-hopową „Ja wiedziałem, że tak będzie”, przez trzy tygodnie plasował się na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki.