SPALONA BENZYNA RAJDOWA TO, JEGO ZDANIEM, NAJPIĘKNIEJSZE PERFUMY ŚWIATA. CZY KAMIL DURCZOK* MÓGŁBY BYĆ DZISIAJ RÓWNIE ZNANYM KIEROWCĄ RAJDOWYM CO DZIENNIKARZEM TELEWIZYJNYM?

MADE IN: Podobno kiedyś w drodze z Warszawy na Śląsk ukradli ci Subaru Imprezę, zostawiając cię na drodze w koszuli? 

Kamil Durczok: To było w Jankach na nieistniejącej już stacji Shell. Po zatankowaniu włączałem się do ruchu i na pas, którym jechałem, wyszedł człowiek. Patrzył się jakby za mnie, zastanawiając się czy zdąży przebiec przed samochodem, który jedzie za mną. Więc jak tak stał i stał, to i ja się zatrzymałem, by go przepuścić. I bach! Stłuczka z tyłu. Spojrzałem w lusterko – Saab, więc kompletnie niezłodziejskie auto. Wysiadłem spokojnie, a pan z Saaba wyskakuje, jakiś dziwny był, miał strasznie grube oprawki, szalik po sam nos, ale uznałem, że skoro jest 20 lutego i mróz, to jest to uzasadnione. No i krzyczy do mnie: co pan zrobił? Więc ja mu: „jak to co ja zrobiłem?! To pan mi raczej zrobił!”. A on dalej: „no ale niech pan podejdzie i zobaczy co pan zrobił”. Więc patrzę na tę zachlapaną tablicę rejestracyjną i wtedy poczułem, że ktoś mi wytrąca z ręki kluczyki i błyskawicznie odjeżdża moim autem. Tamten z Saaba równie błyskawicznie odjechał, o mało mnie nie potrącając. No i zostałem tak przy minus dziesięciu w koszuli. Na szczęście nawyk mam taki, że telefon komórkowy chowam zawsze do kieszeni, więc od razu zadzwoniłem do szefa policji.

To były jeszcze czasy kiedy mieszkałem w hotelach – rok 1999 – więc i cały dobytek woziłem w aucie. Ze złodziejem pojechało wszystko, łącznie z ciuchami i notatnikiem z ważnymi kontaktami. Najśmieszniejsze było to, że jak wszedłem do tej stacji, przyprószony śniegiem i zziębnięty, to facet zza lady – o nic nie pytając – podał mi kartkę mówiąc: „tu ma pan wszystkie numery: na policję, do zastrzeżenia kart…”. Wtrąciłem: „skąd pan to wie?”. A on: „panie, tu dziesięć razy dziennie to się dzieje”.

Czasy gangsterki samochodowej i klasyczna robota na tzw. stłuczkę.

Samochód odnaleziono kilka tygodni później, niestety zanim zdążyli mi wypłacić odszkodowanie z ubezpieczenia. Zadzwonił z triumfującym głosem w słuchawce komendant obwieszczając, że mają moje auto. Wcale nie byłem pocieszony, bo odnaleźli je dzień przed zamknięciem postępowania odszkodowawczego.

Pewnie w dodatku zamęczone Subaru?

Tak, pourywane spoilery, wymontowane halogeny, ale m.in. po to by mniej rzucało się w oczy. Bo jak się potem okazało, auto miało posłużyć do napadu na Bank Spółdzielczy gdzieś pod Warszawą i potrzebowali coś szybkiego. A zostało zlokalizowane na terenie centrum towarowego w Warszawie. Prze trzy dni antyterroryści obserwowali auto, aż ktoś je odbierze. Ale nikt nie odebrał. Potem okazało się, że w komendzie stołecznej działał gang policjantów współpracujący z przestępcami i po prostu dostali cynk. Potem tych policjantów zgarnęły służby z Katowic, zresztą z domów o szóstej rano. Pamiętam, bo zrobiliśmy z tego należytą oprawę w telewizyjnych Wiadomościach.

Wróćmy do samego auta, bo mocna Impreza sugerowała wówczas sporo o tobie jako właścicielu – że lubi czerpać frajdę z jazdy pełnymi garściami. 

Ja mam trochę benzyny zamiast krwi. To po ojcu, który był absolutnym miłośnikiem motoryzacji. Ponieważ jego babcia była zamożną kobietą – posiadała przedsiębiorstwo kominiarskie – więc miała z czego finansować ojca rajdy. Jeździł i w wyścigach górskich, i w rajdach, najpierw Zastawą 750, potem Steyr Puchem, do którego zresztą układ wydechowy kupił od Sobiesława Zasady w Krakowie. Ojciec zabierał mnie na rozmaite imprezy już kiedy miałem cztery czy pięć lat, np. na oes Rajdu Wisły, w nocy na torze testowym FSM w Tychach. Do dzisiaj pamiętam jak nasz fabryczny team tłukł się z NRD-owcami, którzy przyjechali wtedy na znakomicie przygotowanych Trabantach. Chyba tylko znajomość toru przez naszych kierowców sprawiła, że ostatecznie zlali Niemców.

To już wszystko jasne, dlaczego ty też potem zacząłeś startować w rajdach.

Nie dało się inaczej. Ojciec nauczył mnie jeździć jak jeszcze siedziałem na jego kolanach mając może z osiem lat. Jak miałem 12 to już sam jeździłem, z fotelem podsuniętym i poduszką pod tyłkiem. Żółtą Zastawą 1100p, rodzinnym autem, które po miesiącu nie miało przede mną większych tajemnic.

Do jakiego etapu bawiłeś się w rajdowanie?

To były rajdy okręgowe. Jeździłem w nich dopóki nie rozwaliłem i już nie miałem pieniędzy żeby naprawić n-tego Malucha, którym startowaliśmy. Mieliśmy jechać jako zerówka w Rajdzie Wisły. To była końcówka lat 80., trenowaliśmy w lasach między Rudą Śląską, a Katowicami Ligotą. Był tam odcinek specjalny, wąziutki asfalt, strasznie kręty, ale też z szybkimi partiami. Na jednym piątkowym zakręcie wypakowaliśmy na ręcznym i skończyła się jazda. Nie miałem kasy na odbudowanie auta, potem zaczęło się radio i tak też zakończyło rajdowanie.

Ale później gościnnie też się ścigałeś, bo dzięki przygotowaniom do rajdów przypadkiem odkryto u ciebie nowotwór.

Odkryłem guza kiedy przygotowywałem się do Rajdu Paryż-Dakar. Chodziłem wtedy na siłownię, biegałem, miałem naprawdę dobrą formę. I pamiętam, byłem wtedy w mieszkaniu w Warszawie, stałem przed lustrem i jak każdy facet, który trenuje już cztery miesiące – co może robić? Oczywiście oglądać muskuły przed lustrem. Zobaczyłem coś niepokojącego i tak oto zaczęły się badania.

Ale zaraz po tym pożyczyłem od Zbyszka Steca fantastycznego 450-konnego A-grupowego Lancera, którym z dziennikarzem Wojtkiem Majewskim pojechaliśmy w Rajdzie Żubrów. Mieliśmy mnóstwo frajdy. Spalona rajdowa benzyna to najpiękniejsze perfumy świata.

Wspomniałeś o niedoszłym Rajdzie Paryż-Dakar.

To był wspólny projekt z Maćkiem Majchrzakiem, nieżyjącym już dilerem Jeepa w Łodzi. Otóż w grudniu przed naszym wspólnym startem los zrobił mi przykrą niespodziankę, a ja jemu, bo okazało się, że mam nowotwór. Mieliśmy jechać Jeepem, którego Maciek przygotowywał od roku. Kilka lat temu zginął na motocyklu, samochód zajechał mu drogę.

Odważnie piszesz w swojej nowej książce, że szybką jazdą na motocyklu odreagowujesz stres.

W tym roku mało jeździłem po torach, ale ubiegły był bardzo dobry. Jeździmy na Slovakiaring, typowo motocyklowym torze. To jest nieprawdopodobna adrenalina. Ale jest też kilka tras na których slidery można zjechać do końca. Na Słowacji, jak się przejedzie nieczynne przejście graniczne w Węgierskiej Górce i dojedzie do Czadcy, to tam jest droga powiatowa nr 42, która prowadzi do jakiejś dziury, której nazwy nie pamiętam. Dobre 20 kilometrów zakrętów z których zdecydowaną większość widać, bo są otwarte, mimo iż to górski teren. No i tam naprawdę można przygrzać.

Byłeś już blisko tej cienkiej granicy po przekroczeniu której trafia się do piachu?

W głowie nie ma takiej granicy. Ona oczywiście jest fizyczną granicą przyczepności motocykla i twoich umiejętności, ale w głowie nie ma nigdy. Na Slovakiaringu jest zakręt, drugi po prostej startowej, który pierwszy raz, jak tam byłem, przejechałem z prędkością 160 km/h i wydawało mi się, że to jest szczyt absolutny wszystkich możliwości. Po dwóch dniach treningu przejeżdżałem go 210 i ciągle chłopaki mnie wyprzedzali, więc znaczy, że można jeszcze szybciej. Przesuwanie tej granicy w głowie jest bardzo kręcące, oczywiście przy zachowaniu zdrowego rozsądku, bo jeśli jest się szaleńcem, to prędzej czy później człowiek się zabije.

Czego szukasz w samochodzie na co dzień? Stylu?
Komfortu? Mocy?

Mocy i trakcji. Wygody i komfortu najmniej. Jak miałem psy to musiały się obydwa mieścić i mieć niekiedy wygodniej niż pasażerowie, ale podstawa to moc oraz to trzymanie się drogi.

Rozmawiał na schodach przy ul. Dąbrowszczaków 14 w Olsztynie
(19 grudnia o godz. 10.50 przy temperaturze 2 stopnie Celsjusza)
Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz

* Kamil Durczok był gościem specjalnym trzecich urodzin MADE IN Warmia & Mazury, z którym rozmawialiśmy o roli lokalnych mediów. Kilka tygodni wcześniej uruchomił regionalny portal o Śląsku Silesion.pl i wydał książkę „Przerwa w emisji” w której odsłonił kulisy rozstania z TVN po nagonce medialnej, jaką wywołał tygodnik „Wprost” zarzucając mu mobbing oraz molestowanie seksualne. Za pomówienia wytoczył redakcji dwa procesy, z których jeden już wygrał.