Wracaj bezpiecznie! – słyszę za każdym razem od Marty, jadąc na służbę. To jej życzenie i prośba jednocześnie, powtarzane jak mantra. Działa motywująco i przypomina, że bezwzględnie muszę na siebie uważać – pisze Michał Paszkowski, jeden z uczestników wyprawy Ekspedycja Zimowa Kaukaz.

Bycie strażakiem to nie tylko zawód i wielka odpowiedzialność, to także pasja. Jednak jako funkcjonariusz straży pożarnej zmagam się nie tylko z pożarami i wypadkami, ale również ze stresem, nieraz z nieubłaganym czasem, a bywa że z bezsilnością. Dlatego właśnie część z nas szuka ukojenia poza pracą. Niektórzy w domu, inni na siłowni, w garażu, na rybach, a ja w górach. Razem z Pawłem Zapadką i Łukaszem Protem pełnię służbę w Państwowej Straży Pożarnej w Olsztynie. Wspólne zdobywanie szczytów rozpoczęliśmy w 2017 roku wspinając się zimą na Kazbek, górę mierzącą 5033 m, siódmy co do wysokości wierzchołek Kaukazu. Po zejściu pozostał niedosyt. Padło wówczas pytanie: co dalej? Postawiliśmy sobie poprzeczkę nieco wyżej. Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu i Rosji, a przez wielu uważany także za najwyższy szczyt Europy, o wysokości 5642 m. Ruszyła machina organizacyjna zakończona wylotem do Tbilisi. Ta góra to prawdziwe wyzwanie, jest bardzo wymagająca, szczególnie zimą. Po dwóch dobach spędzonych w śnieżnej jamie, czekając na pogodę, zaatakowaliśmy. Pierwsza próba – fiasko. Fatalne warunki pogodowe. Mamy przecież do kogo wracać, dla kogo żyć. Żaden z nas nie chciał niepotrzebnie ryzykować ani zdrowiem, ani życiem. W górach, podobnie jak i w naszej pracy, musimy przede wszystkim zadbać o swoje bezpieczeństwo. Mówi się, że dobry ratownik to żywy ratownik. Jednak, jak brzmią słowa roty ślubowania strażackiego – zdarza się nam działać z narażeniem życia.

Elbrus zdobyliśmy podczas drugiego podejścia. 24 lutego o godz. 14 stanęliśmy na szczycie w pełni słońca. Uczucie tam, na samym wierzchołku – nie do opisania. Wolność, entuzjazm, czysta radość. Dla mnie górskie wyzwania są odskocznią od niezdrowego stresu związanego z pracą w straży. W górach panuje chłodna kalkulacja, nie podejmuję niepotrzebnego ryzyka. Skupiam się tylko na sobie i przełamywaniu własnych barier, realizowaniu celów. Na każdym kroku i kawałku podłoża, które mam przed sobą. Nie muszę myśleć o ewentualnych poszkodowanych, wszystko, co na co dzień zaprząta głowę, zostaje tam, na dole. Jesteśmy sami, polegamy na sobie. Tworzy się między nami jeszcze silniejsza więź zrozumienia, przyjaźń. Choć te, sprawdziliśmy już na co dzień w pracy, bo bezwzględne zaufanie i zrozumienie to podstawa służby. Tworzymy silny i zmotywowany zespół, który zapewne sprawnie będzie działał podczas każdego zdarzenia. Nie wyobrażam sobie chwili zawahania na akcji. Często wyłączam emocje i działam. Nie ma czasu na dłuższe myślenie i analizy, tak jak w górach.

I mimo tego, że czuliśmy się tam szczęśliwi siedząc w śnieżnej jamie, odcięci od świata, a potem oglądając świat z upragnionego szczytu, przychodzi moment, kiedy chcesz jak najszybciej wrócić do domu, do rodziny. Brakuje ci własnego łóżka i drugiej połówki obok. Podobnie czuję po służbie. Dom stanowi dla mnie bezpieczną przystań, to punkt zaczepienia, miejsce, gdzie mogę odpocząć. Po powrocie jeszcze bardziej to doceniam. Wiele osób pyta mnie: po co więc to wszystko? Po co szukać dodatkowych wyzwań? Bo gdy usiądziesz na stoku, szum wiatru zagłusza wszystkie niepotrzebne i męczące myśli. Można wtedy bez końca patrzeć na bezkres nieba i wbijające się w nie szczyty górskie. Celebrować życie w najczystszej, nie zmąconej stresem postaci.

Współpraca: Marta Sośnicka, obraz: archiwum Ekspedycji Zimowej Kaukaz