Kultowe, niepokorne, otwarte na dialog – w tym roku Kino Awangarda 2 w Olsztynie obchodzi 30-lecie. O tym czemu zawdzięcza swoją długą i ciekawą historię mówi Konrad Lenkiewicz, filmoznawca i szef kina.

MADE IN: 30 lat to pewnie pół twojego życia.

Konrad Lenkiewicz: Ciekawa połowa. Upadł komunizm, nastał wolny rynek i można było wziąć sprawy w swoje ręce jeśli się miało pomysł i energię. Choćby przejąć w dzierżawę i rozkręcić nierentowne kina, które decyzją wiceministra kultury docelowo miały zostać sprywatyzowane. Działałem przez lata w DKF-ie, robiłem ambitne pokazy dla studentów w Awangardzie. I w roku 1990 pojawiła się wizja miejsca, które będzie połączeniem kina, kawiarni i klubu dyskusyjnego. Razem ze wspólniczką Danusią Fedorczuk przejęliśmy Awangardę, a że rynek w tym czasie został zalany kasetami video, stworzyliśmy oprócz kina sieć wypożyczalni.

Na czym robiliście większy biznes?

Oczywiście na kasetach, które przez pierwsze 2–3 lata utrzymywały kino. A w latach 90. pojawiły się głośne amerykańskie premiery – „Batman”, „Jurrasic Park”, „I kto to mówi”, „Cztery wesela i pogrzeb”, które zapewniły ponowny szturm widzów na kina. Nie mogłem się przebić do pracy przez kolejkę na „Batmana”, tłum wybił szybę w witrynie. Wielu dystrybutorów współpracowało wówczas tylko z prywatnymi kinami co zapewniało nam monopol na hity. Przejęliśmy w dzierżawę upadające kino Grunwald, redystrybuowaliśmy komercyjne filmy w Kinie Kopernik. I dzięki temu Awangarda mogła przestawiać się na coraz ambitniejszy, niszowy, często kontrowersyjny repertuar jak np. film „Ksiadz”. Zostałem za niego skrytykowany z ambony w katedrze, co przyniosło odwrotny skutek u wiernych – po mszy ruszyli na seans.

Słynęliście z nietypowych promocji filmów.

Przy premierze „Prêt-à-Porter” zrobiliśmy pokaz mody z udziałem olsztyńskich celebrytek, jak graliśmy „Striptiz” z Demi Moore, ku uciesze widzów przed seansem wystąpiły dziewczyny z klubu nocnego. Przed „Pułkownikiem Kwiatkowskim” aktorzy i studenci z Teatru Jaracza robili widzom przesłuchanie, a po projekcji częstowaliśmy grochówką, kiełbasą i wódką. A przy filmie „Cztery wesela i pogrzeb” starówką przeszedł orszak ślubny. 

Zdarzały się też spontaniczne „promocje”. Kiedyś do kina wszedł elegancki facet i powiedział, że chce zrobić eksperyment naukowy. Stanął w witrynie i zanim ktokolwiek zdążył zareagować rozchylił płaszcz, pod którym nic nie miał i szybko się ulotnił. Widzowie nie mogli uwierzyć, że to nie akcja promocyjna. Zbudowaliśmy wokół Awangardy kreatywną społeczność, więc wszystko było możliwe.

W nowej siedzibie udało się ją odtworzyć?

Po przeniesieniu kina do Książnicy musiałem parę lat ponownie pracować na markę i zaufanie widowni. Dzisiaj jest duża grupa osób, które przychodzą do kina w ciemno i proszą mnie o radę na jaki film mają kupić bilet. Czy w jakimś multikinie byłoby to możliwe? Tam sprzedają towar, a ja sprzedaję magię kina i emocje. Bo weźmy na przykład „Sokół z masłem orzechowym” – tytuł nie budzi zaufania, prawda? Ale poleciłem go pewnej dojrzałej parze i zapowiedziałem, że zwrócę pieniądze za bilet, jeśli im się nie spodoba. Po seansie chcieli dopłacić dziękując za film! Oczywiście pieniędzy nie wziąłem. Uwielbiam dyskutować z widzami, spełniać ich oczekiwania. Albo siadać na sali i obserwować reakcje.

Które filmy oglądałeś w Awangardzie wielokrotnie?

Na przykład „Zimną wojnę”, która po pierwszym razie nie zrobiła na mnie wrażenia. Po kolejnych byłem jej wielkim wielbicielem. Tytuł graliśmy przez 285 dni – jeden z naszych rekordów. „Samsarę” – wizualne dzieło sztuki pokazywaliśmy przez bodaj pół roku. A „Boże Ciało”, jak zaczęliśmy grać we wrześniu ubiegłego roku, tak skończyliśmy, gdy przyszła pandemia.

I widzowie przenieśli się do internetu i Netflixa.

Platformy streamingowe przeżyły boom podczas pandemii, sam oglądałem seriale na Netflixie. Ale przeżyliśmy już nie takie tarapaty, więc wierzę, że magia kina po prostu nie ma konkurencji.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Michał Bartoszewicz