W sierpniu skończył 90 lat i wciąż nie odpuszcza twórczego tempa. Przez lata związany z Mazurami reżyser Janusz Majewski, ale również pisarz i pedagog, opowie nam dlaczego nie lubi oglądać filmów w domu i jaką ofertę pracy dostał w… internecie.

MADE IN: „Starość ma wiele wad, jedną z nich jest stopniowa utrata ciekawości świata, a w konsekwencji zdumienia, radości, zachwytu” – napisał pan na facebooku. Skoro nadal pan reżyseruje i pisze, to chyba nie siebie miał pan na myśli?

Janusz Majewski: Ja z tym zjawiskiem walczę. I namawiam wszystkich ludzi, którzy osiągają późny wiek, aby nie tracili kontaktu z rzeczywistością i ciekawości. To recepta na pogodną jesień życia, odwraca uwagę od dolegliwości ciała, które są niestety wpisane w ten stan. Chociaż bywają wyjątki. Churchill mawiał, że najlepsza recepta na dobre samopoczucie to dwie whisky dziennie i żadnych sportów.

Pan tak żył?

Uprawiałem sport dopóki uniemożliwił to uraz kręgosłupa. A praca reżysera wcześniej też nie polegała na siedzeniu przed monitorem. Dzień zdjęciowy był dużym wysiłkiem, stało się przy kamerze przez wiele godzin, biegało po planie. Teraz mam od tego asystentów, ale i tak często wstaję z krzesła, bo nie wszystko da się przekazać słowami. Za starych czasów jeden z ministrów zapytał Kawalerowicza czy mógłby przyjść na jego plan. A ten odpowiedział: tylko pod warunkiem, że będzie pan robił to co ja: ja wstaję, pan też, siadam – pan ze mną. Wieczorem minister był ledwo żywy. Jak się robi film to trzeba przez parę miesięcy harować od świtu do wieczora. Przy moich 80 produkcjach trochę się więc nagimnastykowałem.

Na jakim etapie jest pana najnowszy dokument „Jazz outsiders”?

Na początku września zrobiliśmy pierwszą projekcję dla producenta. To niszowy, telewizyjny film, tak jak niszowy jest ten gatunek muzyczny. Ale wciąż ma swoich fanów o wrażliwym uchu, takich jak ja. W Polsce jest podobno kilkaset jazzowych festiwali. Nad tym filmem pracuję z montażystą zdalnie. On w Łodzi, a ja w domu na swoim 60-calowym ekranie. Ale nie lubię takiej pracy, oglądanie filmów poza kinem, co jest obecnie powszechne, to nieuchronny upadek tej sztuki. Nie ma należytego skupienia, co chwilę dzwoni telefon, wstaję zrobić sobie herbatę. A z kina się nie wyjdzie, no chyba, że kiepski film.

Na czym był pan ostatnio w kinie?

Na duńskim filmie „Na rauszu”. Miałem mieszane uczucia, rozczarowało mnie tzw. otwarte zakończenie, zabrakło puenty. Ja tylko raz miałem dylemat jak zakończyć swój film – w „Sprawie Gorgonowej” opartym na faktach. Bohaterkę skazano za zabójstwo na podstawie poszlak i do dzisiaj zastanawiam się: zabiła czy nie? A z filmów, które mnie ostatnio zachwyciły, to skromni i wartościowi „Amatorzy” o wystawianiu Szekspira przez niepełnosprawnych aktorów. Wstrząsnął mną także obraz Jana Holoubka „25 lat niewinności”.

W tle pana profilu na facebooku jest kadr z filmu „Excentrycy” na podstawie powieści olsztyńskiego pisarza Włodzimierza Kowalewskiego. Ma pan do niego szczególny sentyment?

Film dostarczył ludziom radości, bo wszedł do kin na przekór trendowi filmów smutnych i przygnębiających, uprawianemu przez moich kolegów z branży. Zaproponowałem trochę radości, optymizmu, pokazałem tę słoneczną stronę ulicy. Dało to mi dużo satysfakcji, nie wspominając o nagrodach.

Sam pan prowadzi swoje profile w social media?

Na facebooku tak, moje reakcje czy publikacje zawsze są czymś sprowokowane. Ale denerwuje mnie fikcja internetowych znajomości. Kiedyś z uprzejmości akceptowałem wszystkie zaproszenia do grona znajomych, a teraz wyskakują mi powiadomienia o urodzinach osób, których nie znam. Mało tego. Na Linkedinie ktoś założył mój profil bez porozumienia ze mną. Dostałem nawet ofertę pracy jako senior menadżer w firmie, chyba sprzedającej abażury. Wyobraża sobie pani, że 90-latek miałby szukać pracy? Media społecznościowe to pułapka, cyjanek czasu. Łapię się czasem na tym, że oglądając śmieszne filmiki, przeglądając publikacje znajomych, przelatują mi cenne dwie godziny.

Spotyka się pan również z internetowym hejtem?

Raz skomentowałem informację o przykrych praktykach w szkołach aktorskich, ale zostało to źle zinterpretowane i kobiety rzuciły się na mnie. Zupełnie się nie zrozumieliśmy, bo ja zawsze powtarzam, że ludzkość powinna oddać władzę w ręce kobiet, a nie pozwalać rządzić bandzie męskich głupców. Poza tym ludzie wystawiają mi wręcz kapliczkę w internecie. A ja to „lajkuję”, bo tak wypada.

Bywa Pan jeszcze w Dworze Mazurskim Laśmiady, który niegdyś prowadził pan z żoną?

Dzisiaj zarządza nim mój wnuk i czasem go tam odwiedzam. Ale już mnie to miejsce nie pociąga jak przed laty. Kiedyś czułem, że jestem u siebie, zapuszczam tam korzenie. Kiedy zachorowała żona (słynna portrecistka Zofia Nasierowska – red.), wróciliśmy do Warszawy ze względu na bliskość lekarzy. Mam sentyment do tego miejsca, ale dzisiaj życie tam oznaczałoby kompletną samotność. W Warszawie jeszcze działam zawodowo, telefon wciąż dzwoni. Syn mnie spytał ostatnio, po co je wszystkie odbieram. Kontakt z ludźmi sprawia, że żyję.

Ma pan jakieś niespełnione marzenie, którego można życzyć z okazji urodzin?

Oczywiście odpowiem, żeby życzyć mi zdrowia, bo resztę mogę sobie kupić. Z satysfakcją obserwuję jak coraz mniej mi potrzeba do życia, nie mam już prawie żadnych materialnych potrzeb. A gdyby ktoś zaproponował mi bilet do miejsca w którym nie byłem, wybrałbym może Amerykę Południową. Tyle że podróż byłaby udręką, więc raczej odmówię.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Kuba Klepański

Benefis Janusza Majewskiego z okazji 90. urodzin odbył się podczas 5. Forum Kultury Warmii i Mazur w olsztyńskim Hotel Park. 

Więcej na stronie 95