W PREMIEROWY WEEKEND „OSTATNIĄ RODZINĘ” OBEJRZAŁO W KINACH PONAD 100 TYS. WIDZÓW. O WIELOLETNIEJ PRACY NAD UDOKUMENTOWANIEM HISTORII BEKSIŃSKICH OPOWIADA POCHODZĄCY Z KĘTRZYNA SCENARZYSTA FILMU ROBERT BOLESTO.

MADE IN: Mimo rewelacyjnego przyjęcia filmu przez krytykę i widzów, pojawiły się też głosy, że zrobiliście z Beksińskich – zwłaszcza Tomasza – szaleńców. Poprawiłbyś dzisiaj scenariusz?

Robert Bolesto: Żałuję, że nie wszystkie sceny weszły do filmu, trzeba było część z nich odrzucić przy montażu, np. scenę, w której Zosia, Zdzisław i Tomek jadą na złomowisko z dwiema kamerami, by nagrać samochód po wypadku. Ale czuję dużą satysfakcję z efektu końcowego, bo film jest bliski moim wyobrażeniom na temat bohaterów. Każdy, kto zetknął się z Beksińskimi, ma jednak własną wizję, więc trudno wszystkim dogodzić.

Wiedzieliście, że będzie problem z przyjęciem przez widzów filmowego Tomka?

Jasne. Jego fani, dawni słuchacze, mają wyidealizowany obraz, zbudowany na podstawie emocji, które stwarzał swoim głosem i charyzmą na antenie Trójki. My skupiamy się na tym, co się działo, kiedy rodzina funkcjonowała we własnym gronie, bez osób trzecich. Zarzut, że przedstawiamy Tomka jako osobę niespełna rozumu, wynika z nieuważności. Zbudowaliśmy go inaczej niż pozostałych bohaterów. Jest kalką swoich fascynacji ze świata filmu i muzyki. „Nie wiedziałem, że jest pan duchem” – zwraca się do niego Piotr Dmochowski, marszand Zdzisława. Tomek był trochę nierealną postacią, odtwarzał w życiu role, cytował. Jednak widzowie skupiają się bardziej na porównaniach naszych bohaterów z oryginalnymi nagraniami z życia Beksińskich, które można znaleźć np. na YouTube. Film bazuje na prawdziwych wydarzeniach, jednak jest to fabuła.

A katastrofa lotnicza, w której Tomek brał udział? Rzeczywiście ją przewidział?

Usłyszał o niej od numerologa, z którym się konsultował. Wspominał o tym osobie z bliskiego grona. Wybuchów w samolocie było w rzeczywistości więcej niż w filmie, ale chcieliśmy uniknąć hollywoodzkich efektów.

Kilkanaście lat zajęło ci studiowanie życiorysu Beksińskich. Ułożyłeś te puzzle czy zabrakło elementów?

Zostały luki w materiałach, którymi dysponowałem. W muzeum w Sanoku, gdzie znajduje się większość dokumentacji pozostawionej przez Zdzisława Beksińskiego, nie dostałem wszystkich nagrań VHS, wglądu do dzienników. To dyrektor muzeum decydował o tym, co wyciągnie z sejfu i mi udostępni. Ale nie to było najgorsze. Przestałem się w pewnym momencie wgłębiać, bo czułem, że zaczynam tonąć w ilości materiałów i wątków z ich życia. Czuję nasycenie ich historią, nie przeczytałem nawet „Dzienników”, które niedawno ukazały się na rynku.

Twoja fascynacja Beksińskimi zaczęła się od audycji radiowych Tomka czy malarstwa Zdzisława?

Na audycje Tomka się nie załapałem. W latach 90. pożyczyłem od koleżanki album z malarstwem Zdzisława, potem natknąłem się na reportaż „Leży we mnie martwy anioł” Wojciecha Tochmana. Beksińscy bardziej zaciekawili mnie jako ludzie niż artyści. Zacząłem pisać o nich sztukę teatralną, a po morderstwie malarza powstał scenariusz filmowy, który przeleżał kilka lat w szufladzie. Zgłosił się po niego reżyser Jan P. Matuszyński, który przeczytał o nim przypadkiem na stronie Zdzisława Beksińskiego na Wikipedii.

Na festiwalu filmowym w Locarno ludzie śmiali się na seansie, a w polskim kinie więcej ciszy i łez. Za bardzo sugerujemy się mitem o fatum nad rodziną Beksińskich?

Za granicą odbierają film w innym kontekście. W Polsce większość widowni wie, na jaką historię idzie i jest trochę wycofana. Ponadto my, naród katolicki, mamy problem z tragikomedią, nie potrafimy reagować z dystansem w obliczu nieszczęścia, nie wypada nam się śmiać. Jesteśmy ponurakami.

Masz już nową historię na film?

Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu „Serce miłości” na podstawie mojego scenariusza w reżyserii Łukasza Rondudy. To historia o żyjących artystach: Zuzannie Bartoszek i Wojciechu Bąkowskim, ich relacji mistrz-uczennica, miłości i życiu, które łączy się ze sztuką. W rolach głównych zobaczymy Justynę Wasilewską i Jacka Poniedziałka. Takie współczesne love story, swoisty rewers Beksińskich.

Rozmawiała: Beata Waś, obraz: Hubert Komerski

Robert Bolesto – ur. w 1977 r. w Kętrzynie, skończył tam technikum elektryczne. Studiował na Politechnice Warszawskiej, której nie skończył, zaliczył dwuletnie warsztaty pisarskie w Collegium Civitas w Warszawie. W 2000 roku zadebiutował w „Rzeczpospolitej” opowiadaniem „Gorący dzień”. Autor dramatów i scenariuszy filmowych, m.in. „Hardkor Disko”, „Córki dancingu”. Film „Ostania rodzina”, nagrodzony m.in. Złotymi Lwami na festiwalu filmowym w Gdyni, opowiada o 28 latach życia w Warszawie Zdzisława Beksińskiego, wybitnego malarza, jego żony Zofii oraz ich syna Tomasza, dziennikarza muzycznego i tłumacza.