Rozmowy na schodach, czyli znane postacie o nieznanych historiach

Gościmy Włodzimierza Szaranowicza*
pijemy soki Frankie’s**

Ściągnął do polskich telewizorów NBA, które komentował, więc szybko stał się moim koszykarskim guru – tuż po fenomenalnym Chicago Bulls. Jak to było z tą koszykówką? Przy okazji Festiwalu Telewizyjnych Filmów Sportowych w Olsztynie zaprosiliśmy na schody Włodzimierza Szaranowicza*.

Made in: Urodzony 21 marca, absolwent AWF, trenował koszykówkę…
Włodzimierz Szaranowicz: Tak jest.

Powiedziałem to o sobie.
(śmiech) 21 marca? Gratulacje. Znakomity znak, pierwszy baran. Pierwszy do walki, ale też do sensownych rozwiązań. Dodatkową okrasą jest pierwszy dzień wiosny. Optymistyczna natura, niektórzy mówią, że na granicy naiwności. Ale wolę być naiwny, niż cyniczny.

Cieszę się, że mogę mieć tyle wspólnych cech z kimś…
…Kiedyś miałem jeszcze takie same włosy (wtrąca śmiechem już donośnym).

Fakt, takie też widywało się kiedyś na parkietach. Cieszę się, że mogę mieć tyle wspólnych cech z kimś, kto zaszczepił we mnie i w moim pokoleniu miłość do NBA. Jest mi pan przy okazji winien wiele zarwanych nocek.
Wspólnie zarwanych.

Spotykamy się przed Nocą Komentatorów z okazji Festiwalu Telewizyjnych Filmów Sportowych. Proszę się przyznać, kiedy komentował pan te nocne z NBA, przyspał pan kiedyś?
Raz tylko, na przestrzeni tylu lat, zdarzyło się, że położyłem się w domu na chwilę, około północy. Na półgodzinną drzemkę po ciężkim dniu. Mecz miał być o trzeciej. No i obudziłem się piętnaście po drugiej. I była to najbardziej szaleńcza jazda w moim życiu, a miałem wtedy Hondę Accord. Do studia wpadłem w ostatniej chwili, przekaz już się zaczął. Rysiek Łabądź, mój partner od komentowania, siedział niewzruszony i powiedział: „wiedziałem, że dojedziesz”. Zresztą nawet gdybym nie dojechał, pewnie powiedziałby, że Szaranowicz zamilkł z wrażenia.
Noce z NBA to była fantastyczna zabawa. Od początku nastawiliśmy się na prawdziwy show. Polska nie oglądała amerykańskiego sportu zawodowego, więc trzeba było to inaczej narracyjnie poprowadzić.
Bo oto nagle zobaczyliśmy kosmos. W porównaniu z koszykówką, którą do tej pory znaliśmy, była to przepaść. Pamiętam moją pierwszą żywą fascynację zawodnikami NBA. Drużyna amerykańskich gwiazd, z wszystkimi sławami tamtych czasów, przyjechała do Hali Gwardii, tej siermiężnej, bardziej przypominającej halę targową, na mecz z AZS. Początkowo bawili się, ale w drugiej połowie mój ukochany AZS, w którym grałem, nie mógł trzech podań wykonać, bo okazało się że czarodzieje z Bielan, w porównaniu z prawdziwymi czarodziejami światowej koszykówki, jednak niewiele potrafią. To była dla mnie przykra nauczka, mimo iż wyszkolenie techniczne AZS-u, który brylował w ówczesnej polskiej koszykówce, było niezłe.

Ja miałem farta, że kiedy zaczynałem trenować koszykówkę, był akurat boom NBA. Pan jest równo ćwierć wieku starszy ode mnie, więc czy kiedy pan trenował, mieliście jakiś dostęp do NBA?
Tak, bo ówczesny szef katedry koszykówki na warszawskim AWF, Walenty Kłyszejko, Łotysz z wielkimi zasługami dla polskiej koszykówki, był kolekcjonerem filmików z NBA. Miał kontakty, ktoś mu je przywoził. I oglądaliśmy je na specjalizacji na uczelni. To były zjawiskowe rzeczy, które wydawały się czysto filmowe, nierealne, jakaś półfikcja. Dopiero kiedy wszedłem pierwszy raz do hali Lakersów w Los Angeles, zobaczyłem to wszystko na żywo i nie mogłem uwierzyć, że można tak grać. Odleciałem. I pomyślałem wtedy sobie: „Boże, jak byłoby to wspaniale kiedykolwiek pokazać to w Polsce”. I tak się ułożyło, że w końcu lat 80. nawiązaliśmy kontakt z NBA i zaczęła się nasza regularna zabawa, włącznie z finałami na żywo.

Pan przerwał trenowanie z powodu kontuzji?

Fizycznie z powodu złamania nogi na nartach na trzecim roku studiów. Dość skomplikowanego zresztą, które ciągnęło się za mną przez trzy lata, z dwoma operacjami włącznie.

Gdzie pan wpakował się na tych nartach?
W Zieleńcu na obozie, ostatniego dnia, kiedy już nie było warunków do jazdy, robiłem na lodoszreni ześlizg boczny i wpadłem pod podrąbany pniak, który przeciął mi nogę tuż nad butem. Cudem ją uratowali. O sporcie nie było mowy. Ale i tak szans na karierę nie miałem, bo byłem za mały.

Na jakiej pozycji pan grał?
Tylko playmaker. Dużo rzucałem.

Rekord meczu?
33 punkty.

No tak, to napijmy się soku o nawie nockout.
(czyta na kubku) Frankie’s… Jaki skład?

Jabłko, cytryna i awokado.
Jestem tuż po śniadaniu. Nawet nie ruszę.

Rozmawiał w sobotę 23 maja o godz. 10.25 przy temperaturze 18 stopni Rafał Radzymiński. Obraz: Joanna Barchetto (też piła sok, bo najbardziej lubi „te zielone”)

*Włodzimierz Szaranowicz, ikona polskiego dziennikarstwa sportowego. Od ponad 30 lat związany z TVP, od sześciu lat dyrektor TVP Sport. Relacjonował 17 igrzysk olimpijskich, czym ustanowił raczej trudny do pobicia rekord. Jest synem jugosławiańskich emigrantów, pierwotnie nazywał się Vladimir Šaranović.
** Partnerem „Rozmów na schodach” jest Frankie’s – polska marka z wyjątkowymi sokami. Olsztyn jest ich trzecim miastem, po Wrocławiu i Krakowie. Sokami można się delektować na parterze Galerii Warmińskiej.