Swojsko, ale światowo. Tanio, ale jakościowo. Jeśli masz przesyt komercji i galerii handlowych, wsiądź w sobotę w samochód i jedź do Dywit. A możliwe, że na „Moim Rynku” w stodole odnajdziesz smak dzieciństwa.

Dywity, sobota, ósma rano. Pod wyremontowaną stodołą w centrum wsi kręci się już spory tłumek klientów. Mimo że czasy kolejek dawno za nami, kto nie stanie w ogonku, może obejść się ze smakiem. Pączki wileńskie z nadzieniem różanym pani Gabrieli schodzą z półki w pół godziny, podobnie jak świeże ryby od pana Jarka. „Mój Rynek” w Dywitach to raj dla miłośników domowych produktów i wyrobów. No i dla samych sprzedających-rękodzielników i drobnych wytwórców żywności. Takich warunków pracy mogą im pozazdrościć handlarze z olsztyńskich targowisk.
– Mamy tu jak w niebie: ciepło, bieżąca woda, zadbane sanitariaty, a nawet telewizor – wymienia pan Zbyszek Szczepański, sprzedawca warzyw i przetworów. – To poziom nie europejski, a światowy!

Fakt, jest światowo, chociaż towar wyłącznie lokalny. No, może poza cytrusami. Sery, wędliny, miody, ciasta, ryby, przetwory i mnóstwo ręcznej roboty – dzierganych na drutach swetrów, ozdób decoupage czy świeczek z wosku pszczelego. Co tydzień kilkanaście stanowisk w stodole oferuje towar najwyższej jakości. Z własnego ogródka, gospodarstwa, hodowli, warsztatu. Część wystawców należy do prestiżowej sieci „Dziedzictwo Kulinarne Warmia, Mazury i Powiśle”.

– Przygotowując ciasta, pączki i naleśniki, sięgam do smaków swojego dzieciństwa: kuchni kresowej – tłumaczy Gabriela Matusiak z Różnowa. – Mam swoich stałych klientów, którzy w każdy sobotni poranek czekają na mnie przed stodołą. Praca tutaj to sama przyjemność. Rodzinna atmosfera i klienci, którzy cenią nasze wyroby. Przypadkowi ludzie tu nie trafiają, to stała grupa, stawiająca na zdrową, naturalną żywość i tradycyjny smak.

– Jestem tu od początku powstania targowiska i bardzo sobie cenię to miejsce – dodaje Jarosław Parol, właściciel Tradycyjnej Wędzarni Warmińskiej z Kaborna. – Warunki mamy świetne, pracujemy jak biali ludzie. Żałujemy, co prawda, że Dywity nie mają stu tysięcy mieszkańców, ale i olsztyniacy powoli zaczynają nas doceniać.

Kto raz przyjedzie do Dywit, uzależnia się od zakupów na targowisku. Bo nie tylko towar się liczy. Atmosfera w stodole jest tak swojska i przyjazna, że portfel sam się otwiera. Pan Zbyszek częstuje domową ćwikłą z chrzanem, można spróbować chleba na zakwasie, ekologicznego oleju czy swojskiej kiełbasy. Kwitnie też handel wymienny między sprzedawcami.

– Od ponad roku pracujemy razem i zżyliśmy się – mówi pani Gabriela od „Smaków Gabi”. – Jak klient nie dopisuje, mamy co robić. Kosztujemy nawzajem swoich przysmaków, oglądamy telewizję, niektórzy grają w karty. Jak będzie pozytywna energia między nami, to i ludzi więcej przyciągniemy.

Wójt gminy Dywity Jacek Szydło jest dumny z targowiska w stodole, które działa od jesieni 2013 roku. Zaniedbany zabytkowy budynek, wydzierżawiony od parafii, zyskał nowy blask po modernizacji z unijnych środków. Do dyspozycji sprzedawców oddał 14 stanowisk i długą ladę. Stworzył kilkunastu osobom świetne warunki pracy.

A poza tym promuje lokalne wyroby i daje przykład innym samorządowcom, że gminne targowiska w komfortowych warunkach to strzał w dziesiątkę. – Na targu w Dywitach nie kupimy wyrobów słabej jakości i z importu. Tu kupimy produkty ludzi, którzy wkładają w swoją pracę serce, bazują na wiekowych recepturach – zapewnia wójt Szydło. – Chcieliśmy stworzyć tu kulinarną i rękodzielniczą wizytówkę gminy. I jednocześnie dać przykład innym samorządom, jak rozwijać lokalny rynek. Opłaty za korzystanie z targowiska są minimalne, więc chętnych do handlu nie brakuje. A towaru jest tyle, że wystarczy i dla klientów z gminy, i ze stolicy regionu.

Tekst: Beata Waś, Obraz: Joanna Barchetto