Swoimi projektami udowadnia, że nie istnieją przedsięwzięcia niemożliwe. Juliusza Packa, czyli DJ-a Funktion, trzykrotnego mistrza świata prestiżowego konkursu IDA w kategorii show, wywołujemy na parkiet.

Made In: 14 lat temu myślałeś, że będziesz tworzyć wyłącznie rap…

Juliusz Pacek: Wtedy moje horyzonty nie były tak szerokie, a były to jeszcze takie czasy, że muzyka rapowa miała bardzo dużo wspólnego z hip-hopem. Didżeing, rap, breakdance, graffiti były ze sobą związane. Teraz może nie jest to takie oczywiste. Rok tak poscratchowałem [technika polegająca na przesuwaniu płyty pod igłą – przyp. red.], pojechałem do Poznania i poznałem tam swojego pierwszego nauczyciela – DJ Piotrusia Pana. To on wprowadził mnie w świat elektroniki.

Nie ukrywam, że teraz duża część mojej aktywności dzieje się w klubach, ale nie wszystko. Graliśmy np. koncert otwierający toruńskie Jordanki. 80 osób na scenie, mnóstwo elektroniki, perkusja, bas, fortepian… Duże przedsięwzięcie.

Jak połączyć tak odległe światy?

To dla mnie coś nowego. W tym roku zacząłem współpracę z Partymanią. Musiałem się sporo nauczyć i jestem im za to wdzięczny. Włodzimierz Klepacki, DJ z ponad 20-letnim stażem i właściciel Partymanii, wyjął mnie ze świata klubowego. Po briefingach i delikatnym ociosaniu uznał, że jest szansa dla mnie w tym świecie. (śmiech)

Co zaskakującego ci pokazał?

Włodek do perfekcji opanował tę psychologiczną część grania. Wystarczy, że spojrzy na tłum i wie, w którą nutę uderzyć. W klubie jest to prostsze, bo wiemy, czego możemy się tam spodziewać, kto przyjdzie. A podczas prywatnych imprez nie jest to tak oczywiste.

Cały czas improwizowanie?

Nie ma klucza. Nie można się przygotować. Można mieć – i dobrze ją mieć – wiedzę muzyczną, którą umie się wykorzystywać. Jeździłem z Włodkiem na różne eventy, podpatrywałem go, czasem graliśmy razem. Partymania to bardzo wysoki poziom także ze względu na nagłośnienie i oświetlenie. Przyjeżdżam na świetnie przygotowane wydarzenie i nie mam żadnych problemów technicznych. Grałem m.in. z Michałem Szpakiem, Kamilem Bednarkiem i wiem, że wszystkie oczekiwania artystów są spełniane od ręki.

Cenię tę współpracę, ponieważ paradoksalnie świat eventowy częściej stawia na profesjonalizm. Nie ma miejsca na celebryckie zachowanie: popuszczamy muzykę i będzie fajnie. Ludzie są bezlitośni i nie znoszą pomyłek.

Co jest najistotniejsze w sztuce didżejskiej?

Najpierw trzeba zadać sobie pytanie, czego oczekuję od sprzętu muzycznego, na czym chcę grać, co chcę grać. Granie rozumiane jako puszczanie numerów, jest najprostsze. O wiele bardziej skomplikowana jest psychologia. Trzeba czuć, co zagrać w danym momencie.

Ja od początku byłem związany z turntablismem, czyli wykorzystaniem gramofonu jako elementu muzycznego, później poznałem Steve’a Nasha, producenta, który robi wielkie rzeczy na naszym podwórku. Mimochodem zaczerpnąłem od niego coś na własne potrzeby.

I to ze Stevem Nashem udało ci się zostać trzy razy mistrzem świata DJ-ów.

Wystąpiłem ze Stevem Nashem, który w ogóle nie był związany z didżeingiem. Sam od 20 lat gra na fortepianie i jako młody chłopak dawał koncerty w filharmoniach. Muzyką elektroniczną zainteresował się później. Gdy startowaliśmy po raz pierwszy, chyba nawet nie dotknął gramofonu. Grał na klawiszach, perkusji elektronicznej, dokładał bity. To może było po prostu takie unikatowe połączenie to granie na klawiszach i bębnach z gramofonami. I chyba nasz klucz do sukcesów.

Rozmawiała: Hanna Łozowska, obraz: archiwum prywatne