MĘŻCZYZNA I MASZYNA

Prawdziwe historie o prawdziwej miłości do samochodu

W 1977 roku o Zbigniewa Ostrowskiego upomniała się Wojskowa Komenda Uzupełnień. Krótko mówiąc, miał „pójść w kamasze”. Stało się tak, ponieważ Zbyszka wyrzucili właśnie z ogólniaka za młodzieńcze wybryki, a konkretnie za niekontrolowane eksperymenty z chemikaliami. I to wcale nie w pracowni chemicznej, a w szkolnej łazience. 

A dla młodego człowieka były to czasy albo nauki, albo obowiązkowej służby wojskowej. – Pamiętam, że kiedy szedłem na wezwanie do WKU, przeczytałem w gazecie ogłoszenie olsztyńskiego Spomaszu, który robił nabór na pracowników do przemysłu spożywczego – wspomina Zbigniew Ostrowski.

Spomasz wysyłał młode kadry na praktyki przyuczające do NRD. To było coś. Zbyszek poprosił pułkownika WKU, by dali mu odroczenie. Wyjaśnił, że ma szansę na ciekawy wyjazd. W wojsku postawili sprawę konkretnie: zgoda, o ile przyniesie im kwity z nowego zakładu pracy. 

W ten sposób nie tylko uciekł przed wojskiem, ale i faktycznie znalazł się na praktykach w NRD.

Do Polski wrócił po dwóch latach. Miał już prawo jazdy. Do kompletu brakowało jedynie auta. 

– Znajomy polecił mi dużego Fiata. Pojechaliśmy po niego do Kętrzyna, ale nowym nabytkiem do Olsztyna już nie dojechaliśmy. Zawiodłem się na tym aucie – mówi. – Zaraz potem kolega przyprowadził z Niemiec Peugeota 504, rocznik 1972. Biały z czerwoną tapicerką i lekko zarysowanym błotnikiem. Z miejsca zakochałem się w tym samochodzie, a ponieważ miałem akurat pieniądze, auto wkrótce było moje. Szokowało mnie komfortem jazdy i przyspieszeniem. Pamiętam, że szybko poznałem właścicieli innych Peugeotów 504, które wtedy jeździły po Olsztynie – uzbierało się nas sześciu.

To był rok 1979. Wkrótce Zbyszek trafił jednak do służby, tym razem w straży pożarnej. Potem ślub i przeprowadzka do mieszkania po babci, które trzeba było na nowo urządzić. Sprzedał więc Peugeota. Wystarczyło i na meble, i na tańszy samochód. – Ale 504-ka ciągle siedziała mi w głowie i wiedziałem, że kiedyś jeszcze taką kupię, bo to był pierwszy samochód, jaki użytkowałem – podkreśla.

W 2018 roku, przeglądając ogłoszenia w internecie, znalazł podobny model Peugeota, tyle że bordowy. I nie z silnikiem 1.8, a z dwulitrowym. – Pokazałem żonie, pytając: „Pamiętasz?”, a ona: „Tak, ale jakie to dzisiaj stare!” – przytacza rozmowę Zbyszek.

Znaleziony pod Krakowem Peugeot miał ciekawą historię. Został zamówiony przez mieszkającego w Stanach Francuza. Auto wyróżniało się bogatym, jak na tamte czasy, wyposażeniem. Kiedy Francuz po latach postanowił wrócić do rodzinnego kraju, ściągnął również i auto. Do samochodu dołączona jest kompletna historia wszystkich napraw od nowości, czyli od 1978 roku (we Francji Peugeot 504 miał rejestrację: 504 AVL 92). 

Po rozmowie telefonicznej ze sprzedawcą Zbigniew Ostrowski wysłał zaliczkę i jeszcze tej samej nocy pojechał z lawetą pod Kraków.

Jak podkreśla, Peugeot zostanie z nim już dożywotnio. – Teraz służy nam z żoną do sentymentalnych wycieczek po okolicy. Zza okien 504-ki oglądamy, jak to wszystko się zmieniło – kwituje Zbyszek.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Kuba Chmielewski