Do otwartego na oścież gabinetu w warszawskiej Akademii Teatralnej co chwilę ktoś zagląda. A to potrzebny podpis pod fakturą zakupu rekwizytu do spektaklu, a to szybka konsultacja. Wydaje się, że Wojciech Malajkat, rektor uczelni, aktor i reżyser, ma czas dla wszystkich. Ale sam przyznaje, że tak naprawdę stroni od tłumów, mediów i poklasku, a najlepiej czuje się w rodzinnej, mazurskiej głuszy.

Na stole rektorskiego gabinetu leży kartka z wydrukowaną dużymi literami sentencją „Sztuka jest albo plagiatem albo rewolucją – Van Gogh”.

MADE IN: Wydrukował to pan z myślą o studentach?

Wojciech Malajkat: Kiedy natknąłem się na te słowa, pomyślałem, że może to być dobre hasło wyjściowe do wykładu inauguracyjnego na początek roku akademickiego.

Będzie pan ich nakłaniał do rewolucji?

Od dwóch lat, odkąd kieruję uczelnią, namawiam ich aby studiowali ekstremalnie. Aby opuścili strefę komfortu, takiego właśnie plagiatu i szukali w sobie i świecie inspiracji, których nikt nie dotknął przed nimi. Rewolucja w poszukiwaniu. Żyjemy w XXI wieku i wszystko już zostało wymyślone, również w aktorstwie. Dlatego często ogranicza się ono do odwzorowania. A w sztuce najważniejsze jest, aby odkryć nową część siebie i świata, jego tajemnicy. To z takich poszukiwań powstały dzieła Van Goga, Scorsese, Jerzego Gruzy czy Małgorzaty Szumowskiej. Patrzą na świat inaczej, nie powielają tego cośmy już widzieli i słyszeli. I dlatego nas zachwycają. Chopin potrafił spojrzeć na polską wieś w taki sposób, że stworzył arcydzieła – nokturny, polonezy. I do takiej świeżości i oryginalności interpretacji namawiam studentów.

Nawet jeśli przyjdzie im grać w telewizyjnym serialu?

Takie propozycje dla wielu z nich to dylematy, mówią mi o nich. Dochodzi jeszcze kwestia, które stacje telewizyjne, a tym samym wyraźnie deklarowane poglądy za nimi stoją. Aby zagrać Hamleta nie trzeba być białym ani różowym, ale w przypadkach produkcji związanych w pewnym stopniu z polityką, dopada ich dorosłość, konieczność trudnych wyborów. Wtedy radzę im, aby wsłuchali się w to, czego nauczyli się w domu. Mówię im, czym sam bym się kierował. A potem zostają sami z decyzją, z kim im w życiu po drodze. To jednak okropne, bo przecież nie musi być im z nikim po drodze, powinien liczyć się jedynie talent i wyobraźnia.

Polityka przeszkadza sztuce?

Polityka chętnie sięga po sztukę, aby legitymizować swoje poczynania. I to z każdej strony, bez względu na to czy jest czerwona, różowa, czy biała. Przez to tworzy się często szeroko pojęta komercja, która nie pozwala skupić się nad projektem, ale robić w pośpiechu, byle jak, w nastawieniu na szybki zysk.

Popularność szkół aktorskich chyba ma tendencję zwyżkową.

W ostatnim roku na 24 miejsca u nas, przyszło 1200 podań. Ale żyjemy w niespełna 40-milionowym kraju, więc kilka tysięcy osób pragnących zostać w Polsce aktorami to liczba przyzwoita. Zastanawiałem się kiedyś jaki procent społeczeństwa w ogóle interesuje się teatrem – według mnie niestety tylko jakieś pięć. Do krakowskiej PWST zdają głównie miłoś-nicy teatru, do Łodzi – filmu. U nas w akademii – pół na pół.

A pan wybrał Łódź, by być bliżej filmu?

Film mnie szczególnie nie ciekawił, wybrałem szkołę w Łodzi ze względów praktycznych, wyrachowanych. Do Krakowa z rodzinnych stron było za daleko. A jeśli chodzi o Warszawę, wydawało mi się, że spotkam tu same gwiazdy, przy których zaniemówię z wrażenia i strachu. Łódź była na uboczu, choć, jak się okazało, wielkich nazwisk w komisji egzaminacyjnej nie zabrakło. Nogi się pode mną ugięły, ale udało mi się jednak zdać za pierwszym razem. Na egzaminie wstępnym zagrałem polerowanie jabłka na targu.

Kto pana namówił na tę uczelnię?

Nauczycielka zobaczyła mnie w kabarecie w liceum. Nie był to szalony występ tylko epizod w którym wnosiłem krzesła na scenę. Wciągnęła mnie do koła dramatycznego w domu kultury w Mrągowie. Chyba pierwszą sztuką w jakiej wziąłem udział był „Biały kordonek” Ewy Lipskiej. Po latach poznałem autorkę i nawiązała się między nami zażyłość. Ale będąc pędrakiem oglądałem też np. „Pana Wołodyjowskiego”, „Potop” i „40-latka”, a potem wziąłem udział w kolejnych częściach tych kultowych produkcji. Wszystko potoczyło się jak w filmie.

Są inni artyści w rodzinie?

Mój tato miał duszę i umiejętności artysty, sztukę przekazał mu w genach dziadek. Potrafił zrobić wszystko: szafy, schody, podłogi, z drewna wyczarowywał cuda. Pracował jako stolarz, budował domy, naprawiał samochody, motocykle. Wszystko go słuchało. Ani ja, ani brat nie odziedziczyliśmy tych manualnych zdolności. Mama była krawcową. Poznali się na Kurpiach skąd pochodziła i przeprowadzili do Mrągowa.

Tato był autochtonem?

Pochodził z Prus Wschodnich, spod Królewca. Rosjanie rozłączyli go z rodzicami pod Elblągiem, gdy miał 14 lat. Nigdy już ich nie zobaczył. Ale nie było w nim jadu. Mimo tragicznych zdarzeń, przyjmował swój los z wewnętrzną siłą. W Mrągowie żyło trochę niemieckich rodzin, ale większość była napływowa. Nikt do nikogo nie miał pretensji. Pamiętam taki widok: my, dzieci, biegaliśmy po podwórkach, polach i łąkach, a rodzice siadali na ławce przed domem z sąsiadami – Mazurami, Ukraińcami, Polakami ze Lwowa, Wilna. Grali w karty, albo wspominali przeszłość.

Według wyszukiwarki internetowej, w Polsce jest tylko osiem osób z nazwiskiem Malajkat, głównie w Mrągowie.

Nazwisko mojego ojca brzmiało Maleikat, ale po wojnie ktoś niepoprawnie zapisał i tak już zostało. W Mrągowie do dzisiaj mieszka moja mama i brat. Jestem u nich w każde święta, ale nasz ukochany dom, w którym spędzamy wakacje, mamy pod Mikołajkami, skąd pochodzi moja żona.

Poznaliście się na Mazurach?

Chodziliśmy razem do liceum, siedzieliśmy w jednej ławce, bo Kasię posadzono ze mną za karę. Podobno strasznie dużo gadałem, ale miałem przy tym podzielność uwagi i wyrwany do odpowiedzi, wiedziałem o czym mowa. Ona wręcz przeciwnie, rozpraszałem ją i ciągle za to obrywała.

Jeździcie na zjazdy absolwentów?

Tak co 10 lat, na klasowy, a raz wybraliśmy się na okrągły jubileusz naszej szkoły. Jechałem z duszą na ramieniu, bo wolę ciszę i spokój, albo spotkania dwu-, trzyosobowe. Ale atmosfera mnie zachwyciła, to był jakiś niesamowity rodzaj energii. Biegaliśmy od klasy do klasy roześmiani i podekscytowani jak dzieci i wspominaliśmy nasze piękne perypetie.

Piknik Country też pojawiał się w waszych wspomnieniach?

Dorastałem z tym piknikiem, który znajdował się po drugie stronie jeziora Czos. Na trzy dni całkowicie zmieniał miasto. Nagle robiło się kolorowo, wszędzie pojawiały się oszałamiające reklamy Marlboro z kowbojami i amerykańskimi pejzażami. Ale najmniej w tym wszystkim kręciła mnie muzyka country, ważniejsza była sama otoczka imprezy. Festiwal zawitał do Mrągowa dzięki pomysłowi redaktorów z radiowej Trójki, których poznałem potem i miałem okazję im opowiedzieć, jak dorastało się z piknikiem w tle. Mrągowo stało się dzięki temu miejscem modnym.

No i dzięki hotelowi Mrongovia.

Tak, to było kolejne spotkanie z wielkim światem. Piknik był atrakcją sezonową, a nowoczesny gmach wybudowany przez renomowaną szwedzką firmę, przyciągał przez cały rok. Najpierw, na przełomie lat 70. i 80., chodziliśmy przyglądać się jak go budują. Niesamowite maszyny, ciężarówki ze Szwecji – takie rzeczy oglądaliśmy wcześniej tylko w kinie i telewizji. Okazało się, że taki świat istnieje. Po szkole leciałem do domu odrabiać lekcje, a potem pędziłem z chłopakami na budowę, obserwowaliśmy przez płot jak krok po kroku hotel nabiera kształtu. Śledziliśmy z podziwem każdy etap projektu, który w przeciwieństwie do innych budynków, bloków w okolicach, powstawał według rzetelnej koncepcji. Potem czułem się jak światowiec odwiedzając hotelowy basen, sunąc przez eleganckie korytarze wyłożone wykładziną.

Dzisiaj też pan tam zajeżdża?

Nie jestem bywalcem lokali czy dużych skupisk ludzi i już się nie stanę. Ale lubię popołudniem przejść się główną ulicą Mrągowa, między starymi kamieniczkami. Niektóre zachowały dawny urok, inne zupełnie podupadły. Żal patrzeć, jak tamten świat odchodzi.

Jak pan sobie rekompensuje tęsknotę za Mazurami na co dzień w stolicy?

Pierwszy kryzys tęsknoty przeżyłem na pierwszym roku studiów. Brakowało mi mazurskiej wilgoci. Wyraźnie czułem, że powietrze w wielkim mieście jest suche, inaczej pachnie. Pamiętam, że poszedłem do lekarza i otwarcie wyznałem, że jeśli nie da mi zwolnienia na kilka dni żebym mógł pojechać do domu, będę musiał szukać innego alibi. Okazał się człowiekiem i wróciłem na parę dni do Mrągowa aby nasiąknąć wilgocią i zachłysnąć się powietrzem. Kiedy wysiadłem na dworcu w Mrągowie czas wyraźnie zwolnił. Pierwszy raz miałem dojmujące wrażenie, że auta jeżdżą wolniej, ludzie poruszają się innym tempem, mają czas aby zatrzymać się i porozmawiać. Teraz mam w Warszawie życie i dom nieco zatopione w zieleni. Ale w każdej chwili mogę wsiąść w auto i w ciągu 2–3 godzin znaleźć się w mazurskiej ciszy. Dzieci uwielbiają nasz dom na Mazurach, więc wszyscy czekamy na te wyjazdy. Wakacje spędzamy praktycznie nie opuszczając naszego siedliska. Żeby wjechać do Mikołajek trzeba stać w korku, na ulicach latem są tłumy. Wystarczy, że mam to na co dzień w Warszawie. Ale cieszę się, że miasto się rozwija, a mieszkańcy mogą zarabiać. A zawsze trzeba za to zapłacić jakąś cenę.

Odwiedza pan Jerzego Hoffmana na Mazurach?

Tak, byłem u niego parę razy. Połączyła nas nie tylko współpraca przy filmach „Ogniem i mieczem” czy „Piękna nieznajoma”. To typ reżysera za którym przepadam. Uwielbia swoją pracę, aktorów i to co robi powstaje z miłości. Są twórcy, którzy pracują poprzez konflikt, spór na planie czy w teatrze. Wolę pracę polegającą na wsparciu, obopólnej trosce. Bo to z przyjaźni powstają najwspanialsze rzeczy. Kiedy sam reżyseruję, człowiek, jego konstrukcja psychofizyczna, emocje, światopogląd również są dla mnie najważniejsze. Spektakl „Klub hipochondryków” w warszawskim Teatrze Syrena zagraliśmy przez 15 lat ponad 400 razy przy komplecie widowni. Ze Zbyszkiem Zamachowskim i Piotrem Polkiem tworzymy zespół w którym słowa są zbędne. Taka męska chemia. I dobra energia, która udziela się widowni.

Bywają u pana na Mazurach? Pływacie razem?

Pływam, ale raczej nie z ludźmi ze środowiska sztuki, bo ileż można o niej rozmawiać? Mam za sobą kilkanaście rejsów, opłynięte całe Wielkie Jeziora Mazurskie. Koledzy ze środowiska bywali w prowadzonym przeze mnie i moją rodzinę letnim kinie „Wojtek” i restauracji w Mikołajkach. Ja byłem odpowiedzialny za repertuar, reszta rodziny za kuchnię w której ja tylko nadaję się do mycia naczyń. To był strzał w dziesiątkę. Zawsze można było tu spotkać gości z mojego środowiska, jakąś filmową lub teatralną gwiazdę, robiliśmy premiery z ich udziałem. Potem, kiedy pojawiły się dzieci, nie starczało już czasu na biznes na Mazurach. Kilka lat temu ktoś to odkupił.

Marzył pan w dzieciństwie o własnym kinie?

Może nie aż tak. Ale uwielbiałem nieistniejące już kino Mazur w Mrągowie. Pamiętam, że czasem próbowałem przemknąć na film dla dorosłych, jak np. „Lucky Luke”. Nie wiem dlaczego nie chciano wtedy wpuszczać na niego młodych widzów. Wystylizowałem się na poważnego gościa, ale nie przeszło.

Dzisiaj pewnie wszystkie drzwi ma pan otwarte. Popularność męczy?

Nie jestem atrakcyjny dla mediów i nie widzą powodu aby za mną chodzić. Nie łamię przepisów, nie jeżdżę pijany, nie robię awantur, nie zabiegam o uwagę. Nikt nie prześwietla więc mojego życia na łamach brukowej prasy.

Nie ma pan nawet profilu w mediach społecznościowych.

Zupełnie nie interesuje mnie ten kanał komunikacji, wolę spotkanie, rozmowę w prawdziwym świecie. Ze swoimi studentami też nie muszę się komunikować przez internet. Jesteśmy tak małą szkołą, że mamy dobry kontakt na co dzień, możemy rozmawiać i zachęcać ich do poznawania wartościowych – według nas, pedagogów – tematów. Ich zapatrzenie w smartfony to cena, którą trzeba zapłacić za rozwój technologii. Mają jednak pewien mankament o którym mówi Mariusz Benoit, aktor i pedagog, który uczy w naszej akademii od lat. Dotkliwie odczuwa na swoich zajęciach, że nie umie młodemu pokoleniu opowiedzieć o człowieku. Trudno im zrozumieć pewną cząstkę siebie, bo żyją jakąś częścią w wirtualnym, nierzeczywistym świecie. To zachłyśniecie wirtualnym światem trwa już ze 20 lat, ale poznamy skutki tego za kilka dekad. Ale może to zamiana cywilizacyjna na coś lepszego i niepotrzebnie się martwimy?

 

Do portfolio brakuje panu tylko własnego filmu.

Jestem człowiekiem z którym wiąże się pewne ryzyko, nie wiem czy ktoś by mi dał pieniądze. Nie miałem dobrej ręki do filmu, ale po głowie chodzą mi różne pomysły. Na razie mam tak dużo innej pracy, że pewnie szybko ich nie zrealizuję.

Mamy, jakby co, Warmińsko-Mazurski Fundusz Filmowy.

Wiem, znam temat. Na razie czynimy starania aby Studium Aktorskie przy Teatrze im. S. Jaracza w Olsztynie zamienić na zamiejscowy wydział naszej Akademii Teatralnej. W Białymstoku działa nasz Wydział Lalkarski, znany na całym świecie, jego studenci i absolwenci wygrywają największe festiwale. Kierunek Olsztyn oznacza poszerzenie oferty w studium aktorskim, a dyplom z tytułem magistra przyciągnie tu więcej chętnych, nie tylko z Północnej Polski. Gdyby taki wydział istniał wcześniej, pewnie sam bym tu zdawał. W ciągu roku powinniśmy sfinalizować działania, władze miasta, regionu i ministerstwo są bardzo przychylne pomysłowi.

Osiądzie pan wtedy na stałe na Warmii i Mazurach?

Myślę, że na stare lata wrócę w rodzinne strony. Zawsze czułem, że wyjeżdżam stąd tylko na chwilę. I nieustająco jest to moje ukochane miejsce na ziemi. 

Rozmawiała: Beata Was, obraz: Łukasz Wajszczyk

Pierwszy kryzys tęsknoty za Mazurami przeżyłem już na pierwszym roku studiów. Brakowało mi mazurskiej wilgoci. Wyraźnie czułem, że powietrze w wielkim mieście jest suche, inaczej pachnie. Pamiętam, że poszedłem do lekarza i otwarcie wyznałem, że jeśli nie da mi zwolnienia na kilka dni żebym mógł pojechać do domu, będę musiał szukać innego alibi. Okazał się człowiekiem i wróciłem na parę dni do Mrągowa.