Ten wzbudzający sympatię Fiacik od pół wieku parkuje w tym samym olsztyńskim garażu. Zjeździł pół Europy, ma półosie z… czołgu i o mały włos nie wylądowałby na stałe w muzeum.

Na zakup niebieskiego Fiata 500 Marcina Sereja namówił tata. 18 lat temu już był to kultowy samochód, choć nie panowała jeszcze moda na klasyczne auta. Tata wypatrzył u sąsiada w garażu brzdąca i uznał, że mógłby wprowadzić młodego chłopaka w świat motoryzacji, do której już miał smykałkę. – Ledwie zrobiłem prawo jazdy, więc raczej chodziło o to, bym miał pierwszy, prosty samochód do jazdy i napraw, niż jakiegoś wyjątkowego klasyka, jak to dzisiaj jest on postrzegany – wspomina Marcin.

Sprzedawcą okazał się gość wyjątkowy – pasjonat motoryzacji, podróżnik, człowiek renesansu, a nad wyraz bardzo pomysłowy konstruktor-amator. Andrzej Barankiewicz kupił Fiata 500 w 1971 roku od znajomego, który to z kolei sprowadził go osobiście z Włoch. Pan Andrzej z żoną Zosią (znana w Olsztynie fotografka i dokumentalistka życia miasta) już od lat zaliczali dalekie eskapady Junakiem. – Wreszcie powiedzieliśmy sobie: ileż to można jeździć, by woda lała się na łeb – przytacza słowa Zofia Barankiewicz.

I tak mikroskopijny Fiat 500 stał się ich luksusowym środkiem transportu po Europie (mogli zabrać garnki i kuchenkę, a stolik podwiesić pod sufit). Zapuszczali się nim nawet do jego ojczyzny we Włoszech, do Francji, do wszystkich krajów „demoludów”. – Przejeżdżając przez Węgry obowiązkowo zajeżdżaliśmy pod Budapeszt do magazynu części do Fiata 500. Któregoś razu np. zapakowaliśmy przednią szybę na kanapę – wspomina.

Niedoskonałości spartańskiej konstrukcji unowocześniał pan Andrzej. – Pamiętam te wszystkie patenty, z którymi nabyliśmy auto: bezobsługowe świece zapłonowe od samolotu, co wymusiło rozwiercenie gwintów w głowicy, mnóstwo instrumentów pomiarowych, dzięki którym kokpit wyglądał jak w myśliwcu – wskaźnik ciśnienia oleju, naładowania akumulatora, temperatury wydechu. Były spryskiwacze, odtwarzacz kasetowy z wyjściem na słuchawki (!), a nawet półosie dorobione z… czołgu – opisuje Marcin.

– Z tymi półosiami to był problem, bo fabryczne, cienkie jak palec wskazujący, nie były trwałe. Ponieważ pracowałam wtedy dla wojska, załatwiłam, by dotoczono mi półosie bazując na tych od czołgu. Z tego co wiem, to one wciąż są w tym Fiacie – opowiada pani Zosia.

Oczywiście, że są. Po kupnie Marcin z tatą wyremontowali auto mechanicznie, zaś sam przygotował do malowania i pomalował. Co ciekawe, pan Andrzej odsprzedał Fiata wraz z garażem (który zresztą sam zbudował – Fiat spędza w nim właśnie 50. rok), narzędziami i kilkoma kartonami części. Pierwszą przejażdżkę wyremontowanym Fiatem Marcin z tatą zafundowali sobie na kemping nad morze. – Sentymentalnie mocno jestem już związany z tym samochodem, tym bardziej, że i pan Andrzej, i tata już nie żyją. Na początku myślałem, że Fiacik zostanie ze mną góra kilka lat, ale raczej ma już stałe miejsce w naszej rodzinie – dodaje Marcin.

Z kolei pani Zosia zdradziła, że kiedy zapadła decyzja o pozbyciu się Fiata, zaproponowała nawet oddanie go do Muzeum Motoryzacji w Otrębusach. Nie wyszło. Za to na jeden z jubileuszy Fiata 500 napisała list do siedziby marki w Turynie, by pochwalić się, że ciągle tym samym egzemplarzem przemierzają z mężem kolejne kraje. – Części nie zaproponowali, ale dostaliśmy oficjalne pismo z podziękowaniem za pielęgnowanie Fiata – kończy.

Tekst: Rafał Radzymiński, obraz: Michał Bartoszewicz, arch. Zofii Barankiewicz

Bling Factory

Wyjątkowe auta wymagają wyjątkowego traktowania. Sami pasjonujemy się wspaniałymi maszynami i wiemy, jaką przyjemność daje posiadanie samochodu, który codziennie wygląda jak gdyby przed chwilą opuścił salon. Stworzyliśmy profesjonalne studio kosmetyczne z miłości do piękna motoryzacji, zdając sobie sprawę, że niektóre samochody wymagają bezkompromisowych rozwiązań.

Bling Factory

Olsztyn, ul. Lubelska 43i

www.blingfactory.pl