Fiolka z pigmentem plus artystyczny talent. A do tego kawał wiedzy na temat anatomii i wizażu. Wykonując zabiegi mikropigmentacji, Milena Olkowska spełnia się na dwa sposoby: tworzy dzieła sztuki i pomaga klientkom na nowo odkryć kobiecość.

Są unikalne jak odciski palców. Dlatego trzeba dużej precyzji, wrażliwości i talentu, aby przy pomocy igły i pigmentu na nowo stworzyć brodawkę na kobiecej piersi. Mikropigmentacja medyczna pozwala m.in. odtworzyć to, co odebrała choroba nowotworowa. Dlatego zabiegi w gabinecie Micro.ART często wieńczą łzy wzruszenia.

– Odtwarzam brodawki na podstawie zdrowej piersi, zdjęć lub wspomnień – tłumaczy Milena Olkowska, właścicielka gabinetu Micro.ART. – To rodzaj tatuażu trójwymiarowego, który przypomina utraconą część ciała, atrybut kobiecości. Odzyskanie go to symboliczne zakończenie walki z chorobą, powrót do normalności. Dlatego klientki, patrząc w lustro po zabiegu, dają upust skumulowanym emocjom. A ja czuję radość i wzruszenie, że mogę towarzyszyć im w tak ważnym momencie.

Zanim Milena, z wykształcenia socjolożka, zajęła się tworzeniem dzieł sztuki na ludzkim ciele, pracowała m.in. przez wiele lat w marketingu. Po godzinach malowała obrazy, które wystawiała w galeriach sztuki. Dwa lata temu usłyszała o niszowej dziedzinie mikropigmentacji medycznej i postanowiła połączyć swoje pasje.

– Po 10 latach świetnej posady w hotelu poczułam, że chcę robić to, co kocham: tworzyć i pomagać ludziom – przyznaje Milena, od dwóch lat linergistka. – Postarałam się o dotację na otwarcie firmy, skończyłam kursy mikropigmentacji estetycznej i medycznej, kupiłam sprzęt renomowanej marki i wciągnęłam się na dobre w tę mało znaną w Polsce dziedzinę, wymagającą ogromnej wiedzy, którą czerpię m.in. z naukowej literatury jak „Twarz. Atlas anatomii klinicznej”. Zabiegi wykonuję od głów do stóp.

Mikropigmentacja nie tylko zastępuje ryzykowne przeszczepy skóry przy rekonstrukcji piersi, które często kończą się martwicą tkanki. Odtwarzając mieszki włosowe, potrafi ukryć problem przerzedzenia włosów czy braku paznokci na odciętym palcu. Przy zmianie płci służy do odtworzenia naturalnego wyglądu genitaliów. Ale takie zabiegi bez bólu i powikłań to, póki co, rzadkość w Polsce. Milena na co dzień wykonuje również naturalne makijaże permanentne, mini-tatuaże, pracuje na bliznach i rozstępach.

– Moim znakiem rozpoznawczym jest dyskretne podkreślenie np. brwi, oczu, ust. Jeśli klientka upiera się na mocny efekt, który nie pasuje do jej rysów, robię wszystko, by ją od tego odwieść. Wydobywam naturalne piękno, koryguję defekty, kamufluję blizny, tworzę zarysy owłosienia utraconego w czasie chemioterapii. A tym samym pomagam kobietom pozbyć się społecznej stygmatyzacji, która towarzyszy chorobie.

W swoim portfolio ma także subtelne tatuaże z osobistym przesłaniem klientów. A że upodobania mogą się zmienić, dzieła Mileny mają określoną trwałość – efekt mikropigmentacji trzyma się na skórze od roku do sześciu lat. Dziedzina wymaga nie tylko znajomości anatomii ciała i wyliczania jego proporcji czy wyczucia kolorystycznego. Jej gabinet na olszyńskim Zatorzu wypełniają certyfikaty ukończonych kursów, międzynarodowych konferencji, podczas których poznaje nowoczesne metody korygowania urody, m.in. podczas leczenia onkologicznego.

– Zawsze chciałam zostawić po sobie jakiś ślad, stąd artystyczne zacięcie – tłumaczy Milena. – Każde ciało jest dla mnie wyzwaniem i przed każdym czuję respekt. A ta pokora pozwala mi z wyczuciem wydobywać jego największe atuty. I realnie wpływać na komfort czyjegoś życia.

Tekst: Beata Waś, obraz: wrzosowastudio.pl