W tym sezonie póki co ograł wszystkich na najważniejszych imprezach, ale w październiku czeka go test dojrzałości sportowej – starcie w mistrzostwach świata seniorów. Z zaledwie 22-letnim gigantem kuli spotkaliśmy się na Stadionie Leśnym w rodzinnym Szczytnie. Tu trenuje ze swoim ojcem od samego początku do dzisiaj. Obiekt nijak się ma do światowej klasy lekkoatlety, ale Konrad Bukowiecki krótko skwitował, że do treningu potrzebuje koło, a koło jest. Podczas sesji zaproponował dla zabawy zawody, ale kiedy siadłem obok wielkiego chłopiska, poprosiłem o inny zestaw dowcipów.

MADE IN: No i jak nie kochać takiego lipca. 

Konrad Bukowiecki: Prawda? W tym roku mam trzy ważne imprezy. Z dwóch lipcowych wróciłem ze złotym medalem (Uniwersjada w Neapolu i mistrzostwa Europy do lat 23 w Szwecji – red.). Ale pozostaje najważniejsza – październikowe mistrzostwa świata seniorów. Moi rywale nie mają innej ważnej imprezy, więc dla mnie to jest wyzwanie, by zbudować formę i na lipiec, i na październik. Czas zweryfikuje czy dałem radę. 

Póki co w Neapolu ograłeś wszystkich, ustanawiając też rekord Uniwersjad, a ponoć na eliminacje pojechałeś bez śniadania, bo… nie zdążyłeś zjeść.

Już wyjaśniam zamieszanie. Otóż mieszkaliśmy na promie. Ktoś zapyta: dlaczego na promie? Na tego typu imprezach sportowych wszyscy mieszkamy w wioskach olimpijskich. Ale półtora roku temu Neapol przejął tę Uniwersjadę po Brasilii, która wypłukała się z pieniędzy po igrzyskach w Rio. Logistycznie i finansowo nowym gospodarzom łatwiej było wynająć zacumowane przy porcie dwa wielkie promy wielkości Titanica i tam wszystkich zakwaterować.

Na statku z kolei kontrolują ile osób jest na pokładzie w danej chwili. Przy każdym wejściu i wyjściu trzeba więc odczytać swoją kartą. I ja nie mógłbym wyjść ze statku, bo ją zgubiłem. Obudziłem się na styk, szukałem jej przez 25 minut i gdybym od razu poszedł do obsługi, gdzie wyrobiono mi nową, zaoszczędziłbym czas. A tak, nie zdążyłem pójść na śniadanie. Pierwsze co zrobiłem kiedy dojechałem na stadion rozgrzewkowy, to podszedłem do lodówki z wodą w której leżały trzy ostatnie banany i jedna pomarańcza. I na tym jechałem całe eliminacje.

A normalnie co byś zjadł na śniadanie?

Moje śniadanie jest właśnie normalne: jakaś jajecznica i tym podobne rzeczy. 

Z ilu jajek?

Dzisiaj zrobiłem sobie z trzech. Wbrew pozorom nie jem dużo. Chyba że jest coś, co naprawdę lubię: pizza, burgery, no i kuchnia włoska. Wtedy jem za dwóch. Kompletnie nie mam też problemów z tym, że jak mi się zachce np. kebaba o godz. 22, to po prostu zamawiam go. 

A jeśli chodzi o odżywianie, to nie ma dla mnie różnicy czy tego dnia stratuję, czy nie. Nie mam określonej diety, mimo iż od około dwóch lat mam większą świadomość tego co jem i z czego czerpię energię. I że sam ze sobą lepiej się czuję, kiedy po prostu jem zdrowiej. A uświadomiła mnie w tym temacie dietetyczka w naszym związku (PZLA – red.), z jakich produktów korzystać, na jakie ewentualnie zamieniać i czego unikać.

I czego teraz unikasz?

Właśnie nic nie musiałem eliminować. Ewentualnie zamienić, np. zamiast całej czekolady – dwa paski, zamiast trzech batonów – jeden, a jak pizza, to nie o średnicy 40 cm, ale 32.

Jak bardzo różni się twoja waga optymalna od tej startowej?

Po sezonie, kiedy nie trenuję, nie pilnuję się i robię wszystko, czego nie mogę robić w sezonie, waga skacze. Np. po ostatnim na 148 kg. W tym roku w trakcie startów najmniej widziałem na wadze 135. 

Średnio ujmując, to dwa razy więcej ode mnie.

Już się do tego przyzwyczaiłem do tych porównań.

Na promie w Neapolu ponoć miałeś jeszcze inne niedogodności – za małą kabinę prysznicową.

Faktycznie, nie mieściłem i myjąc się pod prysznicem, musiałem mieć jedną nogę wystawioną na zewnątrz, a potem ją zmienić.

Muszę ci zdradzić, że przymierzaliśmy się już do wywiadu z tobą po Rio…

… już wiem do czego pijemy.

No właśnie, czekaliśmy na medal, a tu trzy spalone próby w finale. Co sprawia, że na igrzyskach spala się wszystkie próby?

Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że igrzyska rządzą się swoimi prawami. Czekasz na coś cztery lata i pracujesz cztery lata, by jednego dnia pchnąć najlepiej w życiu. Przychodzi ten dzień i – za przeproszeniem – jest sraczka. Dopada cię ogromny stres, bo możesz już kolejnej szansy w ogóle nie mieć, albo w najlepszym razie dopiero za cztery lata. Igrzyska to najważniejsza impreza sportowa na świecie i jej ranga jest dla zawodników przytłaczająca. Jeśli dobrze umiesz sobie radzić psychologicznie, to najrozsądniejsze jest wyłączenie głowy od myślenia o tym.

Każde zawody czegoś mnie uczą i wyciągam z nich wnioski. Zarówno te, na których pcham 22 metry, jak i 19.

O co bogatszy wyjechałeś z Rio?

Miałem wtedy ledwie 19 lat. Teraz, mając 22, jestem bardziej tego świadom, że jestem jeszcze młody i naprawdę bardzo długa kariera sportowa przede mną. Wtedy, będąc juniorem, wygrywałem w swojej kategorii wiekowej wszystko i ze wszystkimi. Aż tu nagle, startując z seniorami, nie wygrywam. Jest ktoś lepszy ode mnie. Byłem zawiedziony, że nie daję rady. 

Dzisiaj, z perspektywy czasu, mówię sobie: kurczę, chłopaku, miałeś 19 lat i byłeś w finale igrzysk olimpijskich. Przecież to mega osiągnięcie.

Bardziej motywująca jest porażka czy sukces?

Zdecydowanie sukces. Nie widzę nic motywującego w porażce. W ogóle! Wyciągnąć wnioski i odrobić lekcję, owszem. Ale motywującego – absolutnie nic.

A jak motywuje cię sama świadomość, że na trybunach jest twoja dziewczyna Natalia (Kaczmarek, młoda i utytułowana biegaczka – red.). Wiesz jak to jest z samcem, który zawsze chce zaimponować partnerce.

Kiedy byliśmy na etapie budowania naszego związku, tak właśnie było. Chciałem się pokazać. Dzisiaj zawsze chcę wiedzieć, gdzie Natalia siedzi na widowni stadionu, bym mógł ją znaleźć wzrokiem i pomachać. To mi pomaga, no i zwyczajnie jest sympatyczne. Śmieję się, że na stadionie zawsze mam dwa punkty odniesienia: tam gdzie siedzi mój tata trener, czyli ktoś, do kogo zawsze chodzę po porady między pchnięciami, czasem też w towarzystwie innych członków rodziny, no i Natalia.

W której fazie pchnięcia już wiesz, że dobrze poleci?

Jak spada i widzę gdzie (śmiech). Samo odczucie jest bardzo złudne. Nieraz czuje się mega pchnięcie, krzyczę z zadowolenia, a kula spada blisko. A czasem leci taki kasztan, a wyświetlają dobry wynik.

Kasztan – tak się mówi w waszym żargonie na słabe pchnięcie?

Tak. Miałem już z 5-6 takich przypadków, że już chciałem wyjść z koła, by celowo spalić nieudany rzut, a okazuje się, że kula leci ponad 21 m. Jest nawet taki filmik z halowych mistrzostw Europy w Belgradzie sprzed dwóch lat, kiedy po pierwszym pchnięciu zakląłem pod nosem, ale spojrzałem na wynik, a tam 21,06.

Masz jakiś swój cytat, albo motywujące słowa, które powtarzasz sobie wchodząc do koła?

Byłoby to mocno niecenzuralne. Raczej motywuję się dosadnymi słowami. Albo pod nosem, albo do siebie na głos, pod warunkiem, że jestem za granicą i kamery nie są na mnie skierowane. (śmiech) Potrzebuję impulsów, ale nie cytujmy ich czytelnikom. 

Wytatuowałeś na ramieniu symbol igrzysk olimpijskich. 

Odkąd tylko zacząłem trenować i pojawiła się myśl o igrzyskach olimpijskich, to wiedziałem, że jeśli będę olimpijczykiem, to wytatuuję sobie te kółka. Zrobiłem je kilka miesięcy po Rio. Początkowo miały być na wewnętrznej stronie bicepsa, ale wśród sportowców był jakiś wysyp kółek w tym miejscu, więc wytatuowałem z tyłu. Mam kółka w koronie laurowej, jaką wręczali zwycięzcom w starożytnej Grecji.

Mógłbyś zostać strongmanem?

Pewnie tak. Miotacze są bardzo silni.

Najsilniejsi wśród lekkoatletów? Z postury tak to wynika.

Młociarze mają bardzo silne nogi, ale jakby wziąć średnią, jesteśmy najsilniejsi.

Zobrazuj tę siłę. Ile np. wyciskasz leżąc?

Siła to tylko fragment naszych treningów, bo w kuli technika jest najważniejsza. Ale dla zobrazowania: pełny przysiad ze sztangą 270 kg, na ławeczce wyciskam 250 kg, ale z takim elastycznym odbiciem od poduszki, którą mam na klatce piersiowej, by było to jeszcze dynamiczniejsze wyrzucenie. U kulomiotów chodzi o to, by jak największy ciężar wypchnąć w jak najkrótszym czasie. Po to używamy gąbki, ale też i z przyczyn bezpieczeństwa, bo ćwierć tony na sztandze to już nie są żarty. 

Bez poduszki wyciskam 225 kg. Rwanie – to mój mocny punkt – 150 kg, a zarzut – 180. I tyle.

Które mięśnie są najważniejsze u kulomiota?

Odpowiem tak jak trenerzy: biegają ręce, a rzucają nogi. Taki paradoks. Bez dobrej pracy rąk nie można szybko biegać, a bez dobrej pracy nóg nie można daleko rzucać. Nogi muszą być mega silne, ale skupiamy się na wszystkich partiach mięśni: plecach, klatce, tricepsie, barkach, przedramionach.   

Kto jest najsilniejszy na rękę wśród sportowców?

(po zastanowieniu) Raczej unikamy siłowania się na rękę, bo to bardzo kontuzjogenna dyscyplina. Kiedyś siłowałem się, na szczęście lewą, i załatwiłem się na kilka tygodni. To było na weselu kolegi.

Pewnie podpuścili cię?

Mamy kolegę, który jest mistrzem Polski w siłowaniu na rękę. Oszczepnik, zresztą rekordzista Polski. Technicznie mnie podszedł, bo wbrew pozorom to też techniczny sport, no i coś mi w barku przeskoczyło. Po tym przypadku uznałem, że już nigdy więcej siłowania, bo przez jedną głupotę można przekreślić swoje starty nawet na kilka miesięcy.

Ale przyznam, że jak się witaliśmy, to dłoń i uścisk masz jak wielkie imadło.

Nie da się ukryć, jestem duży.

W jednym z wywiadów wywnioskowałem, że wcale nie wykluczasz kiedyś walk w MMA.

Nigdy nie mów nigdy. Choć czasem patrzę na sportowców i widzę jak tonący brzytwy się chwyta. Sportowcy osiągają swoje miejsce w historii, znikają ze sceny, a potem wychodzą na parę sekund, by dostać po gębie. Słabe to. Nie chciałbym iść tą drogą. A już na pewno nie po pięknej sportowej karierze.

Do klatki wchodzą sportowcy z agresją na twarzy. Ty, mimo postury niedźwiedzia, masz na twarzy ten młodzieńczy wdzięk. Bywasz przerażająco zły?

Z tym akurat nie miałbym najmniejszego problemu. Ja jestem waleczny charakter. Mam to po tacie, który trenował też sztuki walki. Czasami chodzimy poboksować w worek i poprzewalać się na macie, bo sam też kiedyś ćwiczyłem i boks, i judo, i jujitsu. Więc nie miałbym z tą agresją problemu, ale walki w klatce potraktuję nawet nie jako plan B, ale wręcz Z.

Ze zdjęć na instagramie widzę, że poza kulą dzisiaj dominuje u ciebie koszykówka: kolegujesz się z Gortatem, jeździsz na mecze, sam grywasz.

Tak, to mój ulubiony sport i do oglądania, i do grania. Byłem nawet w reprezentacji szkoły.

Ponoć pakujesz piłkę do kosza.

Nie potrafię zrobić wsada jedną dłonią, bo mojej dłoni nie trzyma się piłka, ale dwoma, z naskoku siatkarskiego, umiem. Ze skocznością nie ma u mnie problemu. W szkole całkiem nieźle grałem też w siatkówkę, choć moją ulubioną dyscypliną było wówczas pływanie. To w niej zacząłem zdobywać pierwsze puchary. 

Widziałem filmik jak przecinasz basen.

Sprawdziłem się ostatnio czy jeszcze przepłynę kraulem 50 m, czyli dwie długości basenu, poniżej 30 s.

Było 28 z hakiem. 

Czyli około sekundę lepiej niż kiedy miałem 11 lat i wygrywałem z rówieśnikami na zawodach. Więc nie jest źle. 

Jaką miałeś ksywę w szkole?

Klasyka: „Bukoś”, albo „młody Bukoś”, bo na początku „Bukosiem” był mój starszy brat Maciek.

Też sportowo prowadzony przez rodziców? 

Tak. Był bramkarzem w piłkę nożną. Zaprosili go nawet na testy do Polonii Warszawa. Przeszedł pierwszy etap, a w drugim, kiedy zostało ich dwóch, zrezygnował, bo potrzebowali bramkarza natychmiast, a to akurat było niemożliwe.

Dostał też zaproszenie od Legii, której byliśmy z bratem wielkimi fanami, ale pechowo dwa dni przed wyjazdem złamał palca u ręki. I jakoś ta kariera sportowa rozeszła się. A szkoda, bo miał potencjał.  

Dużo wrzucasz do sieci zdjęć z egzotycznych miejsc. Tyle podróżujesz czy to przy okazji wyjazdów sportowych?

I tak, i tak. Lubię zwiedzać nowe i ciekawe miejsca. Zwyczajnie mieć świadomość, że tam byłem. Nawet zdarza mi się polecieć gdzieś, wyjechać z lotniska do centrum miasta i wrócić. Kręci mnie każdy kierunek, a ostatnio chodzi mi po głowie, by polecieć na Antarktydę. Ale na to trzeba mieć już dużo czasu, więc to temat na potem.

Pamiętam, że kiedyś miałem atlas „Cuda natury” oraz „Cuda świata”. Zafascynowany byłem tą słynną operą w Sydney. I w tym roku, wracając z Nowej Zelandii, stwierdziłem, że wskoczę na dwa dni do Sydney i zobaczę ją wreszcie. A potem jeszcze na kolejne dwa dni zatrzymałem się w Singapurze. I tak to moje podróżowanie wygląda. Szybko i intensywnie.

Twoi rodzice byli sportowcami. Rozstrzygaliście kiedyś po którym dostałeś więcej genu lekkoatlety?

Budową przypominam tatę, kropla w kroplę. Widzę nawet, że już pojawiają mi się podobne zakola i odstające boczki. (śmiech) Mama trenowała biegi, tata dziesięciobój, więc był wszechstronnym lekkoatletą. Ale też ćwiczył wspomniane sporty walki. Ma na koncie srebrny medal w pucharze Europy w Ju-jitsu. 

Geny swoje robią. 

Ale na trening, po którym stwierdziłem, że będę ćwiczył dalej, zaprowadziła mnie akurat mama. Pamiętam, że tata pojechał wtedy na zawody ze swoimi podopiecznymi.

Mama to mój wielki kibic, a do tego tak świetnie gotuje, że na każdych zawodach tęsknię za jej kuchnią. Jej makaron krewetkami z sosie śmietanowym i biały winem – obłędne.

Jak do ciebie zwraca się?

Jak to mama, Konradek.

Niesamowite jest to, że od początku trenuje cię ojciec. Jest talentem w tej materii.

Jego dorobek trenerski to kilkadziesiąt medali mistrzostw Polski wychowanków, od trójskoku, po płotki, wielobój, kulę, dysk. Przekrój ogromny. Już przede mną miał kilkunastu medalistów w pchnięciu kulą. A przy tym nie uważa się na najlepszego trenera, tylko ciągle szuka nowej wiedzy, no i nie zamyka się tylko na jedną dyscyplinę – kulę. Jestem mu za to wdzięczny.

Mimo że dziesięć lat jest moim trenerem, to zawsze mnie czymś miłym zaskakuje. Na trening do niego idę z uśmiechem na twarzy. A nie ma nic gorszego, kiedy trener nie wyzwala z ciebie pasji. 

Kulomioci mają swoje preferencje co do kul. Czym one się różnią, skoro każda waży 7,26 kg i jest okrągła?

Mają inny rozmiar, bo różne są techniki ich wykonywania: są lane w całości, albo w środku z innym stopem. Moja jest największa dopuszczalna, o średnicy 130 mm. Mam wielką łapę i najwygodniej mi się pcha właśnie taką. Ale jest w tym też kawałek psychologii, bo im większy rozmiar kuli, tym ten ciężar rozkłada się na tę większą powierzchnię i wydaje się ona lżejsza. Z kolei im bardziej zużyta faktura, tym lepiej się trzyma dłoni. A i sama magnezja lepiej się trzyma kuli. Po prostu jest mniej śliska. Jako ciekawostkę dodam, że polska firma, która dostarcza na świat sprzęt lekkoatletyczny, w porozumieniu z Tomaszem Majewskim zrobiła kulę, która nazywa się Old School i właśnie od nowości wygląda jak zużyta (Konrad przyniósł taką na sesję – red.). 

Jesteś w stanie powiedzieć, ile rocznie oddajesz rzutów, łącznie z treningami, obozami i zawodami?

Ja nie, ale mój tata na pewno. On wszystko zapisuje i prowadzi dzienniczek treningowy, zaraz zapytam (wysyła sms, odpowiedź: około 3500).

Jakichś prac unikasz w domu, by nie narażać się na uraz?

Wręcz przeciwnie, jak trzeba było coś ciężkiego przenieść, to ja byłem w domu właśnie od tego. 

Ale teraz np. mam zakaz od taty jeżdżenia na nartach, mimo że kiedyś wyjeżdżaliśmy razem po dwa-trzy razy w sezonie. Ale przy mojej wadze to dość ryzykowny sport.

Koszmarem lekkoatletów są infekcje. Masz swój patent na profilaktykę?

Unikam klimatyzacji. Mi, ze względu na posturę, zawsze jest gorąco i klimatyzacja pomaga mi, ale rozkręcona przesadnie – szkodzi. Chwila moment i można załatwić się na kilka tygodni. Więc np. w hotelach profilaktycznie na noc wyłączam ją.

Na stałe mieszkasz w Szczytnie, już w swoim mieszkaniu. Ile spędzasz w nim dni w roku?

W 2018 poza domem byłem 293 dni. 

Jak udaje ci się łączyć taki tryb życia ze studiami? Jesteś na drugim roku Wyższej Szkoły Policji.

Właśnie ze względu na moje wyjazdy bardzo chciałem studiować w moim Szczytnie, bo tutaj przecież trenuję z tatą i zwyczajnie jest mi łatwiej to wszystko ogarnąć. Mam indywidualną organizację studiów i w zasadzie nie muszę być na zajęciach. Wszystko zaliczam w terminach dostosowanych do mojego sportowego grafiku. Nie ukrywam, jest mi ciężko to wszystko pogodzić, więc staram się uczyć gdziekolwiek mi się uda, tym bardziej, że na studiach mamy całkiem sporo elementów prawa. Kilka razy zdarzyło się, że gdzieś na zgrupowaniu koledzy wieczorami spotykali się, a ja zostawałem z książką. 

Jesteś zaczepiany w Szczytnie?

Moja osoba w Szczytnie to żadne wow! Ja tu jestem od zawsze. 

Niesamowite jest to, że zawodnik światowej klasy trenuje na tak skromnym obiekcie, jakim jest dzisiaj Stadion Leśny w Szczytnie.

Wybredny nie jestem. Na stadionie potrzebuję koło. A koło jest.

Czym przyjeżdżasz na treningi? Ponoć masz ciągoty do niezłych aut?

Niestety tak.

Co to znaczy: niestety?

Bo to droga zabawa. Teraz jeżdżę Audi SQ7, które skonfigurowałem pod swoje potrzeby. Uwielbiam je, choć przedwczoraj w Bydgoszczy rozwaliłem na krawężniku oponę i właśnie się dowiedziałem, że auto zostanie tam na dwa tygodnie, bo tyle potrwa sprowadzenie tej nietypowej opony: 22-calowej o rozmiarze 285/35. Więc jeżdżę zastępczym.

Jakie auta lubisz?

Ze względu na moje rozmiary – duże, właśnie w stylu SQ7. Sporo jeżdżę, więc potrzebuję auta wygodnego, które w dodatku dostarcza mi przyjemności z jazdy. Przed Audi miałem Jeepa Grand Cherokee. W Stanach, będąc u Marcina Gortata, miałem okazję pojeździć jego podrasowanym Mercedesem S63 AMG, no i posmakowałem jazdy Rolls-Roycem. Robią wrażenie. Ale kręcą mnie i małe sportowe auta. Znaczy małe jak dla mnie: Lamborghini, Ferrari czy 911-ka Porsche.

Ale nie z pensji kulomiota…

No właśnie, na lekkiej atletyce można zarobić?

Żeby zarabiać średnią krajową, trzeba być co najmniej mistrzem Polski, choć z drugiej strony mistrz Polski nierówny mistrzowi Polski. Ale umówmy się, średnia krajowa to nie są godne pieniądze dla kogoś, kto jest najlepszy w jakiejś dyscyplinie w niemal 40-milionowym państwie. W innych dyscyplinach nie trzeba być wybitnym, by zarabiać wielokrotnie większe pieniądze. W lekkiej atletyce duże pieniądze zarabia się jak się jest mistrzem świata.

Kiedy będziesz?

Trenuję po to, żeby nim być.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński, obraz: Kuba Chmielewski