Wymarzył sobie zdobycie Bieguna Południowego. Rozłożył plan na dwa lata i etapy przygotowawcze. Jeden już zaliczony: podwójny trawers dzikich Gór Mackenzie. Co jeszcze jest gotów zrobić Marcin Gienieczko, żeby osiągnąć swój cel?

Uparty jest wyjątkowo. Przekonaliśmy się w redakcji, że jeśli czegoś chce, będzie zabiegał do skutku. Przekonywał, udowadniał, mailował w środku nocy. Potrafi przez to zniechęcić do siebie, ale za to jest skuteczny. Podobnie jest z jego wyprawami. Napierać – to jego ulubione hasło. Napierać bez względu na krytykę części środowiska, opór rodziny i brak środków. Marcin Gienieczko z Kętrzyna to nie tyle podróżnik, co wyczynowiec. Lubi jazdę po bandzie. Kręci go walka ze swoimi słabościami, ekstremalnymi warunkami i przeciwnościami losu. I podnoszenie sobie stale poprzeczki. – Nie interesują mnie wyprawy podróżnicze, a wyłącznie projekty o charakterze sportowym – tłumaczy Marcin. – To pasja, bez której nie mogę żyć, chociaż czasem ją przeklinam. A uparty jestem od zawsze. Kiedy miałem 10 lat, marzyłem by grać zawodowo w tenisa stołowego. W mieście nie było klubu, więc przez pół roku codziennie zachodziłem po szkole do dyrektora stadionu. Trułem, aż powstał klub.

Ma na koncie m.in. samotne przejście Pirenejów od Morza Śródziemnego po Ocean Atlantycki. Dotarł konno do plemienia Tsataan, ostatnich Indian Mongolii. Wędrował pieszo po rzece Kołymie przy minus 53 stopniach. Syberię Przybajkalską przeszedł pieszo, 300 kilometrów przez rzeki, tajgę i góry. Bajkał przepłynął wzdłuż zardzewiałym kutrem, a kawał Australii przejechał na rowerze. Za przepłynięcie 5573 km odcinka Amazonki w canoe otrzymał Rekord Guinnessa. Ale jego ulubioną częścią świata jest głęboka Północ. Samotnie spłynął pontonem 3100 km największą rzeką Alaski – Yukonem, a na pięciometrowym canoe pokonał 4000 km kanadyjskiego systemu rzecznego Mackenzie. Dzikie tereny Ameryki Północnej to wyzwanie dla twardzieli. Pierwszy raz zetknął się z górami Mackenzie w 2007 roku. Z powodu kiepskiej logistyki, trudnych warunków i kontuzji partnera, przerwał projekt zimowego przejścia. Powrócił do tematu planując kolejną eskapadę – trawers Bieguna Południowego w 100-lecie Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

– Na taką wyprawę trzeba się przygotowywać jak do igrzysk olimpijskich – porównuje 39-letni Marcin. – Na Antarktydzie nie mam możliwości popełnienia błędu. Powiedziałem sobie, że jeśli uda mi się zaliczyć trawers gór Mackenzie, idę na Biegun. Jeśli nie dam rady – rezygnuję z projektu.

Ale się udało. Dokonał podwójnego trawersu wymagających Gór Mackenzie jako pierwszy Polak i jeden z nielicznych na świecie. Przez 44 dni (27 lipca-8 września) przemierzył w stylu sportowym 990 km, z czego 610 km samotnie, a resztę z kumplem-eksploratorem Rupertem Dook. Wybrał najtrudniejszy wariant przejścia, przez legendarną górę Blue Mountain. Najdłuższy dystans w trakcie dnia zrobili z partnerem od osady Godlin River do przełęczy Caribu Pass – 38 km w 12 godzin. Sześciokrotnie „crossowali” rzekę Ekwi River. Zaliczyli też spotkanie z niedźwiedziem gryzzli koło rzeki Godlin River. Na szczęście zajętym łowieniem ryb.

– Jest takie powiedzenie: na morzu nie ma ateistów. Dotyczy to również moich projektów, gdzie czasem ocieram się o śmierć. Zaczynam się wtedy modlić, bo z Bogiem zawsze raźniej – przyznaje.

Patentem na wędrówkę bez zrzutów żywności z helikoptera, był specjalny wózek, który służył do transportu ekwipunku na łatwiejszej części trasy. A tam gdzie trzeba było piąć się przez chaszcze, musiał wystarczyć 35-kilogramowy plecak. A w nim: dmuchana łódka i wiosła do przepraw przez górskie rzeki, telefon satelitarny, GPS-y, liny, namiot, zapas żywności i trzy nadajniki satelitarne, które relacjonowały wyprawę na bieżąco.

– Po przejściu samotnie 610 km miałem tak dobite ramiona, że pielęgniarka w niewielkim ośrodku zdrowia w Norman Wells odradziła mi pokonanie drugiego trawersu – przyznaje podróżnik. – Wiedziałem, że nie mogę pękać z powodu bólu ramion. Chciałem sprawdzić jak moja psychika znosi fizyczne cierpienie, wysiłek, samotność i tęsknotę za rodziną. Przeanalizować kwestie techniczne pomocne w kolejnych etapach projektu. W trakcie tej wyprawy schudłem 14 kg, ale zyskałem motywację i siłę.

Ulubiony cytat Marcina? Reinhold Messner, zdobywca korony Himalajów, powiedział kiedyś: „prawdziwa przygoda zaczyna się dopiero wtedy, gdy nikt nie wie, czy jeszcze żyjesz”. Tyle, że w domu na wieści czeka żona i dwóch synków.

– Czasem żona mnie pyta: „i co z tego masz?”. Różnimy się pod każdym względem ale rodzina to mój skarb i motywacja. Może powinienem chodzić do pracy jak zwykły facet i zasiadać przed telewizorem z pilotem. Ale ja od dziecka mam w sobie misję. I chcę ją przekazać synom. Chcę żeby wiedzieli, że być mężczyzną to nie znaczy tylko zrobić prawo jazdy i przenieść z korporacji wypłatę. Ale mieć wartości, cel, marzenia i nauczyć się o nie walczyć.

Przed wyprawami adrenalina udziela się wszystkim domownikom. A kiedy Marcin wraca, też bywa różnie. Jak po czterech miesiącach amazońskiego triathlonu.

– Lot do Brazylii na zakończenie wyprawy Marcina miał być prezentem na moje 40-te urodziny – wspomina Alicja, żona podróżnika. – Ostatni etap, około 80 km Amazonki, która wpada do Atlantyku, chciał pokonać biegnąc z polską flagą na kiju. Wymyślił sobie, że kij przywiozę mu z Polski. Nie można było go za nic przekonać, że znajdziemy go na miejscu. Zdecydowaliśmy z towarzyszącym mi fotografem Marcinem Osmanem, że za kij może służyć regulowany uchwyt do statywu. Zadowoleni z naszego pomysłu, wylecieliśmy w ponad 11-godzinną podróż do Belem. Na miejscu, zamiast słodkiego powitania, czekała nas bura za brak kija… Oczywiście kupiliśmy go w najbliższym amazońskim sklepie.

Alicja nie kryje, że to, co robi Marin, jest szalone, niebezpieczne, naznaczone egoizmem. Ale go napędza. Wiedziała na co się pisze.

– Marcina poznałam, kiedy miał już na koncie sporo wypraw i sukcesów – wspomina. – Nie przyszłoby mi do głowy, żeby podcinać mu skrzydła, namawiać do zmiany pracy, bo jest rodzina, a ja przez parę miesięcy w roku muszę sama ogarniać dzieci, dom, pracę, remonty. Jest takim kolorowym ptakiem, który kiedy nie może latać, jest nieszczęśliwy. Czasem rozwrzeszczany, czasem przysiądzie na swojej gałęzi, ale musi mieć wolność i robić to, co kocha. A rozstanie na kilka tygodni, to czasem miła odmiana po nerwowym czasie przygotowań do wyprawy.

Od 2011 roku Marcin pływa na statkach pod Banderą Holen-derską. Aby dokumenty bosmana nie straciły ważności, zalicza dwa rejsy w roku. Tak zarabia na rodzinę i kosztowne wyprawy. W grudniu przeprowadzi 200-metrowy tankowiec z Dunkierki do Antwerpii. Po powrocie, w styczniu, wystartuje w Bieszczadach w zimowym maratonie. A potem rusza z trójką Norwegów na 600-kilometrowy trawers Grenlandii.

– Norwegowie są najlepsi w wyprawach polarnych, dlatego dołączę do nich aby uczyć się m.in. nawigacji – tłumaczy Marcin. – Będę testował specjalistyczny sprzęt, jak namiot Helsport, czy sześciokilogramowe sanie z wytrzymałego Kevlaru, w których mogę spać w sytuacji ekstremalnej.

Norwegowie dedykują swoją ekspedycję Fjordowi Nansenowi, wybitnemu polarnikowi, który dokonał przejścia Grenlandii równo 100 lat temu.

– Ja natomiast dedykuję wyprawę Żołnierzom Wyklętym, których historia mnie fascynuje. Sam czuję się „wyklęty” w środowisku za swoje wyraziste poglądy i niewyparzony język – przyznaje.

Ekspedycja na Grenlandię to ostatni sprawdzian przed trawersem Antarktydy w 100 – lecie Polskiego Komitetu Olimpijskiego, które przypada w 2019 roku. Nie zamierza tylko dojść do stacji Scotta, jak polski polarnik Marek Kamiński, ale i wrócić do wybrzeży Antarktydy o własnych siłach (2300 km marszu).

– Grenlandia jest bardzo podobna do Antarktydy, dlatego jej przejście poprzedzi najważniejszą część projektu – tłumaczy Marcin. – Dzięki temu będę lepiej wiedział, jak rozłożyć siły fizyczne i psychiczne. Nie spocznę dopóki tam nie dotrę o własnych siłach. Ale będzie to ostatnie tak duże wyzwanie w moim eksploracyjnym doświadczeniu.

Między podróżami Marcin prowadzi wykłady dla firm, spotyka się z ludźmi i motywuje ich, by szukać w sobie siły i spełniać marzenia. Udziela się też jako wolontariusz Pomorskiego Hospicjum dla Dzieci. Ostatnio rozpoczął współpracę z Powiatowym Domem Dziecka w rodzinnym Kętrzynie.

– Uważam że wsparcie, które dostajemy od innych, należy zwrócić – tłumaczy podróżnik. – Dlatego chcę motywować podopiecznych takich placówek, aby nie szli na łatwiznę, a kierowali się marzeniami. I pokazać, że aby dokonać wielkich rzeczy, wystarczy chęć i jasny cel. Kiedyś, w momencie kryzysu, zapytałem kolegi, ks. Janusza Rosłana: jak mam żyć? Odpowiedział: „bądź wierny sobie”. Te słowa mam wyryte w sercu.

Tekst: Beata Waś, obraz: arch. Marcina Gienieczki

Specjalne podziękowania Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu z prezesem Andrzejem Kraśnickim i rzecznikiem Henrykiem Urbasiem, za wsparcie i patronat nad projektem.