Przyszedł taki czas, że można przypisać mu już sporo okrąg-łych rocznic: pół wieku bawi ze sceny swoim ostrym, choć powściągliwym językowo humorem. 40 lat temu, jak sam mówi, został chwilowo deportowany z ukochanych Mazur do Warszawy, a niedawno świętował 70. rocznicę przyjścia na świat pośród wichrowskich lasów. Co się działo za kulisami tych wszystkich miejsc w których tworzył tekściarz i kabareciarz o melancholijnym smutku wypisanym na twarzy, opowie on sam – Krzysztof Daukszewicz.

Rafał Radzymiński: Rozpocznę dość brawurowo: czy posiada pan dużą swobodę w przechodzeniu na „ty”.

Krzysztof Daukszewicz: (bez zastanowienia) Tak.

Jako osobie o niższym statucie społecznym nie wypadało mi zaproponować takiej formuły, ale na lekką prowokację już sobie pozwoliłem.

Nie mam z tym żadnych problemów, Krzysztof.

Rafał. Więc od razu wyciągnę z torby przywieziony na tę okoliczność prezent: można uznać, że to nasza redakcyjna nalewka.

(śmiejąc się) Co to jest?

Żurawinówka. Niestety, nie jest to twój ulubiony bimber wileński.

Tak, do dzisiaj uważam, że samogon pędzony na Wileńszczyźnie to jeden z najlepszych białych alkoholi jakie w życiu piłem. Lata tradycji, smak nieprawdopodobny.

Ale dziękuję za żurawinówkę. Bardzo przyjemnie.

W ogóle to miałem kiedyś okazję ciebie poznać, ale niestety taką, co to z niej nie odważyłem się skorzystać. Otóż byłem na koncercie Australian Pink Floyd i w przerwie pognało mnie do toalety. Ciebie zresztą też, bo staliśmy przy sąsiednich pisuarach. Głupio nawet rękę podać na przywitanie.

A ja miałem kiedyś taki przypadek w toalecie: stał obok mnie facet, widać, że lekko przyprawiony, spojrzał na mnie, rozpoznał mnie i mówi zdziwiony: „o! to wy też sikacie?”.

A czego wy słuchacie prywatnie? Że nawiążę do wspomnianego koncertu. Patrząc na twój look, jak mówi młodzież, wychodziłoby, że blusa, rocka i country.

To jeszcze trzeba dodać jazz i muzykę poważną. Słucham prawie wszystkich gatunków – byle były stonowane, bo nie lubię muzyki agresywnej – poza muzyką elektroniczną, oczywiście disco polo i jego pochodnych.

 

A country? Bardzo lubię, ale to stare, bo to nowe poszło w stronę, bym powiedział, country polo.

A co ze stylem rocka billy? Charakterystycznym atrybutem dla tego stylu jest noszenie kowbojskiego naszyjnika zwanego krawatem bolo, który jest wręcz twoją wizytówką.

Ale tu o co innego chodzi.

Pytam więc o korzenie twojego bolo.

Korzenie są australijskie, choć opowieść jest w pewnym sensie warmińsko-mazurska.

No pięknie!

Otóż kiedy pierwszy raz byłem w Australii, czyli jakieś ćwierć wieku temu, funkcjonował tam pan Wojciechowski, bodajże Jerzy, który pochodził z Ornety. Był właścicielem jednej z największych kopalni opala w Australii. Otworzył tam nawet polskie muzeum bursztynu. Zresztą nieprawdopodobne, już od wejścia zwiedzającym towarzyszyła muzyka Moniuszki, Wieniawskiego i Chopina. Była tam jedna sala z przedmiotami kultu aborygenów, gdzie nie wolno było wchodzić kobietom w ciąży, bo sala ta miała podobno swoje moce. Mówię podobno, bo nigdy nie byłem kobietą w ciąży. No i po koncercie, który tam dałem, podeszła do mnie żona pana Wojciechowskiego, której spodobały się moje „Listy do hrabiego”. I na pamiątkę
wręczyła mi to bolo.

Z jakimś przesłaniem?

Że będzie mnie chronić przed złem i niebezpieczeństwem. I proszę mi wierzyć, że tak się dzieje.

Jak byłem kolejny raz w Australii, jedna z pań na widowni nie mogła ode mnie, a ściślej od mojego opala, oderwać wzroku. W przerwie zagadnęła, skąd ma taki opal. Przyznała, że jest jubilerem, oprawia szlachetne kamienie i w życiu takiego okazu nie widziała. Powiedziałam, że dostałem od żony pana Wojciechowskiego. A pan Wojciechowski był guru w temacie.

W ogóle to okazało się, że on w Dobrym Mieście miał kiedyś praktyki. I to w czasach, kiedy i ja tam funkcjonowałem. Nie pamiętaliśmy się, ale kojarzyliśmy wspólne sprawy.

Podczas trzeciego pobytu w Australii, to moje bolo chcieli odkupić jego synowie. Nawet sporą sumę mi proponowali. Ale zastrzegłem, że nie sprzedam w żadnym wypadku, bo pewnie wracając do Europy, spadłby mój samolot.

Zawsze go nosisz?

Tak, zdejmuję tylko kiedy idę spać i pod prysznic. Zdarzyło mi się tylko trzy razy go zapomnieć i za każdym razem coś się zdarzyło, jak nie jakaś obcierka w samochodzie to inne zdarzenie. Więc nie rozstaję się z nim. Są rzeczy, które chronią człowieka i ja w to absolutnie wierzę. Parę rzeczy po drodze mogło mi się przydarzyć, a wiem, że miałem wtedy ochronę.

Przejdźmy do kolejnego mojego brawurowego pytania: jaki byłby z ciebie menel?

A kto powiedział, że nie jestem? (śmiech na pograniczu autoironii)

Nie widuje się ciebie proszącego o złotówkę na ulicy. Według mnie byłbyś niezłym menelem. Sam cenisz w nich błyskotliwość i ripostę, a w tym, co tu dużo gadać, jesteś mistrzem.

Ja jestem szczęśliwy z jednego powodu, że wymyśliłem te książki o menelach.

Słyszałem, że będzie trzeci tom menelików.

Właśnie siedzę nad nim. Będzie miał tytuł „Meneliki 3, czyli wina Tuska i logika białoruska”.

Jak wpadłeś na słowo „meneliki”?

Żeby było śmieszniej, czytając Szymborską. Zbierałem te historie o menelach, ale nie wiedziałem jak je nazwać. Ona posługiwała się moskalikami. I wtedy w głowie mi zadzwoniło: no przecież to będą meneliki!

Poprzednie dwa tomy rozeszły się w bardzo dużym nakładzie. Wiele osób, które kupiły te książki przyznaje, że na lepsze zmienił się ich stosunek do meneli. W pewnym stopniu ulżyłem więc w ich życiu. Każdy może stać się menelem, nie zdając sobie z tego sprawy. Wystarczy splot zdarzeń, nieszczęście w domu, komornik, brak pracy i człowiek pójdzie w tę stronę. Zresztą jak kiedyś zapytałem mojego znajomego menela Zygmusia, od którego to wszystko się zaczęło, jak się staje menelem, odpowiedział: „panie Krzysieńku, nic prostszego, trzeba tylko znaleźć odpowiednie towarzystwo i odpowiedni sklep”. I jest to świetna definicja
tego wszystkiego.

Ponoć zawsze zaczepią cię na ulicy, a wręcz uznają cię za ich promotora.

Tak, zwykle zagadują. W ub. roku jechałem pociągiem do Krakowa. Wychodzę z dworca, jeden z nich podszedł do mnie, nie poznał mnie, ale mówi: „widzę, że jest pan elegancko ubranym mężczyzną, w związku z tym mniemam, że nie zrobię zbyt wielkiego uszczerbku dla pańskiego portfela, jeśli poproszę o drobną według mnie dla pana kwotę 10 złotych, która to kwota dla mnie jest może być, albo nie być”.

Czyli poleciał Szekspirem, ale Kraków to takie miasto, że się człowiek nawet nie zdziwi, że coś takiego usłyszy. Ale ja do niego: „a dlaczego 10 zł, a nie złotówkę?”. Bo ja najchętniej daję złotówkę.

 

A on dalej dumnie podkreślił: „bo jeżeli otrzymam od pana kwotę 10 złotych, to będę się za pana modlił w kościele Mariackim”.

No i czuję, że mam niebywałego cwaniaka, wręcz zawodowca. Po oczach widziałem, że zna puentę, tylko czai się. Dałem mu tę dychę. Popatrzył i mówi: „dziękuję za ten hojny dar. Będę się modlił, żebym znowu pana spotkał”.

Ludzie ciągle przysyłają do ciebie meneliki?

Opowiadają je po koncercie, czasem zresztą sam o to proszę. Jeden-dwa zawsze się trafią.

Przepiękny menelik dostałem w naszym regionie, po spotkaniu w bibliotece w Lubawie. Pani opowiadała mi jak to siedziała z koleżanką w ogródku kawiarnianym. Ona piła kawę, a koleżanka jadła lody z bitą śmietaną. Menel podszedł, zaczął wpatrywać się w te lody i powiedział: „gdyby pani ofiarowałaby mi 5 zł, to też bym sobie zafundował takie lody z bitą śmietaną i miałbym piękny dzień”. A ona: „gdybym dała panu 5 zł, to by pan kupił bełta, wypił za rogiem i tak by się panu ten piękny dzień zaczął”. Zdenerwował się tym pomówieniem i wypalił: „życzę pani, żeby pani tymi lodami i tą bitą śmietaną sobie piersi zachlapała”.

I nagle ona do swojej koleżanki: „wiesz co, ja mu dam te 5 zł”.

A tamta: „ale przecież on cię obraził!”.

I puenta: „Ale to pierwszy facet od roku, który zauważył, że mam cycki”.

Ma to wszystko swoją logikę.

Opowiadała mi pani, która ma sklep spożywczy, że przychodzi do niej menel, który ciągle zaskakuje ją jakimiś nowymi słowami. Któregoś dnia mówi: „pani Halinko, poproszę ingrediencję do koktailu malibou”.

Ona zdziwiona: „ja nie wiem jakie są ingrediencje do malibou”.

Na co on: „denaturat i dwie maślanki”.

Analizowałeś, skąd u nich ta bystrość i błyskotliwość?

Niektórzy po prostu byli szalenie inteligentnymi ludźmi. Ten wspomniany menel Zygmuś był wręcz piekielnie inteligentnym człowiekiem. I piekielnie dowcipnym. Podchodziłem go parę razy, by zdradził mi, kim był z zawodu, ale nigdy za żadne skarby nie chciał mi się przyznać.

Może to właśnie ich inteligencja przygięła ich do ziemi?

W Radomiu – to jeden z piękniejszych menelików, które ostatnio słyszałem – policjant opowiadał mi, choć mógłby się za to nawet wstydzić, o sytuacji z jednym menelem. Zawsze pojawiał się na ławce u zbiegu kilku ulic, bo tam dobrą kasę zbierał. Bywał regularnie od kwietnia do października. Policjant spisywał go i przeganiał, ale bez skutku. Za którymś razem w końcu do niego zwyczajnie zagadał: „panie, dlaczego ja pana tu ciągle spotykam?”.

A menel otworzył zmętniałe od piwa oczy i wypalił: „bo nie awansujesz”.

Piękne. A teraz o twoim awansie. Równo 40 lat mija odkąd sprowadziłeś się ze Szczytna do Warszawy…

… choć zawsze mówiłem, że jestem chwilowo deportowany do Warszawy, co strasznie denerwowało moją ś.p. żonę Małgosię, która uważała, że nie przyznaję się do Warszawy.

Sam zerwałeś z posadą kierownika tamtejszego Domu Kultury?

Szczerze mówiąc partia mnie wypierniczyła. W 1977 roku w Zakopanem zrobiliśmy z naszym kabaretem „Gwuść” pierwszy Ogólnopolski Festiwal Piosenki Antyradzieckiej.

Wtrącę się. „Gwuść” pisany z błędami to była wizytówka waszej przekory?

Tak, że my z wszystkim pod prąd. Niektóre księgowe nie chciały nam po koncertach zapłacić pieniędzy, sugerując, żeby „gwuść” napisać w umowie prawidłowo, bo nie będą brały udziału w promowaniu byków ortograficznych.

Ale wracając do festiwalu – zrobiliśmy go w Domu Turysty. Zaprezentowaliśmy 18 piosenek, na widowni około 100 osób i pewnie skończyłoby się to nieszczęściem, ale tego samego dnia Stefan Niesiołowski podłożył bombę pod pomnik Lenina w niedalekim Poroninie. Leninowi urwało pół nogi, więc całe miejscowe UB, na szczęście dla nas, pojechało właśnie do Poronina.

Jak wróciliśmy do Szczytna, jakoś w tym czasie aktorzy teatru im. Jaracza zrobili kabaret na swojej scenie. Redaktor od kultury w lokalnej gazecie napisał, że aktorzy powinni się uczyć robienia kabaretu od amatorów ze Szczytna. Strasznie ich to ubodło. Zrobili więc taki pomysł, byśmy my wystąpili u nich na scenie podczas dni aktora, a oni zrobili nam wtedy ścianę płaczu – po prostu siedli z blachą na twarzy od pierwszej do ostatniej minuty, a na koniec dwa razy niemrawo zaklaskali w dłonie. A myśmy przygotowali w repertuarze samo złoto, pozbierane wszystko co najlepsze.
Załamka.

Wieczorem zaś mieliśmy koncert dla studentów w Kortowie na ówczesnym ART. Zaśpiewaliśmy oczywiście parę piosenek z Zakopanego, bo wydawało się, że nikt nas wtedy nie będzie nagrywał. Myliliśmy się. UB jednak nagrało nas, więc wiadomo już było, że długo w Szczytnie nie pobędę. I tak też się stało.

Satyrę polityczną uprawiałeś celowo, bo wiedziałeś, że to kopalnia z niewyczerpalnymi zasobami?

Nie traktowałem polityki jako kopalni tematów. Czuję się w niej dobrze do dzisiaj. Siedzę w niej, rozumiem ją, uważam, że udaje mi się jakieś puenty wyciągać i nie widzę powodu, żebym miał umrzeć inaczej.

Ile czasu dziennie wymaga śledzenie mediów, by potem móc tę politykę tak właśnie ubrać w satyrę?

Moim podstawowym źródłem wiedzy są wszystkie tygodniki, czyli papierowe media.

Kultywujesz tradycję. A prześladują cię lęki, że z każdym rokiem świat inteligencji się kurczy? Że nikt nie uzupełnia luki po wielkich nazwiskach? Nie tylko w polityce, ale i w sferze szeroko pojętej kultury.

Wszystko dzisiaj psieje. Problem polega na tym, że jeśli każdy ma teraz smartfona, to kliknie i uważa, że wszystko już wie. Przestała więc funkcjonować instytucja autorytetów. Świat wielkich ludzi przepadł. Popatrzmy dookoła, nie ma osobowości. Albo może nie biorą udziału w tym wszystkim co się dzieje, bo i pewnie jest spora grupa na tzw. migracji wewnętrznej. To już nie jest świat wiecznych piór i maszyn
do pisania.

Ty piszesz na maszynie?

Piszę. Owszem, jak trzeba coś wysłać, to i na komputerze sobie poradzę, ale moim narzędziem do pisania jest maszyna. Ona jest i w Warszawie, i na Kośnie. I dwie zapasowe, w razie gdyby coś się stało.

Ale ostatnio wyczytałem, że na maszynie piszą do dzisiaj Woody Allen i Tom Hanks, więc jestem w całkiem niezłym towarzystwie. Mało tego, mam piór wiecznych z osiemdziesiąt i to takich, że jakbym jedno sprzedał, to pewnie parę tygodni bym przeżył.

O jeziorze Kośno pomiędzy Szczytnem a Olsztynem często wypowiadasz się, że do twoja ukochana dziupla. Kiedy odkryłeś to urokliwe miejsce?

Najpierw miałem dom w Nartach nad Świętajnem. Łowiłem tam ryby. Był taki czas, około 10 lat temu, że zaczęło się pojawiać coraz więcej dziczy i chamstwa. Nawet wędkarze, którzy tam zjeżdżali, nie szanowali przepisów etycznych. Zniechęciło mnie to do łowienia. I któregoś dnia mój przyjaciel, który w Szczytnie ma sklep wędkarski, powiedział mi, że pokaże mi jezioro Kośno, nad którym nie ma ludzi. Popłynęliśmy, było świeżo po burzy, jezioro parowało i nagle poczułem się jak w bajce.

Któregoś roku, siedząc tam na łódce, słyszałem gęganie. Brzegiem szły dwa dorosłe żurawie z dwójką małych. Jakby w swoim języku rozmawiały. To było tak niewiarygodne, że dla takich rzeczy człowiek jest kompletnie zakochany.

Tam dobrze się płodzi piosenki?

Generalnie tam akurat nie piszę. Jakieś drobne szlify czy np. kończenie tomiku wierszy. Tam po prostu można się zapaść, zrobić zakupy na tydzień u pani Basi w Tylkowie, dwie-trzy rybki dołowić, by rzucić na patelnię i świetnie przeżyć.

A jeśli pytasz o wenę, to ona jest wtedy, gdy… jest wena. Gdy cię dopadnie. Pisze się i na kolanie, i czasem zatrzyma się na parkingu, bo coś przelatuje przez głowę w trasie.

Jak powstają twoje teksty?

Mam wszędzie długopisy i kartki papieru, bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie myśl, a one są ulotne. Jak płynę na ryby, to też jestem „uzbrojony”. Wymyśliłem w życiu parę różnych zdań, które po pół godzinie nie występowały w pamięci. I żeby odtworzyć drogę dojścia do tego zdania, trwało to całymi dniami.

Dowodem potwierdzającym to jest Stefan Friedman, który zawsze był – i pewnie jest do tej pory – królem garderoby. Dziób mu się nie zamykał i opowiadał takie rzeczy, że myśmy spadali z krzeseł i leżeli na podłodze. Mówiłem mu: „Stefek, ty to zapisuj”, a on zawsze: „e tam, będę pamiętał”.

Guzik pamiętał. Miałby ze 150 monologów takich, że rzucałby na glebę każdego.

Twoje teksty to rzemieślnicza praca?

To zależy. Nad niektórymi rzeczami siedzę tygodniami. Np. tekst do „Ballady o martwej naturze na emeryturze” pisałem prawie rok. Była taka dłubaninka, że w ciągu tygodnia wymyśliłem trzy albo cztery słowa. Jakbym kryształ szlifował. Z kolei „Jeszcze jedna noc, jeszcze jeden dzień” napisałem w pół godziny. Byłem wtedy w Nartach, przyszła pożegnać się nasza sąsiadka przyjaciółka, bo wyjeżdżała do Warszawy. Pożartowaliśmy przy kawie, a po dwóch godzinach dostałem telefon, że miała bardzo ciężki wypadek z którego potem wiele miesięcy wychodziła. Pierwszy raz uzmysłowiłem sobie, jak kruchy jest nasz los. Że w parę chwil możemy całkiem inaczej pojmować życie. To był dla mnie taki wstrząs, że jak wziąłem gitarę i pióro, to w zasadzie samo się napisało. Czułem wręcz jakby ktoś stał mi za plecami i to wszystko
dyktował.

Kiedyś z kolei napisałem wiersz „Deszcz pada na Mazurach”, a muzykę do niego pisałem 18 lat. Ilekroć do niej podchodziłem, zawsze mi czegoś brakowało i szło nie tak. I pewnego dnia zdarzyło się, że siedziałem na tarasie pod Warszawą, było parne popołudnie, zagrzmiało, atmosfera jak z wiersza. Wziąłem gitarę i wszystkie dźwięki tak się ułożyły, że wyszło to z siebie natychmiast.

Później zdarzyło się kilka nieprawdopodobnych rzeczy związanych z tą piosenką. Grałem kiedyś na dniach Szczytna. Koncert na zamku, ulewa straszna, wyszedłem na scenę i myślę, dołączając się do klimatu, że zaśpiewam „Deszcz pada na Mazurach”. Zacząłem grać, deszcz zamilkł. Występowałem godzinę, ani kropli. Skończyłem, po mnie wchodziły „Czerwone gitary”, a po minucie znów ściana deszczu.

Widzę, że patrzysz na mnie teraz jak na debila. Ale to nie konfabulacja, to się wydarzyło.

Kto cię nauczył grać na gitarze?

Sam się nauczyłem.

Jeszcze w podstawówce w Dobrym Mieście?

Już w liceum pedagogicznym w Szczytnie. Uczyłem się wtedy też grać na akordeonie, nawet po weselach się grało i zarabiało.

To twój nieznany epizod.

W trzech się „zgwizdnęliśmy” i trochę wesel żeśmy obskoczyli.

Z repertuarem…?

„Szła dzieweczka”, „Nie płacz dziewczyno ma”… Lata 60., więc nic innego się wtedy nie grało.

Liceum pedagogiczne sprawiło, że studia na olsztyńskiej WSP były już naturalnym wyborem?

Studia były zaoczne i to po jakimś czasie, bo zaraz po liceum poszedłem do pracy w szkole w Jerutach Dużych. Musiałem zarabiać na życie.

Czego uczyłeś?

Wszystkiego. Byłem specjalistą od klas 1–4, co w dzisiejszym pojęciu pedagogiki w żadnym wypadku nie mieści się w głowie, by chłopak, który ma 19 lat, uczył siedmioletnie dzieci. Ale w roku 1966 tak właśnie było. Uczyłem i muzyki, i geografii, i nawet matematyki.

Studiów zresztą nie ukończyłem, bo już czułem że będę raczej uprawiał to, co uprawiam do dzisiaj.

Choć wiedzę z pedagogiki u pana profesora miałem obcykaną. W liceum chodziłem bowiem z dziewczyną, w której ten profesor się kochał, więc by nie niszczył mnie na wszystkie sposoby, musiałem być obryty.

Pamiętam jeden egzamin u niego. A było to już po pierwszych sukcesach i nagrodach z naszym kabaretem „Gwuść”. Dostaję trzy pytania, dwa zawodowe z którymi nie miałem żadnego problemu i trzecie, które będę pamiętał do końca życia: omów system oświatowy w Bułgarii. Po czym profesor ironicznie dodaje: „no i słucham pana”.

A ja mu: „jak będzie mi do czegoś potrzebny w życiu system oświatowy w Bułgarii, to ja przysięgam panu profesorowi, że pojadę i na własne oczy przekonam się, jak on wygląda”.

Spojrzał na mnie, poprosił indeks, wpisał tróję i powiedział: „ja panu zaliczam ten egzamin, ale i mam pytanie: czy pan rokuje jakieś nadzieje z dalszym ciągiem studiów na naszej uczelni?”.

„A dlaczego pan pyta?” – dociekam.

I słyszę: „bo jak pana tu więcej nie zobaczę, to nie będę żałował”.

No i przyspieszył moją decyzję o porzuceniu studiów, bo już wcześniej wiedziałem, że w życiu będę robił co innego.

Jak trafiłeś do Domu Kultury w Szczytnie?

Byłem przewodniczącym zarządu powiatowego ZMW w Szczytnie, i to najmłodszym w kraju. Zawsze miałem ciągotki do społecznikostwa. Dom Kultury w Szczytnie stał się najgorszym na Warmii i Mazurach. A ponieważ zawsze tam wpadałem z gitarą i coś kombinowałem, to padło na mnie. No i w ciągu trzech lat staliśmy się wiodącym domem kultury na Warmii i Mazurach. Dla mnie to trzy najpiękniejsze lata w życiu. To, cośmy tam wyprawiali, to bajka do dzisiaj. Myśmy stamtąd w ogóle nie wchodzili, spaliśmy w pokojach, tam powstał kabaret „Gwuść”, Dyskusyjny Klub Filmowy „Zbyszko”, który był oceniany w trójce najlepszych DKF-ów w Polsce. Ściągaliśmy Zapasiewicza, Gogolewskiego i innych wielkich. Ludzie przyjeżdżali do nas z województwa. W tym czasie próby zaczynała grupa metalowa Hunter. To wszystko działo się przy ulicy Polskiej w Szczytnie.

Jak to się stało, że po długich latach, będąc w zupełnie odmiennych światach muzycznych, wspólnie z Hunterem stworzyliście przebój „Easy rider”, który dotarł na drugie miejsce listy w radiowej Trójce i nie schodził z niej przez 26 tygodni?

Jurek Kryszak robił kiedyś w telewizji program satyryczny do którego mnie zaprosił. Pytał mnie o życzenie. A kiedyś Grześ Markowski z Perfectu z którym znaliśmy się jeszcze z teatru na Targówku, powiedział mi, że ten mój utwór „Easy rider” to świetny numer rockowy. A ja go wtedy śpiewałem jako świetny numer country, bo nawet na Pikniku Country w Mrągowie go grałem. Podsunął myśl, żeby zaangażować Hunter, właśnie z mojego Domu Kultury w Szczytnie.

Pomysł powstał biegiem, nagraliśmy piosenkę w studio w Warszawie. Na kolejnym Woodstoku chodził praktycznie na okrągło. A na jednym koncercie byłem z tym kawałkiem nawet supportem przed Sepulturą. Takiej kariery bym się po sobie nie spodziewał.

A coś byś zmienił z tych siedemdziesięciu lat?

Niewiele. Nie chciałbym tylko przeżywać śmierci moich najbliższych. Reszta była i jest bajką.

Rozmawiał: Rafał Radzymiński
Obraz: Justyna Radzymińska (Camera Work Studio)

 

 

 

Archiwalne zdjęcia przedstawiają Krzysztofa Daukszewicza z czasów matury oraz ulice Dobrego Miasta, Szczytna i Olsztyna – miast, z którymi był związany.