Do fantastycznego świata Narni wchodziło się przez szafę. Tu wjeżdża się przez zacienioną, wychylającą się nagle z wszędobylskiej roślinności, bramę. Ale dalszy ciąg opowieści jest ten sam – przenosimy się do innej rzeczywistości. Witajcie w Młynie Klekotki.

Majestatyczne, stare drzewa pochylają się nad wąską i trochę mroczną drogą. Ostatnie pięć kilometrów, dzielących nas od celu, gwarantuje, że nie przyjedzie tu nikt z przypadku, tylko ktoś, kto doceni walory tego miejsca. Pod zacienioną bramą wjazdową mijamy tablicę z wykutym napisem „Hotel Młyn Klekotki” i oto jesteśmy w malowniczo położonej, XVII-wiecznej osadzie młyńskiej.

Przed nami rozpościera się hotelowe foyer – kamienisty dziedziniec, prowadzący do swobodnie rozlokowanych budynków z pruskiego muru i cegły. Zasiedziałych, zadomowionych w otaczającej je przyrodzie – w końcu najwcześniejsze wzmianki o nich pojawiają się już w księgach czynszowych z 1402 roku.
W recepcji, małym domku tuż przy wjeździe, dostajemy i klucze do pokoju we Dworze, i malowaną akwarelami mapę osady. Bez niej można się zgubić. Choć tutaj może to być bardzo kuszące – ten 120-hektarowy teren ma mnóstwo uroczych zakamarków, bocznych alejek i zaułków, stworzonych do tego, by się w nich zaszyć. A wszędzie egzotyczne pamiątki, które Zbigniew Tyszko – ekonomista, podróżnik i właściciel hotelu – przywozi z dalekich krajów. Prowadzi firmę spedycyjną, więc ich rozmiar nie stanowi przeszkody.

Zanim je zobaczymy, przechodzimy przez hol Dworu do pokoju 34. Przechodzimy w iście dworskim stylu – po barwnych dywanach, wśród kilimów i lamp ściennych z kloszami, w których widać podświetlone źdźbła traw, zatopione w papierze czerpanym. Elegancka prostota i naturalne materiały – tak jest w naszym pokoju deluxe. Leżąc na luksusowym łóżku marki Hastens (znanej z biało-granatowej kratki, wysokiego komfortu i równie wysokich cen) przypatrujemy się zieleni wpadającej przez urokliwe okna. Ta zieleń pociąga nas dalej.

Po posadzce z wypalanych w piecu płytek wchodzimy na werandę. Tu można rozkoszować się dwoma widokami – tym za przeszklonymi ścianami oraz tym na suficie – malowanym w kwieciste wzory przez współczesnych artystów, na wzór malowideł, które odnaleziono w Domu Młynarza.

Zaglądamy jeszcze do sąsiadującej z werandą sali konferencyjnej. Jedna ściana jest z naturalnych desek stuletniej stodoły, a dwie przeciwległe wypełniają półokrągłe okna, otwierające centrum biznesowe na ogród i las. Podłoga zaskakuje parkietem ze zgrzebnych klepek i przeszkleniami, przez które odkrywamy, że… stoimy nad rzeką! To sala konferencyjna? W takim miejscu pracę trudno odróżnić od wypoczynku.

A jeśli jesteśmy już przy rzeczce Wąskiej, to wraz z jej nurtem możemy przenieść się do serca młyńskiej osady. Domu Młynarza. – Legendy głoszą, że w nocy przechadza się po nim Żona Młynarza – zdradza Magdalena Wiśniewska, kierownik recepcji i tropicielka miejscowych legend. – Niektórzy goście mówią, że ją słyszeli, ale, co ciekawe, tylko ci, którzy znają jej historię – dodaje z mrugnięciem oka.

Odrestaurowany, ręcznie malowany sufit nad równie zabytkowymi schodami daje jeszcze mocniejsze uczucie przeniesienia w czasie niż widok odsłoniętej w murze cegły z napisem „Anno Domini 1619” i wyeksponowanych w części młyna oryginalnych urządzeń młyńskich. Część z nich jest zresztą wykorzystana w sposób zupełnie nowoczesny – jako elementy mini elektrowni wodnej, która wytwarza prąd na potrzeby hotelu.

W tym budynku, zamiast worków z mąką, znajdziemy pokoje wypoczynkowe oraz winiarnię. W znajdującej się obok sali kominkowej odbywają się romantyczne kolacje oraz degustacje whisky i win, np. w postaci zabawy w blind tasting. Goście podzieleni na drużyny otrzymują 10 tysięcy klekotkowych dolarów do wykorzystania podczas licytacji trunków. Ten, kto najtrafniej wyceni wino z zakrytą etykietą, winien otrzymać najwyższą liczbę punktów.

Takich wartości dodanych jest w Klekotkach bez liku. Sauna i siłownia, wycieczki rowerowe i kajakowe, strzelanie z łuku, korty tenisowe oraz jacuzzi na skraju lasu – to najbardziej prozaiczne z nich. Najbardziej wyczekiwaną atrakcją jest Dziadek Miodek. Pszczelarz z sąsiedniej wsi, który w młyńskiej osadzie robi miody pitne, nalewki oraz piecze chleb w tradycyjnym piecu chlebowym. I swą wiedzą się dzieli, prowadząc warsztaty u podnóża monstrualnie wielkiego, 600-letniego dębu. Z ogromną wnęką, wypaloną prawdopodobnie przez piorun lub zgodnie z dawnym zwyczajem, który miał wydłużać życie drzewa. Nad potęgą jego długiego żywota zamyśla się pewnie wielu. Zwłaszcza pary młode, które we wnętrzu dębu przysięgają sobie miłość na wieki.

Po wędrówkach po tak rozległym terenie idziemy posilić się do Stajni. Klekotkowej restauracji, serwującej lokalne potrawy z warzywami z własnego ogródka i rybami z przyogródkowego jeziora oraz ziołami, które goście mogą zrywać sami, wprost z grządek na tarasie restauracji.

Kierując się tam, mijamy przedziwną konstrukcję – dizajnerską stodołę, którą jest… SPA. Ale to już inna historia. Ciąg dalszy nastąpi.

Tekst: Katarzyna Sosnowska-Rama, Obraz: Arkadiusz Stankiewicz

Hotel Młyn Klekotki
Godkowo, Klekotki 1
Tel.: 55 249 00 00
email:recepcja@hotelmlynklekotki.pl
www.hotelmlynklekotki.pl